26.07.2025, 21:50 ✶
Czarna postać zniknęła. Kobieta nie zrozumiała od razu tego, co się wydarzyło. Dlaczego Icarus urwał w połowie zdania, a potem osunął się prosto w jej ramiona?
— Icarusie? — wyszeptała, chwytając mężczyznę. Jego ciało było ciężkie. — Icarusie! — powtórzyła głośniej.
Mona padła z nim na kolana, przyciągając jego głowę do swojej piersi. Dłońmi obejmowała go mocno, ale sam dotyk nie był w stanie przytrzymać człowieka przy życiu. Czerwień wylewała się z rycerza jak wino ze stłuczonego kielicha.
— Nie, nie… Na bogów, błagam, nie teraz… — kontynuowała rozpaczliwie. — Udało nam się, uciekliśmy… Przecież uciekliśmy… — głaskała jego włosy, trzymała go blisko siebie. Jej dłonie ślizgały się po mokrej przeszywanicy, a mimo to nie chciała ich cofnąć. Chciała go czuć. Chociaż przez chwilę. Choćby umierał.
— Nie możesz… Nie możesz mi tego robić. Dlaczego tracę cię po raz drugi? — pochyliła się ku niemu, przesunęła kciukiem po jego wargach i złożyła na nich pocałunek. Icarus nie poruszył się, więc szloch wydostał się z jej własnych ust bez ostrzeżenia oraz złamał się jak struna.
Jak się oddychało, kiedy ten, który trzymał kogoś przy życiu, sam już nie oddychał?
Mona wyrwała się z objęć snu, a noc wchłonęła niemu krzyk, który nie zdołał się wydostać z jej gardła. Pościel była lepka od potu. Serce tłukło w piersi jakby rzeczywiście uciekała przez las chwilę temu, ale zaraz… To był tylko sen. Nikt ich nie ścigał. Ari… Musiała to sprawdzić, tak na wszelki wypadek!
Nic się przecież nie stanie, jeśli tylko…, pomyślała i odwróciła się niespokojnie, bose stopy cicho dotknęły chłodnych desek podłogi. Następnie uchyliła drzwi sypialni, cicho potruchtała przez korytarz. Odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła śpiącego — i dzięki bogom całego! — mężczyznę. Po chwili jednak zauważała, że w jego nogach czaił się Świstek, który podniósł malutki łepek oraz zamrugał leniwie swoimi błękitnymi oczami.
Przynajmniej Icarus miał tej nocy kogoś, kto odganiał koszmary.
— Icarusie? — wyszeptała, chwytając mężczyznę. Jego ciało było ciężkie. — Icarusie! — powtórzyła głośniej.
Mona padła z nim na kolana, przyciągając jego głowę do swojej piersi. Dłońmi obejmowała go mocno, ale sam dotyk nie był w stanie przytrzymać człowieka przy życiu. Czerwień wylewała się z rycerza jak wino ze stłuczonego kielicha.
— Nie, nie… Na bogów, błagam, nie teraz… — kontynuowała rozpaczliwie. — Udało nam się, uciekliśmy… Przecież uciekliśmy… — głaskała jego włosy, trzymała go blisko siebie. Jej dłonie ślizgały się po mokrej przeszywanicy, a mimo to nie chciała ich cofnąć. Chciała go czuć. Chociaż przez chwilę. Choćby umierał.
— Nie możesz… Nie możesz mi tego robić. Dlaczego tracę cię po raz drugi? — pochyliła się ku niemu, przesunęła kciukiem po jego wargach i złożyła na nich pocałunek. Icarus nie poruszył się, więc szloch wydostał się z jej własnych ust bez ostrzeżenia oraz złamał się jak struna.
Jak się oddychało, kiedy ten, który trzymał kogoś przy życiu, sam już nie oddychał?
Mona wyrwała się z objęć snu, a noc wchłonęła niemu krzyk, który nie zdołał się wydostać z jej gardła. Pościel była lepka od potu. Serce tłukło w piersi jakby rzeczywiście uciekała przez las chwilę temu, ale zaraz… To był tylko sen. Nikt ich nie ścigał. Ari… Musiała to sprawdzić, tak na wszelki wypadek!
Nic się przecież nie stanie, jeśli tylko…, pomyślała i odwróciła się niespokojnie, bose stopy cicho dotknęły chłodnych desek podłogi. Następnie uchyliła drzwi sypialni, cicho potruchtała przez korytarz. Odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła śpiącego — i dzięki bogom całego! — mężczyznę. Po chwili jednak zauważała, że w jego nogach czaił się Świstek, który podniósł malutki łepek oraz zamrugał leniwie swoimi błękitnymi oczami.
Przynajmniej Icarus miał tej nocy kogoś, kto odganiał koszmary.
Koniec sesji
jaskółka, czarny brylant,
wrzucony tu przez diabła
wrzucony tu przez diabła