28.07.2025, 12:08 ✶
Dora
Podlotek choć już w bumiarskim mudnurze, wciąż miał mleko pod nosem i źle sobie radził z tą całą sytuacją, która się wokół działa. Chwilę wcześniej dostał na ulicy Pokątnej od jakiejś miłej kobiety czekoladę. Dostał jej na tyle dużo, że dał ją też potem swojemu oddziałowi, który udało mu się szczęśliwie znaleźć. Chwilę wcześniej, nim ta anielica objęła go swoją opieką, był w takim stanie jak ta tutaj ofiara śmierciożerczej przemocy. Chociaż nie... na nim nikt przecież nie stosował czarnej magii. On był tylko i aż przerażony.
Wyciągnął z kieszeni ostatni kawałek czekolady sygnowany znakiem klubokawiarni Nora Nory i podał ją ostrożnie Dorze, pilnując, żeby zjadła, albo chociaż wsunęła sobie magiczny słodycz na język. Następnie diablo nieprofesjonalnie przycupnął obok i ją przytulił do siebie. Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił. To szaleństwo na pewno kiedyś powinno się skończyć, chmury powinny przeminąć, świt powinien nadejść. Ciężko było mu przywołać te słowa, ciężko przywołać pozytywne myśli. W końcu jednak udało mu się wydusić z siebie:
– Już wszystko dobrze... Już go tu nie ma. – tylko tyle i aż tyle...
Stanley alias Vulturis
Siepacze Harper Moody nie zamierzali odpuścić, nie kiedy rozpoznali jego maskę, a woń informacji, które skrywał jego umysł działała na nich jak uciekający królik na psy gończe. Translokacja nie była dziedziną magii w której był tak władny jak w zadawaniu bólu przez deregulację życiowej energii, najważniejsze na tamten moment było tylko to, że w ogóle potrafił to robić, a kozi róg, nie był taki kozi - jedno machnięcie różdżką i...
...Umysł zawiódł go. Stopy dotknęły miękkiej trawy, niebo w tej części Anglii nie było zaciągnięte ciemną chmurą - wezwaniem Czarnego Pana do oddania pokłonu. Był rzeczywiście najdalej jak się dało, ale nie było przecież problemem teraz skupić się, gdy obok na pastwisku towarzyszyło mu kilkadziesiąt owiec, nieświadomie skubiących trawę. Był spokój, była przestrzeń, aby przywołać miejsce powrotne, miejsce pośrodku piekła, którego byli sprawcami i wrócić tam co prędzej. Co było problemem to rwący ból w prawej ręce. Rozszczepienie nie usunęło mu kończyny, ale w dotkliwy sposób potraktowało przedramię, podłużną nieregularną raną ciągnącą się od nadgarstka do łokcia, która krwawiła teraz obficie, absolutnie nie dając o sobie zapomnieć. Prowizoryczny opatrunek na razie wystarczył, musiał wystarczyć by nie tracić tempa, ale w niedalekiej przyszłości ktoś powinien rzucić na to okiem. Nie teraz jednak... Noc przecież pozostawała młoda, a rozkazy same się nie wypełnią...
Koniec sesji