30.07.2025, 03:02 ✶
Lyssa kiwnęła głową, potwierdzając to co przed chwilą przecież powiedziała i nawet uśmiechnęła się lekko na ten chichot Scarlett, ale... nie do końca było jej do śmiechu. Było coś ciężkiego dla niej w niciach, które widziała oplatające Peregrinusa i Vakela. Tak samo widziała w swojej i Trelawneya jątrzącą się zazdrość, bo nawet jeśli nie mogła liczyć na... oddanie tego samego sortu, to zazdrościła tej uwagi, którą karmił go jej ojciec.
- Stresować? - zmierzyła kuzynkę takim wzrokiem, jakby nagle wyhodowała drugą głowę. Lyssa chyba nie miewała tremy. Nie w takich wypadkach. Tu chodziło o bycie w towarzystwie, ładne uśmiechanie się i mówienie rzeczy, a to wychodziło jej całkiem dobrze. Zależało jej tylko na opinii ojca, a spędziła z nim już tyle czasu, ze związany z tym stres przeminął w większości. Reszta ludzi zwyczajnie się nie liczyła, bo to nie ona musiała się odnaleźć w ich świecie, a oni w jej. - Nie myślałam o tym w ten sposób. Więc chyba można powiedzieć że nie, nie stresuję się. Kolacja jak kolacja, dzień jak dzień, ale twoja propozycja też jest dobra. Jeśli faktycznie będę umierać z nudów, to napiszę. I ty też możesz zrobić to samo, dobrze? - uśmiechnęła się do Mulciber ślicznie.
- Wiesz... niektórzy nie widzą w tym niczego złego. Znaczy, chodzi o tradycje, tak? Wiele takich pań powie ci potem dobrą radę, że jak spełnisz małżeński obowiązek, to masz o wiele więcej swobody, no i zapewnioną przyszłość - wzruszyła ramionami, ale jakaś drobna zmarszczka na jej twarzy wyrażała niezdecydowanie. Sama nie wiedziała, jakie właściwie miała marzenie w tym temacie. Zbyt często znajdowała radość w słowach, które zwyczajnie drażniły odbiorcę w ten subtelny sposób. Zwyczajnie do tego przywykła i gotowa była odgrywać swoją rolę do całości, ale w głębi duszy chyba była romantyczką. Jak mogłaby nie być, kiedy dane jej było zostać artystką? Potrzeba było pewnej słabości duszy, by malować z przekonaniem i przelewać na płótno emocje. Odpowiedniego rodzaju tragiczności i zatracenia, by rozumieć to wszystko, na czym potem grały u odbiorcy pociągnięcia pędzla. A mimo tego tak szybko przechodziła przez zauroczenia i miłostki, ze sama nie była pewna czy rozumiała wagę prawdziwej miłości. No i wreszcie - chciała też wygody. Chciała pięknego pana z pięknym portfelem i pozycją w społeczeństwie. Chciała wszystkiego, czy to było tak wiele?
- A masz już może kogoś na oku? - zapytała z psotnym uśmiechem, przybliżając się nieco do Scarlett i mocniej przyciskając jej ramię do siebie. - Papa chyba o tym nie myśli. On wierzy w przeznaczenie - i nie byłoby w tym zdaniu nic złego, gdyby w ostatnim słowie nie zatańczyła jakaś skrywana uraza. - Że absolut ma plan i wszystko przyjdzie według niego do człowieka. Jeśli miałabym znaleźć męża, to los mi go da, albo nakłoni go, w sensie papę, do działania w tym temacie.
- Stresować? - zmierzyła kuzynkę takim wzrokiem, jakby nagle wyhodowała drugą głowę. Lyssa chyba nie miewała tremy. Nie w takich wypadkach. Tu chodziło o bycie w towarzystwie, ładne uśmiechanie się i mówienie rzeczy, a to wychodziło jej całkiem dobrze. Zależało jej tylko na opinii ojca, a spędziła z nim już tyle czasu, ze związany z tym stres przeminął w większości. Reszta ludzi zwyczajnie się nie liczyła, bo to nie ona musiała się odnaleźć w ich świecie, a oni w jej. - Nie myślałam o tym w ten sposób. Więc chyba można powiedzieć że nie, nie stresuję się. Kolacja jak kolacja, dzień jak dzień, ale twoja propozycja też jest dobra. Jeśli faktycznie będę umierać z nudów, to napiszę. I ty też możesz zrobić to samo, dobrze? - uśmiechnęła się do Mulciber ślicznie.
- Wiesz... niektórzy nie widzą w tym niczego złego. Znaczy, chodzi o tradycje, tak? Wiele takich pań powie ci potem dobrą radę, że jak spełnisz małżeński obowiązek, to masz o wiele więcej swobody, no i zapewnioną przyszłość - wzruszyła ramionami, ale jakaś drobna zmarszczka na jej twarzy wyrażała niezdecydowanie. Sama nie wiedziała, jakie właściwie miała marzenie w tym temacie. Zbyt często znajdowała radość w słowach, które zwyczajnie drażniły odbiorcę w ten subtelny sposób. Zwyczajnie do tego przywykła i gotowa była odgrywać swoją rolę do całości, ale w głębi duszy chyba była romantyczką. Jak mogłaby nie być, kiedy dane jej było zostać artystką? Potrzeba było pewnej słabości duszy, by malować z przekonaniem i przelewać na płótno emocje. Odpowiedniego rodzaju tragiczności i zatracenia, by rozumieć to wszystko, na czym potem grały u odbiorcy pociągnięcia pędzla. A mimo tego tak szybko przechodziła przez zauroczenia i miłostki, ze sama nie była pewna czy rozumiała wagę prawdziwej miłości. No i wreszcie - chciała też wygody. Chciała pięknego pana z pięknym portfelem i pozycją w społeczeństwie. Chciała wszystkiego, czy to było tak wiele?
- A masz już może kogoś na oku? - zapytała z psotnym uśmiechem, przybliżając się nieco do Scarlett i mocniej przyciskając jej ramię do siebie. - Papa chyba o tym nie myśli. On wierzy w przeznaczenie - i nie byłoby w tym zdaniu nic złego, gdyby w ostatnim słowie nie zatańczyła jakaś skrywana uraza. - Że absolut ma plan i wszystko przyjdzie według niego do człowieka. Jeśli miałabym znaleźć męża, to los mi go da, albo nakłoni go, w sensie papę, do działania w tym temacie.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.