29.07.2025, 09:42 ✶
Tak, świadomość tego, jak blisko utraty najbliższych byli tamtej dramatycznej nocy oraz w dniach, które przyszły po pożarach dosyć mocno otwierała oczy. Chciało się tego czy też nie, tym razem skala zagrożenia była znacznie większa niż kiedykolwiek. Przynajmniej za ich własnego życia, bowiem Voldemort nie był przecież pierwszym czarnoksiężnikiem posuwającym się do coraz bardziej makabrycznych prób przejęcia władzy nad magicznym światem. Z pewnością nie miał być także ostatnim, jednak w tym momencie nie dało się ukryć, że nie posiadał żadnego jawnego rywala.
Ani jakiejkolwiek zdecydowanej przeciwwagi, po prawdzie mówiąc. Przynajmniej w oczach Greengrassa, który przez ostatnie miesiące zaczął podchodzić do tego wszystkiego coraz bardziej realistycznie. Wojna nie miała skończyć się ot tak. To nie była kwestia kilku tygodni, przynajmniej nie wedle obecnych perspektyw. Czekała ich trudna jesień, być może jeszcze trudniejsza zima. A Ministerstwo, jak do tej pory, pokazywało wyłącznie swoją skuteczną niekompetencję w zakresie zarządzania kryzysowego i ochrony ludności.
Dziwne? Nietypowe? Nie do przewidzenia? No nie. Jeśli ktoś był tym głęboko zszokowany, musiał mieć naprawdę duże klapki na oczach. Nawet jeśli deklarowano zajęcie się pomocą pogorzelcom, przez miasto przeszła tak duża fala zniszczeń i śmierci, że wszystkie działania, jakie miały miejsce w ostatnich dniach były wyłącznie kroplą w oceanie. Nie tyle nieskuteczne, co potrzeba było ich więcej i więcej. Niezliczenie dużo zasobów i akcji, aby choć spróbować przywrócić część dawnego stanu.
A przecież nie wszystko dało się cofnąć. Niektóre rzeczy wyrywały się zbyt głęboko w ludzkich umysłach. Pewne tragedie wywracały życia całych rodzin do góry nogami. Oni mieli szczęście, przynajmniej wedle jego bieżącej wiedzy, stracili wyłącznie dorobek, część rzeczy materialnych. Inni? No cóż, wiele widział podczas swojej drogi przez płonące miasto. Jeszcze więcej podczas dyżurów w szpitalu.
Tak, to zdecydowanie otwierało oczy. Życie było krótkie i ulotne. Należało czerpać je garściami, nawet jeśli to miały być tylko małe, raptem dziesięciominutowe garstki wyrwane z chaotycznych, naprawdę długich i pracowitych dni.
- Uważaj, bo pomyślę, że sugerujesz mi zbytnią uległość - rzucił w odpowiedzi, mimowolnie lekko unosząc brwi i kręcąc głową.
Jeśli coś było bowiem całkowicie trafnym stwierdzeniem to właśnie to, że bycie potulnym i łatwym do wkręcenia w cokolwiek, czego oczekiwało od niego otoczenie nie należało do typowych cech Ambroisa. Zwykle nawet nie próbował udawać, że robi coś wyłącznie z czyjejś czystej umiejętności przekonywania. Z tego, że ktoś ładnie go o coś poprosił i tyle. Nie. Jeśli nie chciał czegoś zrobić, na ogół po prostu tego nie robił. Naprawdę rzadko kiedy poświęcał się wbrew sobie.
A przynajmniej właśnie tak lubił to ujmować. Świadomie wybierał właśnie tę wersję rzeczywistości, co prawda od czasu do czasu musząc przymknąć oczy na fakty, które nieco wpłynęłyby na jego światopogląd, ale z tym także raczej nie miewał problemu. Tak, przynajmniej do pewnego momentu dosyć skutecznie zamykał oczy na to, że w rzeczywistości być może pozwalał najbliższym trochę zbyt mocno wykorzystywać jego dobrą wolę i szczere intencje. Pozwolił wmanipulować się w wiele syfu, wziąć zdecydowanie nazbyt dużo na swoje barki w imię dbania o dobro osób, na których mu zależy.
Cóż. Teraz wreszcie zaczął robić coś dla siebie. Faktycznie zgodnego z tym, czego chciał. Z budowaniem sobie lepszej przyszłości, nawet kosztem konieczności postawienia granic na nowo. Nie mógł ani nie zamierzał dłużej akceptować robienia z niego kogoś, kto pojawia się na zawołanie. Kto przyjmuje na siebie obowiązki, nie zaś towarzyszące im przywileje. Tak, to była trudna zmiana. Trudniejsza niż mogłoby się wydawać, ale był na nią gotowy.
W gruncie rzeczy przecież żył tak przez lata. To nie było nic nieoczekiwanego. Nic nowego. Żadne odstępstwo od tego, co już kiedyś znał. Być może odrobinę pogubił się po drodze, zamotał się w tym, co słuszne a tym, co było wyłącznie wynikiem jego własnych wewnętrznych obaw, jednakże ostatecznie zaczął wychodzić na prostą. Tym razem ostatnią. To było już pewne. Teraz potrzebował wyłącznie zakomunikować to wszystkim, na których mu zależało. Jedną z takich osób bez wątpienia była Nora.
- Wiem - przyznał, jednak mimo wszystko i tak postanowił wyjść z poziomu gościa, czekając aż to Figgówna pierwsza ruszyła w kierunku zaplecza.
Co prawda dosyć szybko zrównał z nią krok, mając na uwadze własne dosyć długie nogi, jednak liczył się gest, czyż nie? Przepuszczając gospodynię w drzwiach, wszedł do pomieszczenia, rozglądając się za kawałkiem wolnej przestrzeni roboczej, na której mógłby odstawić torbę i sięgnąć po to, co powinien wręczyć dziewczynie.
- Rzeczywiście masz cholernie dużo zleceń - stwierdził przy okazji, patrząc na stan, w jakim znajdowało się pomieszczenie.
Bez wątpienia nie próżnowała. Zresztą zupełnie zrozumiale i logicznie, w zgodzie z własną naturą, nieprawdaż?
- Na co najczęściej? - Spytał, odstawiając torbę.
Ot, pytał z czystej ciekawości. Raczej bez głębszego celu. Mimo wszystko, nie dało się ukryć, że pokłosie pożarów było interesujące również z perspektywy statystyk. Spaczenie zawodowe czy coś.
Ani jakiejkolwiek zdecydowanej przeciwwagi, po prawdzie mówiąc. Przynajmniej w oczach Greengrassa, który przez ostatnie miesiące zaczął podchodzić do tego wszystkiego coraz bardziej realistycznie. Wojna nie miała skończyć się ot tak. To nie była kwestia kilku tygodni, przynajmniej nie wedle obecnych perspektyw. Czekała ich trudna jesień, być może jeszcze trudniejsza zima. A Ministerstwo, jak do tej pory, pokazywało wyłącznie swoją skuteczną niekompetencję w zakresie zarządzania kryzysowego i ochrony ludności.
Dziwne? Nietypowe? Nie do przewidzenia? No nie. Jeśli ktoś był tym głęboko zszokowany, musiał mieć naprawdę duże klapki na oczach. Nawet jeśli deklarowano zajęcie się pomocą pogorzelcom, przez miasto przeszła tak duża fala zniszczeń i śmierci, że wszystkie działania, jakie miały miejsce w ostatnich dniach były wyłącznie kroplą w oceanie. Nie tyle nieskuteczne, co potrzeba było ich więcej i więcej. Niezliczenie dużo zasobów i akcji, aby choć spróbować przywrócić część dawnego stanu.
A przecież nie wszystko dało się cofnąć. Niektóre rzeczy wyrywały się zbyt głęboko w ludzkich umysłach. Pewne tragedie wywracały życia całych rodzin do góry nogami. Oni mieli szczęście, przynajmniej wedle jego bieżącej wiedzy, stracili wyłącznie dorobek, część rzeczy materialnych. Inni? No cóż, wiele widział podczas swojej drogi przez płonące miasto. Jeszcze więcej podczas dyżurów w szpitalu.
Tak, to zdecydowanie otwierało oczy. Życie było krótkie i ulotne. Należało czerpać je garściami, nawet jeśli to miały być tylko małe, raptem dziesięciominutowe garstki wyrwane z chaotycznych, naprawdę długich i pracowitych dni.
- Uważaj, bo pomyślę, że sugerujesz mi zbytnią uległość - rzucił w odpowiedzi, mimowolnie lekko unosząc brwi i kręcąc głową.
Jeśli coś było bowiem całkowicie trafnym stwierdzeniem to właśnie to, że bycie potulnym i łatwym do wkręcenia w cokolwiek, czego oczekiwało od niego otoczenie nie należało do typowych cech Ambroisa. Zwykle nawet nie próbował udawać, że robi coś wyłącznie z czyjejś czystej umiejętności przekonywania. Z tego, że ktoś ładnie go o coś poprosił i tyle. Nie. Jeśli nie chciał czegoś zrobić, na ogół po prostu tego nie robił. Naprawdę rzadko kiedy poświęcał się wbrew sobie.
A przynajmniej właśnie tak lubił to ujmować. Świadomie wybierał właśnie tę wersję rzeczywistości, co prawda od czasu do czasu musząc przymknąć oczy na fakty, które nieco wpłynęłyby na jego światopogląd, ale z tym także raczej nie miewał problemu. Tak, przynajmniej do pewnego momentu dosyć skutecznie zamykał oczy na to, że w rzeczywistości być może pozwalał najbliższym trochę zbyt mocno wykorzystywać jego dobrą wolę i szczere intencje. Pozwolił wmanipulować się w wiele syfu, wziąć zdecydowanie nazbyt dużo na swoje barki w imię dbania o dobro osób, na których mu zależy.
Cóż. Teraz wreszcie zaczął robić coś dla siebie. Faktycznie zgodnego z tym, czego chciał. Z budowaniem sobie lepszej przyszłości, nawet kosztem konieczności postawienia granic na nowo. Nie mógł ani nie zamierzał dłużej akceptować robienia z niego kogoś, kto pojawia się na zawołanie. Kto przyjmuje na siebie obowiązki, nie zaś towarzyszące im przywileje. Tak, to była trudna zmiana. Trudniejsza niż mogłoby się wydawać, ale był na nią gotowy.
W gruncie rzeczy przecież żył tak przez lata. To nie było nic nieoczekiwanego. Nic nowego. Żadne odstępstwo od tego, co już kiedyś znał. Być może odrobinę pogubił się po drodze, zamotał się w tym, co słuszne a tym, co było wyłącznie wynikiem jego własnych wewnętrznych obaw, jednakże ostatecznie zaczął wychodzić na prostą. Tym razem ostatnią. To było już pewne. Teraz potrzebował wyłącznie zakomunikować to wszystkim, na których mu zależało. Jedną z takich osób bez wątpienia była Nora.
- Wiem - przyznał, jednak mimo wszystko i tak postanowił wyjść z poziomu gościa, czekając aż to Figgówna pierwsza ruszyła w kierunku zaplecza.
Co prawda dosyć szybko zrównał z nią krok, mając na uwadze własne dosyć długie nogi, jednak liczył się gest, czyż nie? Przepuszczając gospodynię w drzwiach, wszedł do pomieszczenia, rozglądając się za kawałkiem wolnej przestrzeni roboczej, na której mógłby odstawić torbę i sięgnąć po to, co powinien wręczyć dziewczynie.
- Rzeczywiście masz cholernie dużo zleceń - stwierdził przy okazji, patrząc na stan, w jakim znajdowało się pomieszczenie.
Bez wątpienia nie próżnowała. Zresztą zupełnie zrozumiale i logicznie, w zgodzie z własną naturą, nieprawdaż?
- Na co najczęściej? - Spytał, odstawiając torbę.
Ot, pytał z czystej ciekawości. Raczej bez głębszego celu. Mimo wszystko, nie dało się ukryć, że pokłosie pożarów było interesujące również z perspektywy statystyk. Spaczenie zawodowe czy coś.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down