30.07.2025, 18:26 ✶
- Nie chcę wam przeszkadzać - Hannibal złożył kolejną koszulę i zabrał się za spodnie - Chociaż… głupio o tej porze zwalać się na głowę rodzicom. Chyba naprawdę powinienem się zatroszczyć o zapasowe mieszkanie - dodał do Icarusa. Nie pomyślał o tym wcześniej, ale przecież to nie było tak, że nie było go na to stać. Chociaż teraz, po pożarach, mogło być trudno coś znaleźć - Póki co, kumpel zaproponował mi, że mogę się zatrzymać u niego, ale dopiero od jutra.
Śledził wzrokiem ruchy Świstka, a kiedy kot wskoczył na kanapę obok niego, wyciągnął do niego dłoń. Miękkie, grube futro wprost zapraszało do tego, by zanurzyć w nim palce. Zwierzak nadstawił łepek i z zadowoleniem zmrużył oczy, a Selwyn uśmiechnął się, drapiąc go za uszami. Dopiero, kiedy Mona wróciła i zabrała kota, zobaczył warstwę białego puchu na swoich ubraniach. Przewrócił oczami, spojrzał na winowajcę wymownie, co ten ostatni olał z doskonałą obojętnością, po czym z westchnieniem, dotknął stosika różdżką, a kiedy podniósł ją, chmurka kłaczków podążyła za nią i przefrunęła do kubełka na śmieci. Płatki sadzy zakryły już dno. Hannibal oczyścił spodnie i z zadowoleniem przesunął dłonią po czystym, miękkim materiale. Lubił zajmować się własną garderobą osobiście. Kolejny uspokajający okruszek normalności w nowej rzeczywistości. Jak herbata. Jak kocie futro. Jak prysznic wzięty w nieswojej łazience.
Koniec świata nie był taki zły, kiedy miało się wokół rodzinę i przyjaciół.
Zamyślił się, wpatrując w meblościankę, ten importowany z… chyba Polski?... mebel, o który było latem tyle hałasu. Robert zaciekle go bronił, Jonathan - nienawidził z pasją. Hannibal... uważał, że to dziwny przedmiot. Niby miał ten pozbawiony ozdób, nowoczesny charakter, który nawet lubił w mugolskim wzornictwie, na pewno dawał dużo miejsca na przechowywanie rzeczy, a jednak… wyglądał jakoś złowieszczo. Monumentalna, zajmująca całą ścianę przestrzeń ciemnego drewna… nie, jakiejś lakierowanej okleiny… Hannibal patrząc na nią czuł, jakby coś patrzyło wzajem na niego. Coś wielkiego, szarego i betonowego.
Wyklęty powstań ludu ziemi…
Gdzie słyszał tę pieśń? Ach tak, w Paryżu był taki baletmistrz ze Związku Radzieckiego, on to czasami nucił...
Oderwał wzrok od meblościanki. Wcale nie wiedział, czy chciałby spać z nią w jednym pokoju.
- Mona? - zapytał nagle - Czy pokazałaś ten, uhh… mebel… jakiemuś klątwołamaczowi na wszelki wypadek? Zdaje się, że w Bloku Wschodnim mają nas wszystkich za wrogów…
Ledwie wypowiedział te słowa, poczuł drapanie w gardle, irytujące i niemożliwe do zignorowania. Kaszel szarpnął nim tak, jak wcześniej tego dnia jego kolegą z teatru. Świstek, dotąd dumnie przechadzający się po dywanie, podskoczył i uciekł za zasłonę. Hannibal odłożył różdżkę i zasłonił usta dłońmi. To brzmiało jak wtedy, gdy zachorował na koklusz jako dzieciak i, podobnie jak wtedy, miał wrażenie, że skończy się dopiero, kiedy Selwyn wypluje własne płuca, co na szczęście było niemożliwe… prawda? Niepokojące wspomnienia nocnych koszmarów wychynęły z zakamarków umysłu i Hannibal sapnałby z przerażenia, gdyby miał jeszcze czym. Szarpnął się ze strachem i w końcu udało mu się nabrać powietrza - gwałtownie, ze świstem - nim znów się rozkaszlał. Nie było w tym scenicznego dramatyzmu, z jakim kaszleli umierający bohaterowie w sztukach teatralnych. Nie było tragicznej dyskrecji, z jaką chorujące na gruźlicę damy w mugolskich filmach plamiły chusteczki krwią. Tylko obrzydliwy, organiczny realizm choroby i lęku.
Kilka dobrych uderzeń serca minęło, zanim udało mu się złapać oddech - ciężki, wysilony. Hannibal, czerwony na twarzy, spojrzał na Monę. Nie chciał nawet widzieć miny Icarusa, nikt obcy nie powinien oglądać go w takim stanie.
- Przepraszam - sapnął i sięgnął po herbatę - Męczy mnie to od wczoraj, miałem nadzieję, że samo przejdzie, ale jest coraz gorzej - upił łyk gorącej cieczy, spłukując nim resztki tego łaskoczącego, drażniącego uczucia. Okropność.
Śledził wzrokiem ruchy Świstka, a kiedy kot wskoczył na kanapę obok niego, wyciągnął do niego dłoń. Miękkie, grube futro wprost zapraszało do tego, by zanurzyć w nim palce. Zwierzak nadstawił łepek i z zadowoleniem zmrużył oczy, a Selwyn uśmiechnął się, drapiąc go za uszami. Dopiero, kiedy Mona wróciła i zabrała kota, zobaczył warstwę białego puchu na swoich ubraniach. Przewrócił oczami, spojrzał na winowajcę wymownie, co ten ostatni olał z doskonałą obojętnością, po czym z westchnieniem, dotknął stosika różdżką, a kiedy podniósł ją, chmurka kłaczków podążyła za nią i przefrunęła do kubełka na śmieci. Płatki sadzy zakryły już dno. Hannibal oczyścił spodnie i z zadowoleniem przesunął dłonią po czystym, miękkim materiale. Lubił zajmować się własną garderobą osobiście. Kolejny uspokajający okruszek normalności w nowej rzeczywistości. Jak herbata. Jak kocie futro. Jak prysznic wzięty w nieswojej łazience.
Koniec świata nie był taki zły, kiedy miało się wokół rodzinę i przyjaciół.
Zamyślił się, wpatrując w meblościankę, ten importowany z… chyba Polski?... mebel, o który było latem tyle hałasu. Robert zaciekle go bronił, Jonathan - nienawidził z pasją. Hannibal... uważał, że to dziwny przedmiot. Niby miał ten pozbawiony ozdób, nowoczesny charakter, który nawet lubił w mugolskim wzornictwie, na pewno dawał dużo miejsca na przechowywanie rzeczy, a jednak… wyglądał jakoś złowieszczo. Monumentalna, zajmująca całą ścianę przestrzeń ciemnego drewna… nie, jakiejś lakierowanej okleiny… Hannibal patrząc na nią czuł, jakby coś patrzyło wzajem na niego. Coś wielkiego, szarego i betonowego.
Wyklęty powstań ludu ziemi…
Gdzie słyszał tę pieśń? Ach tak, w Paryżu był taki baletmistrz ze Związku Radzieckiego, on to czasami nucił...
Oderwał wzrok od meblościanki. Wcale nie wiedział, czy chciałby spać z nią w jednym pokoju.
- Mona? - zapytał nagle - Czy pokazałaś ten, uhh… mebel… jakiemuś klątwołamaczowi na wszelki wypadek? Zdaje się, że w Bloku Wschodnim mają nas wszystkich za wrogów…
Ledwie wypowiedział te słowa, poczuł drapanie w gardle, irytujące i niemożliwe do zignorowania. Kaszel szarpnął nim tak, jak wcześniej tego dnia jego kolegą z teatru. Świstek, dotąd dumnie przechadzający się po dywanie, podskoczył i uciekł za zasłonę. Hannibal odłożył różdżkę i zasłonił usta dłońmi. To brzmiało jak wtedy, gdy zachorował na koklusz jako dzieciak i, podobnie jak wtedy, miał wrażenie, że skończy się dopiero, kiedy Selwyn wypluje własne płuca, co na szczęście było niemożliwe… prawda? Niepokojące wspomnienia nocnych koszmarów wychynęły z zakamarków umysłu i Hannibal sapnałby z przerażenia, gdyby miał jeszcze czym. Szarpnął się ze strachem i w końcu udało mu się nabrać powietrza - gwałtownie, ze świstem - nim znów się rozkaszlał. Nie było w tym scenicznego dramatyzmu, z jakim kaszleli umierający bohaterowie w sztukach teatralnych. Nie było tragicznej dyskrecji, z jaką chorujące na gruźlicę damy w mugolskich filmach plamiły chusteczki krwią. Tylko obrzydliwy, organiczny realizm choroby i lęku.
Kilka dobrych uderzeń serca minęło, zanim udało mu się złapać oddech - ciężki, wysilony. Hannibal, czerwony na twarzy, spojrzał na Monę. Nie chciał nawet widzieć miny Icarusa, nikt obcy nie powinien oglądać go w takim stanie.
- Przepraszam - sapnął i sięgnął po herbatę - Męczy mnie to od wczoraj, miałem nadzieję, że samo przejdzie, ale jest coraz gorzej - upił łyk gorącej cieczy, spłukując nim resztki tego łaskoczącego, drażniącego uczucia. Okropność.