28.07.2025, 10:44 ✶
Pogrążony w myślach, pogrążony w żałobie, pogrążony w otumanieniu, we wszechobecnym zapachu zgnilizny, którą wypleniał z jego ubrań wiatr. Na pograniczu życia i śmierci, na pograniczu dziczy i cywilizacji, siedział zasępiały tylko po to, by w końcu przestać, a przynajmniej w drobnym stopniu rozpromienić się.
Nie wiedział co to za magia, która przecinała ich ścieżki znów i znów. W sierpniu czuł nocą tę szarpiącą więź, która wyrwała go z okowów snu i kazała gnać na złamanie karku ku Kniei. Wtedy wiedział, że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Teraz, mimo straszności nocy, mimo pożaru, chaosu i krzyku, jego dusza nie rwała się tak, nie błagała, nie skamlała o to, by był w innym miejscu. Może nie powinien tak ufać temu głosowi, ale nie zdziwił się, że jej nic mimo wszystko nie jest.
Wstał. Objął ją. Nici pękały, te łączące go z ludźmi, ze społecznością. Jego warsztat przestał istnieć, podobne pasmo sadzy i zniszczenia wątpliwie zdobiło Dolinę Godryka, którą obejrzał sobie z krogulczego lotu i tylko dzięki ptasiej formie zapałakał nad zakresem przeraźliwych zniszczeń. Tak jak straszliwa bestia orała Knieję, tak teraz przeorało miasto. Nigdy nie lubił tych domów, tych które mają cztery ściany z oknami nie wychodzącymi na wszechobecną zieleń. Ściany które teraz śmierdziały, płakały, dusiły śpiących i poranionych. Czuł się dobrze tu, pośród wrzosów. Tu, u wejścia do Kniei, wejścia, którego nie mógł przekroczyć. To tam był jego dom, który zawłaszczyły widma. Tam był jej dom, z niepewnością jutra z powodu żerującego pośród drzew predatora.
Włosami pogładził jej włosy, dziwnie spokojny teraz, gdy trzymał kobietę w objęciu.
– Czułem, że nic Ci się nie stało. Nie wiem jak Roselin. Ale czułem to. – Uśmiechnął się niepewnie, a potem szybko uciekł wzorkiem w bok. Ulga szybko została przesłonięta tym co utracone. I choć jemu nic się nie stało, to jego życie... jego życie drastycznie zmieniło się po tej nocy. – Mabel nic nie jest. Nawet Karl nie przypalił sobie wąsów. Londyn... nie wygląda dużo lepiej niż Dolina. Byłem tam, gdy to wszystko się zaczęło. Byłem na Pokątnej. – przysiadł znów na ziemi, dłonie wsunął pomiędzy źdźbła, palcami szukał gruntu. Nie zamierzał klątwie uaktywnić się teraz, nie zamierzał nikogo skrzywdzić. To tylko obrazy, to tylko koszmar, który o poranku okazał się prawdą, ale.. przeminął. Domy były gaszone. Czerń czekała na sprzątanie. Odbudowę. – A Ty? Widziałem, ze Twój dom stoi? Byłaś tam? Bezpieczna?
Nie wiedział co to za magia, która przecinała ich ścieżki znów i znów. W sierpniu czuł nocą tę szarpiącą więź, która wyrwała go z okowów snu i kazała gnać na złamanie karku ku Kniei. Wtedy wiedział, że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Teraz, mimo straszności nocy, mimo pożaru, chaosu i krzyku, jego dusza nie rwała się tak, nie błagała, nie skamlała o to, by był w innym miejscu. Może nie powinien tak ufać temu głosowi, ale nie zdziwił się, że jej nic mimo wszystko nie jest.
Wstał. Objął ją. Nici pękały, te łączące go z ludźmi, ze społecznością. Jego warsztat przestał istnieć, podobne pasmo sadzy i zniszczenia wątpliwie zdobiło Dolinę Godryka, którą obejrzał sobie z krogulczego lotu i tylko dzięki ptasiej formie zapałakał nad zakresem przeraźliwych zniszczeń. Tak jak straszliwa bestia orała Knieję, tak teraz przeorało miasto. Nigdy nie lubił tych domów, tych które mają cztery ściany z oknami nie wychodzącymi na wszechobecną zieleń. Ściany które teraz śmierdziały, płakały, dusiły śpiących i poranionych. Czuł się dobrze tu, pośród wrzosów. Tu, u wejścia do Kniei, wejścia, którego nie mógł przekroczyć. To tam był jego dom, który zawłaszczyły widma. Tam był jej dom, z niepewnością jutra z powodu żerującego pośród drzew predatora.
Włosami pogładził jej włosy, dziwnie spokojny teraz, gdy trzymał kobietę w objęciu.
– Czułem, że nic Ci się nie stało. Nie wiem jak Roselin. Ale czułem to. – Uśmiechnął się niepewnie, a potem szybko uciekł wzorkiem w bok. Ulga szybko została przesłonięta tym co utracone. I choć jemu nic się nie stało, to jego życie... jego życie drastycznie zmieniło się po tej nocy. – Mabel nic nie jest. Nawet Karl nie przypalił sobie wąsów. Londyn... nie wygląda dużo lepiej niż Dolina. Byłem tam, gdy to wszystko się zaczęło. Byłem na Pokątnej. – przysiadł znów na ziemi, dłonie wsunął pomiędzy źdźbła, palcami szukał gruntu. Nie zamierzał klątwie uaktywnić się teraz, nie zamierzał nikogo skrzywdzić. To tylko obrazy, to tylko koszmar, który o poranku okazał się prawdą, ale.. przeminął. Domy były gaszone. Czerń czekała na sprzątanie. Odbudowę. – A Ty? Widziałem, ze Twój dom stoi? Byłaś tam? Bezpieczna?