02.08.2025, 12:11 ✶
Dla kogoś z boku to może faktycznie nie wyglądało na nic wielkiego. Ot, szła obok mnie kobieta, czasem zerkająca spod rzęs na kałuże i mijane przez nas nas fasady budynków, a jednak… Trzymaliśmy się za ręce, to był dotyk, który nie miał w sobie przypadkowości, i chociaż nie analizowałem tego przesadnie, bo nie miałem takiego zwyczaju, to nie potrafiłem też nie zauważyć tej zmiany. Żadne z nas nie należało do tych, którzy bezrefleksyjnie wpuszczają ludzi z butami do swojego życia, przez lata wyhodowaliśmy sobie wokół siebie szczelne, kolczaste żywopłoty, mury ochronne, systemy, czasem z niechęci, czasem z wygody. Ja - również z przekonania, że zbyt wiele bliskości prowadzi do komplikacji. Ona - z powodu, którego nie znałem jeszcze do końca, ale wystarczyło na nią spojrzeć i posłuchać tego, co miała do powiedzenia, żeby wiedzieć, że swoje przeżyła, więc to, co się działo teraz - tutaj, między nami - nie było czymś, co mogłem zignorować, bo po latach odsuwania wszystkiego i wszystkich, zrobiliśmy wyjątek. Cholernie cichy wyjątek, ale jednak coś wartego odnotowania.
A mimo to, to nie był czas na wielkie słowa, nie szukałem w tej chwili głębokich definicji ani deklaracji. To, że chciała sięgnąć po coś innego niż dotąd, już było warte więcej niż cały ciąg zapewnień. Patrzyłem na nią, gdy mówiła o eksterioryzacji, o opuszczaniu ciała, o ciekawości, która nie dawała jej spokoju. Miała w sobie coś zdecydowanego, jak ktoś, kto znał wagę ryzyka, ale nie umiał - a może nie chciał - odwrócić swojej uwagi i poprzestać na teoretycznej lekturze. Mówiła spokojnie, jakby to był jakiś zwyczajny eksperyment alchemiczny, a nie wędrówka duszy, która mogła się skończyć tysiącem scenariuszy. Znałem ten ton - bezwzględnie spokojny - taki, w którym nawet niebezpieczeństwo brzmiało jak temat do luźnej rozmowy przy kawie. Wiedziałem, że dla niej to było po prostu kolejne doświadczenie, następne: „Zobaczmy, co się wydarzy...” - nie wyglądała jak ktoś, kogo łatwo zniechęcić. Jasne. Nie pierwszy raz to słyszałem, sam to kiedyś nadal mówiłem, kiedy robiłem rzeczy, które równie dobrze mogły się skończyć trumną lub długą rekonwalescencją. Może nawet właśnie to ją do mnie ciągnęło, nie próbowałem jej zmieniać, tylko rozumieć, ale rozumienie nie oznaczało milczenia.
Spojrzałem na nią - szła obok, z tym delikatnym cieniem uśmiechu na ustach, mówiąc tak cholernie spokojnym tonem, że człowiek prawie wierzył, że wszystko jest pod kontrolą. Słuchałem jej dalej, chłonąc każde słowo, które wypowiadała z taką lekkością, jakby mówiła o czymś zupełnie codziennym, a jednak to, co mówiła, wcale takie nie było.
- Jasne. - Powiedziałem cicho. - W domu powinno byś bezpiecznie. - Brzmiało to niemal uspokajająco, ale nie uspokoiło mnie wcale - widziałem już zbyt wiele przypadków, kiedy „własny dom” wcale nie gwarantował bezpieczeństwa. Nie byłbym sobą, gdybym się nie wtrącił, chociaż na tyle, na ile to zrobiłem. Nie wiedziałem, kiedy ostatnio poczułem się za kogoś odpowiedzialny, nawet tak odrobinę, ale tak było tym razem. Odpowiedziałem jej skinieniem głowy, ale nie byłem pewien, czy zdołała z tego wyczytać to, co naprawdę myślę. Może to i lepiej. Nie chciałem psuć tej chwili.
- Jeśli zdecydujesz się na plóbę… Mosze nie zostawaj sama. Nie od lasu. - Spojrzałem na nią kątem oka, przelotnie. Ważyłem słowa, bo nie chciałem, żeby moje słowa wytrąciły ją z tego stanu lekkości, w którym się znajdowała. Chciałem, żeby wiedziała, że rozumiem - słyszę i dostrzegam więcej, niż tylko fascynację kolejnym magicznym zjawiskiem, rytuałem, bądź zaklęciem, i nie dlatego mówię to mówię. - Wiesz, sze nie chodzi tylko o to, gdzie zostawisz ciało... Chodzi o to, kto będzie wtedy obok. Albo kto nie będzie. - Nie wypowiadałem tego tonem ostrzeżenia. Raczej... Świadomości... Nie każdy powinien widzieć takie rzeczy - nawet nie dlatego, że bywają niebezpieczne, ale dlatego, że odsłaniają coś zbyt osobistego i kruchego. Coś szło nie tak - ktoś wchodził, dotykał ciała, próbował „pomóc”... Albo wręcz odwrotnie - korzystał z okazji.
- Wiem, sze jesteś ostloszna. - Dodałem. - I to nie jeszt kaplys, ale... Jeśli jusz zdecydujesz szię splóbować, zlób to tak, jakby naplawdę mogło się nie udaś, okej? - Spojrzałem na nią - nie z góry, nie z troską, która mogłaby krępować - tak po prostu z zainteresowaniem.
A mimo to, to nie był czas na wielkie słowa, nie szukałem w tej chwili głębokich definicji ani deklaracji. To, że chciała sięgnąć po coś innego niż dotąd, już było warte więcej niż cały ciąg zapewnień. Patrzyłem na nią, gdy mówiła o eksterioryzacji, o opuszczaniu ciała, o ciekawości, która nie dawała jej spokoju. Miała w sobie coś zdecydowanego, jak ktoś, kto znał wagę ryzyka, ale nie umiał - a może nie chciał - odwrócić swojej uwagi i poprzestać na teoretycznej lekturze. Mówiła spokojnie, jakby to był jakiś zwyczajny eksperyment alchemiczny, a nie wędrówka duszy, która mogła się skończyć tysiącem scenariuszy. Znałem ten ton - bezwzględnie spokojny - taki, w którym nawet niebezpieczeństwo brzmiało jak temat do luźnej rozmowy przy kawie. Wiedziałem, że dla niej to było po prostu kolejne doświadczenie, następne: „Zobaczmy, co się wydarzy...” - nie wyglądała jak ktoś, kogo łatwo zniechęcić. Jasne. Nie pierwszy raz to słyszałem, sam to kiedyś nadal mówiłem, kiedy robiłem rzeczy, które równie dobrze mogły się skończyć trumną lub długą rekonwalescencją. Może nawet właśnie to ją do mnie ciągnęło, nie próbowałem jej zmieniać, tylko rozumieć, ale rozumienie nie oznaczało milczenia.
Spojrzałem na nią - szła obok, z tym delikatnym cieniem uśmiechu na ustach, mówiąc tak cholernie spokojnym tonem, że człowiek prawie wierzył, że wszystko jest pod kontrolą. Słuchałem jej dalej, chłonąc każde słowo, które wypowiadała z taką lekkością, jakby mówiła o czymś zupełnie codziennym, a jednak to, co mówiła, wcale takie nie było.
- Jasne. - Powiedziałem cicho. - W domu powinno byś bezpiecznie. - Brzmiało to niemal uspokajająco, ale nie uspokoiło mnie wcale - widziałem już zbyt wiele przypadków, kiedy „własny dom” wcale nie gwarantował bezpieczeństwa. Nie byłbym sobą, gdybym się nie wtrącił, chociaż na tyle, na ile to zrobiłem. Nie wiedziałem, kiedy ostatnio poczułem się za kogoś odpowiedzialny, nawet tak odrobinę, ale tak było tym razem. Odpowiedziałem jej skinieniem głowy, ale nie byłem pewien, czy zdołała z tego wyczytać to, co naprawdę myślę. Może to i lepiej. Nie chciałem psuć tej chwili.
- Jeśli zdecydujesz się na plóbę… Mosze nie zostawaj sama. Nie od lasu. - Spojrzałem na nią kątem oka, przelotnie. Ważyłem słowa, bo nie chciałem, żeby moje słowa wytrąciły ją z tego stanu lekkości, w którym się znajdowała. Chciałem, żeby wiedziała, że rozumiem - słyszę i dostrzegam więcej, niż tylko fascynację kolejnym magicznym zjawiskiem, rytuałem, bądź zaklęciem, i nie dlatego mówię to mówię. - Wiesz, sze nie chodzi tylko o to, gdzie zostawisz ciało... Chodzi o to, kto będzie wtedy obok. Albo kto nie będzie. - Nie wypowiadałem tego tonem ostrzeżenia. Raczej... Świadomości... Nie każdy powinien widzieć takie rzeczy - nawet nie dlatego, że bywają niebezpieczne, ale dlatego, że odsłaniają coś zbyt osobistego i kruchego. Coś szło nie tak - ktoś wchodził, dotykał ciała, próbował „pomóc”... Albo wręcz odwrotnie - korzystał z okazji.
- Wiem, sze jesteś ostloszna. - Dodałem. - I to nie jeszt kaplys, ale... Jeśli jusz zdecydujesz szię splóbować, zlób to tak, jakby naplawdę mogło się nie udaś, okej? - Spojrzałem na nią - nie z góry, nie z troską, która mogłaby krępować - tak po prostu z zainteresowaniem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)