31.07.2025, 10:43 ✶
Być może troszkę przesadziła, rzucając w stronę Dægberhta materialistycznie. Był jedną z najbardziej uduchowionych osób, jakie znała, więc rzeczywiście nieuczciwie posądzać go było o nadmierne przywiązywanie wagi do ziemskich właściwości kwiatów.
Obie dumy zostały urażone, ale gdy Helloise usłyszała, że mówiąc o zakazie wchodzenia do lasu, Dægberht miał na myśli wyłącznie wyrzut wobec rządu za narzucanie prawa, jej usta ułożyły się w zdziwione: o. Zapędziła się w swoje domysły tak daleko, że pominęła zupełnie obojętnie temat ministerialnego zakazu, jakby ów w ogóle nie istniał.
— Ach, tak, uważam, że to śmieszne, że czują się w prawie zabraniać komukolwiek wstępu do lasu. Odrzuciłabym te ograniczenia bez chwili namysłu, gdybym tylko wiedziała, co robić, gdy już znajdę się w Kniei. — Czuła się winna, piekielnie winna tego, że nie próbowała mocniej. Że nie słuchała kuszących podszeptów i nie rzuciła się na ślepo do gniazda widm, bez planu, rozpaczliwie, ale przynajmniej zrobiłaby coś. Siedzenie bezczynnie kilkaset metrów dalej i oglądanie z okna czubków drzew doprowadzało ją do szaleństwa. — Myślałam, że chodzi ci o to, że — wzruszyła ramionami, jakby to mogło zakamuflować, jak niechętnie przyznawała się do bezradności — na moim miejscu poszedłbyś tam. A ja nie poszłam.
Helloise przez myśl nie przeszło, że zarządcy ogrodu mogliby próbować uknuć na czarnych różach dziwaczną kampanię promocyjną. Gdy mówiła, że nie wiedzą, od jak dawna róże są w Maida Vale, myślała o rzeczach starych, uśpionych w ziemi i czekających na to, co je wybudzi. Myślała o tym, czy rzeczywiście kilka dni temu ktoś przeszedł przez ogród, intencjonalnie wysiewając te kwiaty, czy też były tu one od dawna — przyczajone i gdy coś ostatnio zmieniło się, wyszły na powierzchnię.
W drodze do oranżerii Hela skubnęła sobie jeszcze różę czy dwie i schowała je do kolorowej materiałowej torby, ponieważ w jej głowie już kiełkował nowy pomysł na przyszłość.
— To kwiat, który chodzi — powiedziała, zbliżając się do samotnej, starej donicy wewnątrz oranżerii. Nie dokończyła jednak myśli od razu: rozproszyła się, obserwując ciekawsko Dægberhta, który zlizywał z palców słoną łzę. Chwilę czekała, czy coś się stanie, po czym kontynuowała, ukucnąwszy przy samotnej róży: — Była tu też wczoraj. Gdy ją pogładzisz… usłyszysz, jak chodzi wokół ciebie, mimo że nie robi kroku.
Obie dumy zostały urażone, ale gdy Helloise usłyszała, że mówiąc o zakazie wchodzenia do lasu, Dægberht miał na myśli wyłącznie wyrzut wobec rządu za narzucanie prawa, jej usta ułożyły się w zdziwione: o. Zapędziła się w swoje domysły tak daleko, że pominęła zupełnie obojętnie temat ministerialnego zakazu, jakby ów w ogóle nie istniał.
— Ach, tak, uważam, że to śmieszne, że czują się w prawie zabraniać komukolwiek wstępu do lasu. Odrzuciłabym te ograniczenia bez chwili namysłu, gdybym tylko wiedziała, co robić, gdy już znajdę się w Kniei. — Czuła się winna, piekielnie winna tego, że nie próbowała mocniej. Że nie słuchała kuszących podszeptów i nie rzuciła się na ślepo do gniazda widm, bez planu, rozpaczliwie, ale przynajmniej zrobiłaby coś. Siedzenie bezczynnie kilkaset metrów dalej i oglądanie z okna czubków drzew doprowadzało ją do szaleństwa. — Myślałam, że chodzi ci o to, że — wzruszyła ramionami, jakby to mogło zakamuflować, jak niechętnie przyznawała się do bezradności — na moim miejscu poszedłbyś tam. A ja nie poszłam.
Helloise przez myśl nie przeszło, że zarządcy ogrodu mogliby próbować uknuć na czarnych różach dziwaczną kampanię promocyjną. Gdy mówiła, że nie wiedzą, od jak dawna róże są w Maida Vale, myślała o rzeczach starych, uśpionych w ziemi i czekających na to, co je wybudzi. Myślała o tym, czy rzeczywiście kilka dni temu ktoś przeszedł przez ogród, intencjonalnie wysiewając te kwiaty, czy też były tu one od dawna — przyczajone i gdy coś ostatnio zmieniło się, wyszły na powierzchnię.
W drodze do oranżerii Hela skubnęła sobie jeszcze różę czy dwie i schowała je do kolorowej materiałowej torby, ponieważ w jej głowie już kiełkował nowy pomysł na przyszłość.
— To kwiat, który chodzi — powiedziała, zbliżając się do samotnej, starej donicy wewnątrz oranżerii. Nie dokończyła jednak myśli od razu: rozproszyła się, obserwując ciekawsko Dægberhta, który zlizywał z palców słoną łzę. Chwilę czekała, czy coś się stanie, po czym kontynuowała, ukucnąwszy przy samotnej róży: — Była tu też wczoraj. Gdy ją pogładzisz… usłyszysz, jak chodzi wokół ciebie, mimo że nie robi kroku.
dotknij trawy