29.07.2025, 20:47 ✶
Spojrzał kątem oka na Norę, nie komentując jej słów, jednak bez wątpienia posyłając dziewczynie dosyć porozumiewawcze spojrzenie. Wiedział, że wiedziała. W końcu byli ze sobą na tyle blisko, aby znać się również od tej strony. Dokładnie tak samo jak on całkiem słusznie domyślał się, że ostatni gorący okres bez dwóch zdań mocno zaprzątał jej głowę mnogością dodatkowych zleceń. Widok zastany na zapleczu wyłącznie to potwierdzał.
Czy był jednak aż tak fatalny?
- Mhm - nie starał się ukryć tego, jak ironicznie zabrzmiał jego pomruk. - Nie postarałaś się, moja droga. Powinienem nasłać na ciebie inspekcję sanitarną. Z tej podłogi nie da się jeść - stwierdził, dosyć teatralnie wykrzywiając wargi i przesuwając czubkiem buta po wspomnianej powierzchni, która była wyłącznie jakieś pięćdziesiąt razy bardziej czysta niż podczas jego własnej działalności tego rodzaju.
A nie, nie był fleją. Jedynie nie przeznaczał zbędnych zasobów energetycznych na ekscesywne sprzątanie wszystkich możliwych zakamarków w trakcie wykonywania znacznie bardziej istotnych, poważniejszych i zdecydowanie trudniejszych zadań. Nie dało się ukryć, że raczej mało kto, kto nie korzystał z natychmiastowej pomocy asystentów lub skrzatów domowych był w stanie bezustannie utrzymać całkowity porządek, gdy zajmował się podobnymi czynnościami.
Eleonora w żadnym wypadku nie potrzebowała przepraszać go za bałagan. Szczególnie nie taki, który malował się tuż przed jego oczami. Zwłaszcza, gdy ewidentnie przeszkodził jej w pracy. Nie, nie musiała czuć się głupio, za to jego dziesięć minut stało się przy okazji zdecydowanie bardziej stanowcze.
- Jeśli potrzebowałabyś jakichkolwiek ziół i składników roślinnych, nasze szklarnie w żaden sposób nie ucierpiały w pożarach. Mogę dostarczyć ci, co potrzeba - nie miał żadnego problemu z tym, aby zadeklarować swoje ewentualne wsparcie w tym temacie, bo wiedział, że Nora miała wykorzystać je w najlepszy możliwy sposób.
Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, że dziewczyna dysponowała własnymi zasobami, jednak w aktualnych okolicznościach z pewnością zasada im więcej, tym lepiej doskonale odnosiła się do realiów pracy rzemieślników. Bez sensu było także wydawać galeony na sprowadzanie czegoś, co z powodzeniem mogło znaleźć się w ich ogrodach lub na półkach i hakach w pomieszczeniach gospodarczych.
Przynajmniej tyle mógł zrobić od siebie w zakresie wsparcia potrzebujących, oczywiście, nie licząc tego, co robił jako uzdrowiciel. A co na chwilę obecną na kilka dni odłożył na dalszy plan. Nie kwestionował tej decyzji, nie zastanawiał się nad tym, co miało być bardziej właściwe czy też moralne. Nazbyt długo odkładał tę część życia na później...
...które mogło nie nadejść. Mogło nie mieć miejsca, rozwiać się pośród dymu i pyłu, zniknąć w płomieniach trawiących ich dawny świat. Czasy były coraz trudniejsze. Nikt ani nic nie było w stanie zagwarantować żadnemu z nich, że doczekają kolejnego wschodu słońca. Mogli więc pogrążyć się w cieniu, stawiając kolejne zachowawcze kroki i usiłując kryć się po kątach. Mogli też po prostu żyć.
Może nie tak elegancko jak powinni to robić. Bez olbrzymich balów, oficjalnego przyjęcia z okazji podjęcia decyzji o zaręczynach, zapraszania setek gości i całej tej maskarady bądź szopki (jak zwał, tak zwał), jaka zazwyczaj towarzyszyła wstępowaniu na nową drogę życia. Jednakże sam Ambroise akurat niespecjalnie żałował tego, że miały ich ominąć te wszystkie etapy. Nie potrzebował nic oznajmiać wszem i wobec, nie miał ochoty publicznie deklarować swojego szczęścia nikomu, prócz garstki ludzi, którzy byli dla niego istotni.
A Nora? Nora od lat była mu jak młodsza siostra. Nie wahał się ani przez chwilę nad tym, czy powinien uwzględnić ją na liście gości, która w gruncie rzeczy była dosyć wąska i zamknięta. Zwłaszcza jak na typowe uroczystości pośród tak zwanej czystokrwistej elity, które zazwyczaj obfitowały w gości, gości gości, gości honorowych, gości bez honoru, honorowanych gości, ciotki i pociotki, ciotki pociotków i tak dalej. No, właśnie. Tak nie miało być w tym wypadku.
Całe szczęście. Roise był z tego powodu niezmiernie zadowolony. Szczególnie, że udało mu się osiagnąć pewne ustępstwa w zakresie miejsca całego wydarzenia, korzystając z okazji i odwołując się do stanu domu w Dolinie Godryka i domniemanej klątwy ciążącej nad głównym, byleby tylko nie angażować w to zbytnio swojej macochy. Mieli lepsze relacje niż przed laty, ale zdecydowanie nie chciał jej pomocy. Miał już dostatecznie duży komitet organizacyjny, który jednogłośnie wybrał Snowdonię. Nie potrzebował więcej kucharek tam, gdzie były już dwie bardzo skuteczne. Zdecydowanie mieli mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, nawet w tak krótkim czasie.
Co zaś przypominało mu przy okazji o powodzie, dla którego w pierwszej kolejności zjawił się u Nory. Nie czekał dłużej, rozpinając kieszeń torby i wysuwając z niej kopertę z eleganckiego zestawu grubej, mięsistej papeterii, którą gładkim gestem wyciągnął w stronę przyjaciółki.
- Do rąk własnych - zakomunikował swobodnie, czekając aż Figgówna przejmie zaproszenie.
Czy był jednak aż tak fatalny?
- Mhm - nie starał się ukryć tego, jak ironicznie zabrzmiał jego pomruk. - Nie postarałaś się, moja droga. Powinienem nasłać na ciebie inspekcję sanitarną. Z tej podłogi nie da się jeść - stwierdził, dosyć teatralnie wykrzywiając wargi i przesuwając czubkiem buta po wspomnianej powierzchni, która była wyłącznie jakieś pięćdziesiąt razy bardziej czysta niż podczas jego własnej działalności tego rodzaju.
A nie, nie był fleją. Jedynie nie przeznaczał zbędnych zasobów energetycznych na ekscesywne sprzątanie wszystkich możliwych zakamarków w trakcie wykonywania znacznie bardziej istotnych, poważniejszych i zdecydowanie trudniejszych zadań. Nie dało się ukryć, że raczej mało kto, kto nie korzystał z natychmiastowej pomocy asystentów lub skrzatów domowych był w stanie bezustannie utrzymać całkowity porządek, gdy zajmował się podobnymi czynnościami.
Eleonora w żadnym wypadku nie potrzebowała przepraszać go za bałagan. Szczególnie nie taki, który malował się tuż przed jego oczami. Zwłaszcza, gdy ewidentnie przeszkodził jej w pracy. Nie, nie musiała czuć się głupio, za to jego dziesięć minut stało się przy okazji zdecydowanie bardziej stanowcze.
- Jeśli potrzebowałabyś jakichkolwiek ziół i składników roślinnych, nasze szklarnie w żaden sposób nie ucierpiały w pożarach. Mogę dostarczyć ci, co potrzeba - nie miał żadnego problemu z tym, aby zadeklarować swoje ewentualne wsparcie w tym temacie, bo wiedział, że Nora miała wykorzystać je w najlepszy możliwy sposób.
Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, że dziewczyna dysponowała własnymi zasobami, jednak w aktualnych okolicznościach z pewnością zasada im więcej, tym lepiej doskonale odnosiła się do realiów pracy rzemieślników. Bez sensu było także wydawać galeony na sprowadzanie czegoś, co z powodzeniem mogło znaleźć się w ich ogrodach lub na półkach i hakach w pomieszczeniach gospodarczych.
Przynajmniej tyle mógł zrobić od siebie w zakresie wsparcia potrzebujących, oczywiście, nie licząc tego, co robił jako uzdrowiciel. A co na chwilę obecną na kilka dni odłożył na dalszy plan. Nie kwestionował tej decyzji, nie zastanawiał się nad tym, co miało być bardziej właściwe czy też moralne. Nazbyt długo odkładał tę część życia na później...
...które mogło nie nadejść. Mogło nie mieć miejsca, rozwiać się pośród dymu i pyłu, zniknąć w płomieniach trawiących ich dawny świat. Czasy były coraz trudniejsze. Nikt ani nic nie było w stanie zagwarantować żadnemu z nich, że doczekają kolejnego wschodu słońca. Mogli więc pogrążyć się w cieniu, stawiając kolejne zachowawcze kroki i usiłując kryć się po kątach. Mogli też po prostu żyć.
Może nie tak elegancko jak powinni to robić. Bez olbrzymich balów, oficjalnego przyjęcia z okazji podjęcia decyzji o zaręczynach, zapraszania setek gości i całej tej maskarady bądź szopki (jak zwał, tak zwał), jaka zazwyczaj towarzyszyła wstępowaniu na nową drogę życia. Jednakże sam Ambroise akurat niespecjalnie żałował tego, że miały ich ominąć te wszystkie etapy. Nie potrzebował nic oznajmiać wszem i wobec, nie miał ochoty publicznie deklarować swojego szczęścia nikomu, prócz garstki ludzi, którzy byli dla niego istotni.
A Nora? Nora od lat była mu jak młodsza siostra. Nie wahał się ani przez chwilę nad tym, czy powinien uwzględnić ją na liście gości, która w gruncie rzeczy była dosyć wąska i zamknięta. Zwłaszcza jak na typowe uroczystości pośród tak zwanej czystokrwistej elity, które zazwyczaj obfitowały w gości, gości gości, gości honorowych, gości bez honoru, honorowanych gości, ciotki i pociotki, ciotki pociotków i tak dalej. No, właśnie. Tak nie miało być w tym wypadku.
Całe szczęście. Roise był z tego powodu niezmiernie zadowolony. Szczególnie, że udało mu się osiagnąć pewne ustępstwa w zakresie miejsca całego wydarzenia, korzystając z okazji i odwołując się do stanu domu w Dolinie Godryka i domniemanej klątwy ciążącej nad głównym, byleby tylko nie angażować w to zbytnio swojej macochy. Mieli lepsze relacje niż przed laty, ale zdecydowanie nie chciał jej pomocy. Miał już dostatecznie duży komitet organizacyjny, który jednogłośnie wybrał Snowdonię. Nie potrzebował więcej kucharek tam, gdzie były już dwie bardzo skuteczne. Zdecydowanie mieli mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, nawet w tak krótkim czasie.
Co zaś przypominało mu przy okazji o powodzie, dla którego w pierwszej kolejności zjawił się u Nory. Nie czekał dłużej, rozpinając kieszeń torby i wysuwając z niej kopertę z eleganckiego zestawu grubej, mięsistej papeterii, którą gładkim gestem wyciągnął w stronę przyjaciółki.
- Do rąk własnych - zakomunikował swobodnie, czekając aż Figgówna przejmie zaproszenie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down