27.07.2025, 13:03 ✶
Zazwyczaj nie był typem człowieka, który otwarcie rozpościerałby ramiona, żeby uścisnąć kogoś na powitanie. Na ogół skłaniał się raczej do ściśnięcia dłoni albo kiwnięcia głową w kierunku witanego człowieka, darując sobie pocałunki w policzek oraz inne zbędne czułości. Jasne, od czasu do czasu szedł w zgodzie z obyczajami, całując starsze ciotki w dłoń albo robiąc inne, idiotyczne dla niego gesty (w tym wypadku średnio pasowała mu szeroko pojęta tradycja), aby nie urazić towarzystwa.
Po prawdzie mówiąc, nawet w stosunku do swoich najbliższych bliskich nie zawsze skłaniał się ku ekscesywnej wylewności. Bywały momenty, kiedy bardzo świadomie wybierał trzymanie się na pewien dystans. Szczególnie wtedy, gdy miał za sobą wyjątkowo trudny dzień, nie potrzebując czułości, tylko chwili dla siebie, najlepiej spędzonej z dala od czyjegoś trajkotania.
Jednakże tego konkretnego poranka nie miał zupełnie żadnych oporów przed zainicjowaniem uścisku z Norą, uśmiechając się na widok jej ciepłego, wyraźnie radosnego spojrzenia. Dobrze było widzieć u niej pogodę ducha wyraźnie kontrastującą z ponurymi, zestresowanymi wyrazami twarzy ludzi na ulicach. Wewnętrznie naprawdę cieszył się z tego, że mimo wszystkich niedawnych wydarzeń, Figgówna nadal pozostawała sobą. Ba, wyglądała nawet na szczęśliwszą niż na początku września.
On także, warto dodać. Nawet po długim dyżurze, nawet po wielu wyjątkowo aktywnych godzinach na nogach, może nie promieniał, ale bez wątpienia zdawał się być bardziej żywy, gdy uściskał dziewczynę, zamykając ją w ramionach. Zupełnie tego nie planował, jednak w dosyć impulsywny, szczególnie jak na niego sposób uniósł ją przy tym lekko w górę (nie, nie tylko po to, by nie musieć niezręcznie się nad nią pochylać) uśmiechając się trochę szerzej.
- Dziesięć, nie więcej - przytaknął zdecydowanie, gdy znów stanęli obok siebie, bo choć zazwyczaj z pewnością pozwoliłby sobie na to, aby z przynajmniej kwadransu zrobiła się godzina lub nieco więcej, tym razem wychodził z założenia, że oboje mieli dosyć napięty grafik.
Chciał wrócić do domu przed jedenastą, przysiadając na chwilę na wczesny lunch i wymieniając kilka uwag na temat dalszych planów, w jakich powinien uczestniczyć w najbliższych dniach. Znając zaś życie, później z pewnością miał ruszyć gdzieś dalej, dostając bojowe zadanie od ich głównej koordynatorki wydarzenia albo od jej partnerki w zbrodni, jaką zdecydowanie były coraz szersze próby wmanipulowania ich w znacznie większe wydarzenie niż pierwotnie planowali organizować.
Tak, zarówno Mabon, jak i niedawne pożary zdecydowanie były doskonałymi zasłonami dymnymi (o ironio) umożliwiającymi im postawienie na nieco skromniejszą, bardziej prywatną ceremonię i równie niepubliczne świętowanie. Jednak pewnych przyjemności najzwyczajniej w świecie nie dało się uniknąć. Mieli mieć listę gości, która na jego oko była zdecydowanie za długa i zawierała co najmniej kilku zbędnych krewnych, którzy nieoczekiwanie (i bez entuzjazmu z jego strony) potwierdzili swoją obecność. Cóż, przynajmniej nie musieli zapraszać całej magicznej śmietanki towarzyskiej i darowali sobie przynajmniej dwie imprezy okolicznościowe poprzedzające wesele. To była niewątpliwa ulga, tym bardziej, że już organizacja jednej uroczystości była dosyć pochłaniająca. Tak, dla wszystkich to był bez wątpienia dosyć aktywny okres.
- Z pewnością masz dużo pracy - dodał, rozglądając się po pomieszczeniu i wciągając w nozdrza nuty delikatnie wybijające się spod standardowych cukierniczych zapachów.
Nie pamiętał, kiedy tak właściwie ostatni raz natrafił na tak cichy i spokojny moment w cukierni, przynajmniej w godzinach jej otwarcia, nie po zamknięciu. W pomieszczeniu, gdzie zazwyczaj spodziewał się natrafić na przynajmniej jednego klienta, nawet z samego rana, nie było dosłownie żywego ducha. Z pewnością nie była to jednak kwestia gasnącej popularności Nory Nory, która bez wątpienia w dalszym ciągu była jednym z najbardziej popularnych świeżych biznesów w magicznej części miasta. Raczej tego, w jaki sposób obecnie rysowała się sytuacja po pożarach i przed nadchodzącym Mabon.
Nie musiał widzieć tego, nad czym zapewne obecnie pracowała Nora, żeby dojść do wniosku, że wykorzystywała okazję i ten cały tymczasowy poranny brak ruchu w głównej części biznesu. Był dosyć wyczulony na te dyskretne, nieco mniej słodkie wonie wyłaniające się spod słodyczy lukrowanych ciasteczek i ciast.
Figgówna z pewnością miała całą masę roboty ze swoimi dodatkowymi zleceniami. Zarówno przy eliksirach i maściach leczniczych, na które nadal było wysokie zapotrzebowanie, nawet w miejscach takich jak Mung, jak i przy świecach oraz kadzidłach potrzebnych między innymi z okazji zbliżającego się sabatu. Po prawdzie mówiąc, sam powinien skorzystać ze wsparcia rzemieślnika, żeby uzupełnić własne zapasy medyczne, ale w tym momencie miał na głowie zupełnie inne sprawy. Zamierzał zająć się tym za kilka dni, może później, wizualnie oceniając swoje zaplecze i dochodząc do wniosku, że nie musiał jeszcze pilnie domawiać żadnych specyfików.
Jasne, przeszło mu przez myśl, aby przy okazji poprosić Norę o wpisanie go na listę oczekujących. Szczególnie, że sam zupełnie nie miał czasu, aby zająć się czymś na własną rękę i to raczej nie miało zmienić się w najbliższych tygodniach. Jednakże dosyć szybko zrezygnował z tego pomysłu. Miał zupełnie inne intencje, odwiedzając Norę tego poranka, toteż nie zamierzał łączyć pracy z prywatą. W końcu starał się rzeczywiście wziąć sobie do serca uwagę (lekko powiedziane, jak większość wymian zdania z ostatnich tygodni, nieprawdaż?) o nadmiernie pracoholicznych zapędach. Próbował, naprawdę próbował przywyknąć do konieczności wprowadzenia w swoje życie jednej czy dwóch (czy dwudziestu dwóch) zmian. To był dobry moment, aby zacząć.
- I tak, i nie - odparł dosyć gładko, spoglądając wpierw w kierunku Lady bawiącej się kocią zabawką, później zaś w kierunku zaplecza. - Tak właściwie, coś dla ciebie mam - dodał, jednocześnie odruchowo sięgając palcami do zewnętrznej kieszeni torby, jednak jeszcze nie spiesząc się, aby wyjmować stamtąd kopertę.
Teoretycznie byli zupełnie sami w lokalu, więc mogli pozostać w głównej części cukierni, nic sobie nie robiąc z ewentualnych reakcji nieistniejącego otoczenia, jednakże po prawdzie zdecydowanie wolał przenieść się z tym gdzieś indziej, gdzie mogliby przez cały czas rozmawiać z większą swobodą niż tutaj.
- Pozwolisz? - Teoretycznie prawdopodobnie nie musiał o to pytać (w końcu nie bywał tu od wczoraj, ich relacje były na tyle bliskie, że nie czuł się jak gość, zdecydowanie bliżej było mu do domownika), ale nie zwykł rządzić się na cudzych włościach, gdy nie miał takiej potrzeby.
Po prawdzie mówiąc, nawet w stosunku do swoich najbliższych bliskich nie zawsze skłaniał się ku ekscesywnej wylewności. Bywały momenty, kiedy bardzo świadomie wybierał trzymanie się na pewien dystans. Szczególnie wtedy, gdy miał za sobą wyjątkowo trudny dzień, nie potrzebując czułości, tylko chwili dla siebie, najlepiej spędzonej z dala od czyjegoś trajkotania.
Jednakże tego konkretnego poranka nie miał zupełnie żadnych oporów przed zainicjowaniem uścisku z Norą, uśmiechając się na widok jej ciepłego, wyraźnie radosnego spojrzenia. Dobrze było widzieć u niej pogodę ducha wyraźnie kontrastującą z ponurymi, zestresowanymi wyrazami twarzy ludzi na ulicach. Wewnętrznie naprawdę cieszył się z tego, że mimo wszystkich niedawnych wydarzeń, Figgówna nadal pozostawała sobą. Ba, wyglądała nawet na szczęśliwszą niż na początku września.
On także, warto dodać. Nawet po długim dyżurze, nawet po wielu wyjątkowo aktywnych godzinach na nogach, może nie promieniał, ale bez wątpienia zdawał się być bardziej żywy, gdy uściskał dziewczynę, zamykając ją w ramionach. Zupełnie tego nie planował, jednak w dosyć impulsywny, szczególnie jak na niego sposób uniósł ją przy tym lekko w górę (nie, nie tylko po to, by nie musieć niezręcznie się nad nią pochylać) uśmiechając się trochę szerzej.
- Dziesięć, nie więcej - przytaknął zdecydowanie, gdy znów stanęli obok siebie, bo choć zazwyczaj z pewnością pozwoliłby sobie na to, aby z przynajmniej kwadransu zrobiła się godzina lub nieco więcej, tym razem wychodził z założenia, że oboje mieli dosyć napięty grafik.
Chciał wrócić do domu przed jedenastą, przysiadając na chwilę na wczesny lunch i wymieniając kilka uwag na temat dalszych planów, w jakich powinien uczestniczyć w najbliższych dniach. Znając zaś życie, później z pewnością miał ruszyć gdzieś dalej, dostając bojowe zadanie od ich głównej koordynatorki wydarzenia albo od jej partnerki w zbrodni, jaką zdecydowanie były coraz szersze próby wmanipulowania ich w znacznie większe wydarzenie niż pierwotnie planowali organizować.
Tak, zarówno Mabon, jak i niedawne pożary zdecydowanie były doskonałymi zasłonami dymnymi (o ironio) umożliwiającymi im postawienie na nieco skromniejszą, bardziej prywatną ceremonię i równie niepubliczne świętowanie. Jednak pewnych przyjemności najzwyczajniej w świecie nie dało się uniknąć. Mieli mieć listę gości, która na jego oko była zdecydowanie za długa i zawierała co najmniej kilku zbędnych krewnych, którzy nieoczekiwanie (i bez entuzjazmu z jego strony) potwierdzili swoją obecność. Cóż, przynajmniej nie musieli zapraszać całej magicznej śmietanki towarzyskiej i darowali sobie przynajmniej dwie imprezy okolicznościowe poprzedzające wesele. To była niewątpliwa ulga, tym bardziej, że już organizacja jednej uroczystości była dosyć pochłaniająca. Tak, dla wszystkich to był bez wątpienia dosyć aktywny okres.
- Z pewnością masz dużo pracy - dodał, rozglądając się po pomieszczeniu i wciągając w nozdrza nuty delikatnie wybijające się spod standardowych cukierniczych zapachów.
Nie pamiętał, kiedy tak właściwie ostatni raz natrafił na tak cichy i spokojny moment w cukierni, przynajmniej w godzinach jej otwarcia, nie po zamknięciu. W pomieszczeniu, gdzie zazwyczaj spodziewał się natrafić na przynajmniej jednego klienta, nawet z samego rana, nie było dosłownie żywego ducha. Z pewnością nie była to jednak kwestia gasnącej popularności Nory Nory, która bez wątpienia w dalszym ciągu była jednym z najbardziej popularnych świeżych biznesów w magicznej części miasta. Raczej tego, w jaki sposób obecnie rysowała się sytuacja po pożarach i przed nadchodzącym Mabon.
Nie musiał widzieć tego, nad czym zapewne obecnie pracowała Nora, żeby dojść do wniosku, że wykorzystywała okazję i ten cały tymczasowy poranny brak ruchu w głównej części biznesu. Był dosyć wyczulony na te dyskretne, nieco mniej słodkie wonie wyłaniające się spod słodyczy lukrowanych ciasteczek i ciast.
Figgówna z pewnością miała całą masę roboty ze swoimi dodatkowymi zleceniami. Zarówno przy eliksirach i maściach leczniczych, na które nadal było wysokie zapotrzebowanie, nawet w miejscach takich jak Mung, jak i przy świecach oraz kadzidłach potrzebnych między innymi z okazji zbliżającego się sabatu. Po prawdzie mówiąc, sam powinien skorzystać ze wsparcia rzemieślnika, żeby uzupełnić własne zapasy medyczne, ale w tym momencie miał na głowie zupełnie inne sprawy. Zamierzał zająć się tym za kilka dni, może później, wizualnie oceniając swoje zaplecze i dochodząc do wniosku, że nie musiał jeszcze pilnie domawiać żadnych specyfików.
Jasne, przeszło mu przez myśl, aby przy okazji poprosić Norę o wpisanie go na listę oczekujących. Szczególnie, że sam zupełnie nie miał czasu, aby zająć się czymś na własną rękę i to raczej nie miało zmienić się w najbliższych tygodniach. Jednakże dosyć szybko zrezygnował z tego pomysłu. Miał zupełnie inne intencje, odwiedzając Norę tego poranka, toteż nie zamierzał łączyć pracy z prywatą. W końcu starał się rzeczywiście wziąć sobie do serca uwagę (lekko powiedziane, jak większość wymian zdania z ostatnich tygodni, nieprawdaż?) o nadmiernie pracoholicznych zapędach. Próbował, naprawdę próbował przywyknąć do konieczności wprowadzenia w swoje życie jednej czy dwóch (czy dwudziestu dwóch) zmian. To był dobry moment, aby zacząć.
- I tak, i nie - odparł dosyć gładko, spoglądając wpierw w kierunku Lady bawiącej się kocią zabawką, później zaś w kierunku zaplecza. - Tak właściwie, coś dla ciebie mam - dodał, jednocześnie odruchowo sięgając palcami do zewnętrznej kieszeni torby, jednak jeszcze nie spiesząc się, aby wyjmować stamtąd kopertę.
Teoretycznie byli zupełnie sami w lokalu, więc mogli pozostać w głównej części cukierni, nic sobie nie robiąc z ewentualnych reakcji nieistniejącego otoczenia, jednakże po prawdzie zdecydowanie wolał przenieść się z tym gdzieś indziej, gdzie mogliby przez cały czas rozmawiać z większą swobodą niż tutaj.
- Pozwolisz? - Teoretycznie prawdopodobnie nie musiał o to pytać (w końcu nie bywał tu od wczoraj, ich relacje były na tyle bliskie, że nie czuł się jak gość, zdecydowanie bliżej było mu do domownika), ale nie zwykł rządzić się na cudzych włościach, gdy nie miał takiej potrzeby.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down