30.07.2025, 18:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.08.2025, 11:40 przez Alexander Mulciber.)
Alexander Mulciber chciał poczuć się czysty.
Spłukując z siebie brud, spłukiwał z siebie minioną noc, z całym jej szlamem i sadzą. Zmywał z siebie wizje, którą wciąż przewijały mu się pod powiekami, gdy zamknął oczy. Zmywał dotyk dłoni wiedźmy z rozdartą spódnicą, która pomogła mu zasklepić rany odniesione podczas walki. Gdy wpatrywał się tępo w spływające przez odpływ strugi brudnej wody, myślał o niej jak o topiącej się kukle podpalonej Marzanny. O tym, jak jej popioły spłynęłyby w dół rzeki.
Wymył się, zadbawszy o to, aby wypłukać dokładnie popiół ze swoich włosów.
Działał dokładnie, metodycznie, jak gdyby miał odprawiać jakiś obrzęd, przed którym należy dokonać rytualnego oczyszczenia.
Umył zęby.
Zakaszlał się, wypluwając sadzę na umywalkę.
Umył zęby jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.
Może powinien łyknąć na to jakieś prochy, pomyślał obojętnie. Sięgając po brzytwę, aby się ogolić, spostrzegł, że za paznokciami wciąż ma czarno. Zirytowało go odstępstwo od zwyczajowej rutyny. Zaczął szczotkować paznokcie, żeby pozbyć się sadzy, która straszyła żałobą, ale po chwili szorował już dłonie o dziwnie powykrzywianych knykciach, jak gdyby próbował domyć je z dawno już wytartej krwi.
Chciał tylko poczuć się czysty.
Gdy zjawił się na dywaniku u babki, skórki przy paznokciach wciąż miał przekrwione, ale przynajmniej był czysty.
Zawsze czysty, w swoim eleganckim garniturze, sztywno zaprasowanej koszuli i wyglansowanych butach. Zawsze gładko ogolony, ze schludnie przyciętymi paznokciami. Tylko kręcone, zdecydowanie zbyt długie włosy, psuły bijące od niego wrażenie czystości.
– Zmieniłaś perfumy. – Padło chłodne powitanie.
W innych ustach, jego uwaga mogłaby wybrzmieć jak komplement. Przyjemnie dusząca woń przypominała mu przecież o dymie kadzideł, otulającym miękko wnętrze Ataraxii. O utraconym w pożarze mieszkaniu, w którym tak często tliły się podobne. Przypominała mu o kapliczce matki w Mulciber Manor, gdzie na zastawionym świętymi obrazkami ołtarzu dzień i noc paliły się wonne świece... Przypominała mu o wszystkim, tylko nie o gabinecie babki. Kiedy chciał, Alexander potrafił bowiem dostrzegać małe, acz niosące duże znaczenie rzeczy, których inni zwykli – w najlepszym przypadku – nie widzieć, w najgorszym – zwyczajnie pomijać. Nic w jego tonie nie sugerowało jednak, że w głowie były mu w tej chwili komplementy.
Zawsze wypowiadał się w ten budzący irytację sposób, w którym wydawał się mówić wprost, ale Alexander Mulciber, wbrew pozorom, rzadko mówił wprost. Rzadko był tak bezpośrednim, za jakiego chciał uchodzić. Za jakiego w wielu kręgach uchodził. Nie było w jego słowach prawniczej precyzji, która cechowała wycyzelowane wypowiedzi jego brata, a jednak mówił jakby z przypisami. Nie, to Donald tak mówił, zrozumieć mógłby ten, kto zdołałby postawić braci obok siebie na tyle długo, aby dojrzeć różnice. Alexander zawsze mówił zagadkami.
"Zmieniłaś perfumy". Detal. Perfumy były detalem, o którym można było bezpiecznie rozmawiać. Nie tak jak miniaturowa sofa, do złudzenia przypominająca normalnych rozmiarów, białą sofę, po której zostało tylko puste miejsce w przestrzeni gabinetu. Ale przecież "zmieniłaś perfumy" w jego ustach równie dobrze mogło sugerować "zmieniłaś wystrój". Zwłaszcza, że widziała, jak czujne, niebieskie oczy wnuka, lustrują uważnie wnętrze jej gabinetu. Miał oczy swojego ojca. A jeżeli Alexander choć trochę znał się na ludziach tak, jak znał się na nich jego ojciec, powiedziałby, że nic nie przeraża jego babki tak, jak zmiana. "Zmieniłaś coś, ale nie wiem, co!" Czy ktoś kiedykolwiek mógłby to powiedzieć Philomenie Mulciber? Nienawidził, że ta myśl była niemal kojącą. Nauczył się doceniać ludzi o stałych przekonaniach, o stałych upodobaniach... Ludzi, po których wiedział, czego się spodziewać, nawet, jeżeli spodziewał się po nich wyłącznie najgorszego. Babka była stałą tej rodziny.
A Alexander lubił stałość. Stały był układ runicznych pierścieni na jego palcach, chociaż od kilku miesięcy wyróżniał się sposród nich sygnet ojca. Stała była rutyna między pracą a domem, przynajmniej dopóki wciąż jeszcze miał dom. Stały był nawyk stawiania tarota przy każdej niemal otrzymanej pocztą wiadomości.
Cesarz. Karta nieodmiennie kojarząca się Alexandrowi z nieżyjącym już ojcem. Wreszcie przestał uciekać przed jego karcącym wzrokiem. Przed oczekiwaniami wobec tego, jakim mężczyzną powinien być, ale jakim nigdy nie chciał być. Alexander Mulciber wiedział, kim jest. Wiedział też, w tym przypadku chodziło nie o ojca, lecz o rodzinę od strony ojca, o sędziwą babkę, która wiele miała w sobie z Cesarza, kontrolującego despoty, którego wola zwyciężyć musiała ponad materią. A jednak, jego widok napełniał go spokojem, podobnie jak i powtarzalne ruchy tasowania kart, gdy dzielił talię pewną ręką. Przyjrzał się krytycznie wróżbie.
A więc Mag. Cudotwórca. Władca wszystkich elementów. Gdy potrzebujesz cudu, głosiło stare porzekadło, poproś Maga o pomoc.
Cesarz tworzył struktury, na których opierać winna się rzeczywistość, Mag rzeczywistość kreował. Powoływał do życia przez oddech. Przez imię. Alexander pomyślał o małej jasnowidzce, którą naznaczył swoją krwią wcześniej w nocy, namaścił ją tak, jak namaszcza się królów. O Scylli, chociaż nie śmiał o niej myśleć jako o Scylli. Myślał o tym, co jej powiedział. Imiona mają moc, powtarzał cały czas. Myślał o tym, że nie nadając jej imienia, odmawiał jej nadania znaczenia. Nie rozkoszował się jednak wpływem mocy Maga, którą przypisały mu wróżby.
Odwrócił kartę do góry nogami.
Kłamca. Manipulant. Młody, narcystyczny mężczyzna, który myśli, że może wszystko. Takim widziała go babka? Powiódł palcami po symbolu nieskończoności wyrysowanym ponad głową młodzieńca, dotknął wszystkich czterech symboli Małych Arkan. Analiza, zdecydował natychmiast, nie synteza. Nie złączenie, lecz rozpad. Nie skupiał spojrzenia na trzymanej w dłoniach Maga różdżce skierowanej ku górze, ku otwartemu niebu, na którym stało słońce. Bardziej zainteresował go jego palec skierowany do dołu, do ziemi. Ziemska energia, jego energia, pozostawała dominantą rozkładu, zwłaszcza w połączeniu z Ósemką Denarów, która wypadła z talii jako ostatnia. Zignorował jednak wyrastające ponad ziemią kwiaty, choć te kusiły go swymi kolorami. Śmierć, przypomniał sam sobie, nie życie. Poczuł nagle na barkach ciężar minionej nocy. Pogładził w zamyśleniu leżące przed nim karty.
– Więc mówisz, że będę musiał kopać grób? – spytał ostatnią z nich. Kartę pracy, a raczej wytrwałości w pracy.
Nie wiem, wyszeptała w odpowiedzi Ósemka Denarów, ale się pobrudzisz.
Zgarnął talię.
– Wróżby mówią, że każesz mi urządzić pogrzeb – stwierdził kilka godzin później, siadając przed biurkiem Philomeny, na niej skupiając swoje spojrzenie i całą swoją swoją uwagę. Nie mrugał. Nie mrugnął ani razu odkąd przekroczył próg jej gabinetu. – Czy ktoś umarł, czy dopiero ma umrzeć, nie pytałem. Nie chciałem... – Zatrzymał się na chwilę, choć nie tak, jakby zastanawiał się nad słowami, które miały paść z jego ust. Bardziej jakby bawiła go ukryta między nimi aluzja, znana chyba tylko jemu samemu. – ...Psuć ci niespodzianki. – Maniera nie jasnowidza, lecz jarmarcznego sztukmistrza, której z pełną premedytacją używał przy babce, dlatego właśnie, że wiedział, że napawa ją wstrętem. Takim mnie widzisz, mówiły jego oczy, więc takim będę. A jednak, w jego oczach nie było teraz wyzwania, nie gościła w nich także zwyczajowa kpina. Oczy Alexandra były puste. Obojętne. Wypuścił powietrze nosem, jak znudzony pies, wyrażający dezaprobatę wobec świata. – Babciu. – Niemal czule wymówił to miano, chociaż jego twarz i oczy z wszelkiej czułości były przecież wyprane.
Spłukując z siebie brud, spłukiwał z siebie minioną noc, z całym jej szlamem i sadzą. Zmywał z siebie wizje, którą wciąż przewijały mu się pod powiekami, gdy zamknął oczy. Zmywał dotyk dłoni wiedźmy z rozdartą spódnicą, która pomogła mu zasklepić rany odniesione podczas walki. Gdy wpatrywał się tępo w spływające przez odpływ strugi brudnej wody, myślał o niej jak o topiącej się kukle podpalonej Marzanny. O tym, jak jej popioły spłynęłyby w dół rzeki.
Wymył się, zadbawszy o to, aby wypłukać dokładnie popiół ze swoich włosów.
Działał dokładnie, metodycznie, jak gdyby miał odprawiać jakiś obrzęd, przed którym należy dokonać rytualnego oczyszczenia.
Umył zęby.
Zakaszlał się, wypluwając sadzę na umywalkę.
Umył zęby jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.
Może powinien łyknąć na to jakieś prochy, pomyślał obojętnie. Sięgając po brzytwę, aby się ogolić, spostrzegł, że za paznokciami wciąż ma czarno. Zirytowało go odstępstwo od zwyczajowej rutyny. Zaczął szczotkować paznokcie, żeby pozbyć się sadzy, która straszyła żałobą, ale po chwili szorował już dłonie o dziwnie powykrzywianych knykciach, jak gdyby próbował domyć je z dawno już wytartej krwi.
Chciał tylko poczuć się czysty.
Gdy zjawił się na dywaniku u babki, skórki przy paznokciach wciąż miał przekrwione, ale przynajmniej był czysty.
Zawsze czysty, w swoim eleganckim garniturze, sztywno zaprasowanej koszuli i wyglansowanych butach. Zawsze gładko ogolony, ze schludnie przyciętymi paznokciami. Tylko kręcone, zdecydowanie zbyt długie włosy, psuły bijące od niego wrażenie czystości.
– Zmieniłaś perfumy. – Padło chłodne powitanie.
W innych ustach, jego uwaga mogłaby wybrzmieć jak komplement. Przyjemnie dusząca woń przypominała mu przecież o dymie kadzideł, otulającym miękko wnętrze Ataraxii. O utraconym w pożarze mieszkaniu, w którym tak często tliły się podobne. Przypominała mu o kapliczce matki w Mulciber Manor, gdzie na zastawionym świętymi obrazkami ołtarzu dzień i noc paliły się wonne świece... Przypominała mu o wszystkim, tylko nie o gabinecie babki. Kiedy chciał, Alexander potrafił bowiem dostrzegać małe, acz niosące duże znaczenie rzeczy, których inni zwykli – w najlepszym przypadku – nie widzieć, w najgorszym – zwyczajnie pomijać. Nic w jego tonie nie sugerowało jednak, że w głowie były mu w tej chwili komplementy.
Zawsze wypowiadał się w ten budzący irytację sposób, w którym wydawał się mówić wprost, ale Alexander Mulciber, wbrew pozorom, rzadko mówił wprost. Rzadko był tak bezpośrednim, za jakiego chciał uchodzić. Za jakiego w wielu kręgach uchodził. Nie było w jego słowach prawniczej precyzji, która cechowała wycyzelowane wypowiedzi jego brata, a jednak mówił jakby z przypisami. Nie, to Donald tak mówił, zrozumieć mógłby ten, kto zdołałby postawić braci obok siebie na tyle długo, aby dojrzeć różnice. Alexander zawsze mówił zagadkami.
"Zmieniłaś perfumy". Detal. Perfumy były detalem, o którym można było bezpiecznie rozmawiać. Nie tak jak miniaturowa sofa, do złudzenia przypominająca normalnych rozmiarów, białą sofę, po której zostało tylko puste miejsce w przestrzeni gabinetu. Ale przecież "zmieniłaś perfumy" w jego ustach równie dobrze mogło sugerować "zmieniłaś wystrój". Zwłaszcza, że widziała, jak czujne, niebieskie oczy wnuka, lustrują uważnie wnętrze jej gabinetu. Miał oczy swojego ojca. A jeżeli Alexander choć trochę znał się na ludziach tak, jak znał się na nich jego ojciec, powiedziałby, że nic nie przeraża jego babki tak, jak zmiana. "Zmieniłaś coś, ale nie wiem, co!" Czy ktoś kiedykolwiek mógłby to powiedzieć Philomenie Mulciber? Nienawidził, że ta myśl była niemal kojącą. Nauczył się doceniać ludzi o stałych przekonaniach, o stałych upodobaniach... Ludzi, po których wiedział, czego się spodziewać, nawet, jeżeli spodziewał się po nich wyłącznie najgorszego. Babka była stałą tej rodziny.
A Alexander lubił stałość. Stały był układ runicznych pierścieni na jego palcach, chociaż od kilku miesięcy wyróżniał się sposród nich sygnet ojca. Stała była rutyna między pracą a domem, przynajmniej dopóki wciąż jeszcze miał dom. Stały był nawyk stawiania tarota przy każdej niemal otrzymanej pocztą wiadomości.
Cesarz. Karta nieodmiennie kojarząca się Alexandrowi z nieżyjącym już ojcem. Wreszcie przestał uciekać przed jego karcącym wzrokiem. Przed oczekiwaniami wobec tego, jakim mężczyzną powinien być, ale jakim nigdy nie chciał być. Alexander Mulciber wiedział, kim jest. Wiedział też, w tym przypadku chodziło nie o ojca, lecz o rodzinę od strony ojca, o sędziwą babkę, która wiele miała w sobie z Cesarza, kontrolującego despoty, którego wola zwyciężyć musiała ponad materią. A jednak, jego widok napełniał go spokojem, podobnie jak i powtarzalne ruchy tasowania kart, gdy dzielił talię pewną ręką. Przyjrzał się krytycznie wróżbie.
A więc Mag. Cudotwórca. Władca wszystkich elementów. Gdy potrzebujesz cudu, głosiło stare porzekadło, poproś Maga o pomoc.
Cesarz tworzył struktury, na których opierać winna się rzeczywistość, Mag rzeczywistość kreował. Powoływał do życia przez oddech. Przez imię. Alexander pomyślał o małej jasnowidzce, którą naznaczył swoją krwią wcześniej w nocy, namaścił ją tak, jak namaszcza się królów. O Scylli, chociaż nie śmiał o niej myśleć jako o Scylli. Myślał o tym, co jej powiedział. Imiona mają moc, powtarzał cały czas. Myślał o tym, że nie nadając jej imienia, odmawiał jej nadania znaczenia. Nie rozkoszował się jednak wpływem mocy Maga, którą przypisały mu wróżby.
Odwrócił kartę do góry nogami.
Kłamca. Manipulant. Młody, narcystyczny mężczyzna, który myśli, że może wszystko. Takim widziała go babka? Powiódł palcami po symbolu nieskończoności wyrysowanym ponad głową młodzieńca, dotknął wszystkich czterech symboli Małych Arkan. Analiza, zdecydował natychmiast, nie synteza. Nie złączenie, lecz rozpad. Nie skupiał spojrzenia na trzymanej w dłoniach Maga różdżce skierowanej ku górze, ku otwartemu niebu, na którym stało słońce. Bardziej zainteresował go jego palec skierowany do dołu, do ziemi. Ziemska energia, jego energia, pozostawała dominantą rozkładu, zwłaszcza w połączeniu z Ósemką Denarów, która wypadła z talii jako ostatnia. Zignorował jednak wyrastające ponad ziemią kwiaty, choć te kusiły go swymi kolorami. Śmierć, przypomniał sam sobie, nie życie. Poczuł nagle na barkach ciężar minionej nocy. Pogładził w zamyśleniu leżące przed nim karty.
– Więc mówisz, że będę musiał kopać grób? – spytał ostatnią z nich. Kartę pracy, a raczej wytrwałości w pracy.
Nie wiem, wyszeptała w odpowiedzi Ósemka Denarów, ale się pobrudzisz.
Zgarnął talię.
– Wróżby mówią, że każesz mi urządzić pogrzeb – stwierdził kilka godzin później, siadając przed biurkiem Philomeny, na niej skupiając swoje spojrzenie i całą swoją swoją uwagę. Nie mrugał. Nie mrugnął ani razu odkąd przekroczył próg jej gabinetu. – Czy ktoś umarł, czy dopiero ma umrzeć, nie pytałem. Nie chciałem... – Zatrzymał się na chwilę, choć nie tak, jakby zastanawiał się nad słowami, które miały paść z jego ust. Bardziej jakby bawiła go ukryta między nimi aluzja, znana chyba tylko jemu samemu. – ...Psuć ci niespodzianki. – Maniera nie jasnowidza, lecz jarmarcznego sztukmistrza, której z pełną premedytacją używał przy babce, dlatego właśnie, że wiedział, że napawa ją wstrętem. Takim mnie widzisz, mówiły jego oczy, więc takim będę. A jednak, w jego oczach nie było teraz wyzwania, nie gościła w nich także zwyczajowa kpina. Oczy Alexandra były puste. Obojętne. Wypuścił powietrze nosem, jak znudzony pies, wyrażający dezaprobatę wobec świata. – Babciu. – Niemal czule wymówił to miano, chociaż jego twarz i oczy z wszelkiej czułości były przecież wyprane.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat