03.08.2025, 17:11 ✶
Niewiele jest oszustw, których można się obawiać, gdy w kieszeni zamiast sykli nosi się żołędzie i ziarno. Czarownica nie zamykała też drzwi ani okien chaty — kimkolwiek jesteście, przychodźcie i rozgośćcie się. I wy, wróble rozdziobujące worki z jedzeniem, i wy, mchy zapychające rynny, i wy, wiatry hulające od ściany do ściany. Choćby i to znaczyło, że któregoś dnia miał wejść zbój, by gospodyni wypruć flaki — umarłaby, ale umarła całkiem bez żalu, bo w imię prób znalezienia się w harmonii z całym światem. Nie znaczyło to bynajmniej, że miała życzenie śmierci. Żyć lubiła — za to właśnie w dużej mierze, jak beztroski owo życie miało kształt.
Louvaina nie znała, więc nie miała powodów, aby okazać mu niechęć. Nie kupowała nigdy przeglądu sportowego, Proroka też od wielkiego dzwonu, bo ważniejsze rzeczy miała na głowie. Czasami na nudniejsze zimowe wieczory zdobywała sobie Żonglera, ale tam raczej o gwiazdkach sportu nie pisali; o szkodliwym promieniowaniu z linii wysokiego napięcia za to — jak najbardziej, i to były tematy, jakie miały realny wpływ na jej życie, nie jakieś byle piłkarzyki podrzucające sobie piłeczkę.
Nawet gdyby umiała czytać w myślach i odkryła za uśmiechem Lestrange’a posądzenie jej o brak piątej klepki, miałaby dla niego tylko protekcjonalne politowanie. Dlaczego — powiedz mi — tak mało wiesz? Choroba, na którą często cierpieli miastowi — nawet gdy ich postawić pośrodku dziewiczej puszczy, nie potrafili wyjść z miasta i patrzyli płasko po krajobrazach, jakby były co najwyżej wyjątkowo udanym muralem. Kompletny brak inicjatywy w stronę zgłębiania powszechnych sekretów przyrody, a co dopiero jej wymiaru metafizycznego.
I mimo że Helloise nie mogła wiedzieć, co dzieje się w głowie Louvaina, widziała przecież, że odrzucił jej zaproszenie do skorzystania z gościnności drzewa. To wystarczyło, aby wywieść o nim to i owo. Czy bał się stracić grunt pod nogami? Czemu nie ufał drzewom? Czarownica sama przesunęła się na zaproponowane mu wcześniej miejsce, świdrując nieznajomego spojrzeniem, którym próbowała wyłuskać coś prawdziwego z jego osoby. Wszystkie słowa, które wypowiedział do tej pory, zdawały się nie mieć żadnego znaczenia. Niezależnie od tego, z której strony się im przyglądała, jawiły się albo łgarstwem, albo czczą gadką. Louvain nie dawał się schwytać i poznać — wymykał się jej zrozumieniu, jakby Hela próbowała łapać w palce dym znad świecy. Czuła, że błądzi w rozmowie po omacku. Nie była jeszcze pewna, czy ta bezowocna i bezsensowna zabawa nad płomieniem bardziej fascynuje ją, czy drażni.
Wyłącznie z tych uśmieszków raz zadziornych, raz płaskich i z tego, jak chytrze manewrował między zeznaniami — z tego potrafiła coś wywnioskować. Mianowicie, że ma do czynienia z cwanym kawałem chuja.
— Widać nie znasz go aż tak dobrze. — Gdy utwierdziła się w przekonaniu, że Śmierciożerca kłamie, wróciło w jej słowa i ruchy nieco spokojnej pewności, choć wciąż zachowywała rezerwę. — Nie jest rozsądnie postawić się na pozycji, z której nie możesz odmówić — zauważyła.
Dała mu chwilę na zastanowienie się, czy tylko odniosła się do jego własnych słów o nim, czy czyni aluzję do siebie. W międzyczasie przesiadła się na miotłę i leniwie spłynęła na ziemię przed czarodziejem — nie miało dla niej znaczenia, czy rozmawiają w koronach drzew, czy wśród traw przy ziemi. I tam, i tu czuła się równie komfortowo. Pokrzykiwanie zaś o takich sprawach w tę i we w tę — z ziemi ku sercu dębu, i z powrotem — nie było najmądrzejsze, biorąc pod uwagę, że jeszcze do niedawna po tych terenach krążyły mrowia wysłanników Ministerstwa strzegących wejścia do lasu.
Odkąd stanęła, to ona musiała podnosić głowę, aby patrzeć na niego. Od razu też brudne skarpetki przemokły jej od wilgotnej trawy i błota. Trudno.
— Nie ma żadnego długu wdzięczności za tamtą noc — zbyła obojętnie temat nagrody. Poprosił ją o pomoc Leviathan, a nie otwierała rachunku rodzinie; była w tej kwestii być może lojalna krwi, a może zwyczajnie uczciwa. Niezależnie od tego, jak układały się rodowe relacje, niezależnie od tego, co obecnie uważała za swój dom, na ziemi smoków urodziła się i wychowała. Potraktować rodzinę transakcyjnie zakrawało na zniewagę dla więzi nadanej Boskim wyrokiem. — Jest inny dług. Rachunek krzywd, nie zasług.
Złapała Louvaina za rękę i poprowadziła go ze sobą — łagodnie, ale stanowczo. To było zaproszenie, którego nie zamierzała pozwolić mu odrzucić. Nie chciał siadać wśród dębu — dobrze, lecz nie mogła odpuścić mu spojrzenia w paszczę Kniei. I to właśnie w stronę ściany lasu go pokierowała, na tyle blisko, na ile sama ważyła się podejść, wiedząc, że jest jeszcze bezpiecznie. Błądziła nerwowo oczami po rozciągającej się po horyzont czarnej gęstwinie, szukała między pozostającymi w odległości drzewami obcych demonów, które Śmierciożercy do niej wpuścili. Od przebywania w tym miejscu, które było do niedawna radosną ucieczką, teraz wszystko wewnątrz niej skręcało się, na gardle zaciskały widmowe ręce, obezwładniający strach naciskał na ucieczkę. Nie mogła mimo to powstrzymać się od przychodzenia tu.
— Zniszczyliście mój dom. Dwa razy, jeśli miałabym być drobiazgowa, ale chatę potrafię odnowić. — Zatrzymała się. Dalej nie było dobrze iść nie tylko dlatego, że groziło to zatrzymaniem przez ministerialnych funkcjonariuszy. — Spójrz. Tego nie odnowię sama. Każdy z was jest mi winien Knieję. — Wpiła palce w jego dłoń, odciskając paznokciami na skórze sine półksiężyce. Gotował się w niej tępy, głuchy gniew, który mimo że przyduszony, rezonował surowym nieprzejednaniem w wypowiedzianym oskarżeniu. — Z jakiegoś powodu chcesz równać ze mną rachunki. Wyrównaj ten. Co tam się stało? Jak to odwrócić? Powiedz mi. — Nie prosiła, ale i nie rozkazywała. To była oferta.
Czy teraz mnie widzisz?
Trudno widziało się jednak ludzi z tak bliska, więc puściła czarodzieja i cofnęła się o kilka kroków, aby porządnie zmierzyć go spojrzeniem, po czym zatrzymać je na jego oczach.
— Widzę. To, co mi pokazałeś, jest żałosne — stwierdziła sucho, bez pogardy, splatając ręce za plecami. — Zobaczyłam człowieka, który próbuje wysługiwać się imieniem innego mężczyzny. Człowieka odartego z własnej woli i praw. Niechętnego, by opuścić komfortowy grunt. — Zerknęła wymownie na drzewo, które zostawili za sobą. — A przede wszystkim łgarza. — Kąciki jej ust zadrgały ku górze, przełamując echem sympatycznego uśmiechu wcześniejszą zaciętość. — To jako jedyne daje nadzieję, że widzę źle... choć z drugiej strony trudno dawać wiarę słowu kłamcy.
Louvaina nie znała, więc nie miała powodów, aby okazać mu niechęć. Nie kupowała nigdy przeglądu sportowego, Proroka też od wielkiego dzwonu, bo ważniejsze rzeczy miała na głowie. Czasami na nudniejsze zimowe wieczory zdobywała sobie Żonglera, ale tam raczej o gwiazdkach sportu nie pisali; o szkodliwym promieniowaniu z linii wysokiego napięcia za to — jak najbardziej, i to były tematy, jakie miały realny wpływ na jej życie, nie jakieś byle piłkarzyki podrzucające sobie piłeczkę.
Nawet gdyby umiała czytać w myślach i odkryła za uśmiechem Lestrange’a posądzenie jej o brak piątej klepki, miałaby dla niego tylko protekcjonalne politowanie. Dlaczego — powiedz mi — tak mało wiesz? Choroba, na którą często cierpieli miastowi — nawet gdy ich postawić pośrodku dziewiczej puszczy, nie potrafili wyjść z miasta i patrzyli płasko po krajobrazach, jakby były co najwyżej wyjątkowo udanym muralem. Kompletny brak inicjatywy w stronę zgłębiania powszechnych sekretów przyrody, a co dopiero jej wymiaru metafizycznego.
I mimo że Helloise nie mogła wiedzieć, co dzieje się w głowie Louvaina, widziała przecież, że odrzucił jej zaproszenie do skorzystania z gościnności drzewa. To wystarczyło, aby wywieść o nim to i owo. Czy bał się stracić grunt pod nogami? Czemu nie ufał drzewom? Czarownica sama przesunęła się na zaproponowane mu wcześniej miejsce, świdrując nieznajomego spojrzeniem, którym próbowała wyłuskać coś prawdziwego z jego osoby. Wszystkie słowa, które wypowiedział do tej pory, zdawały się nie mieć żadnego znaczenia. Niezależnie od tego, z której strony się im przyglądała, jawiły się albo łgarstwem, albo czczą gadką. Louvain nie dawał się schwytać i poznać — wymykał się jej zrozumieniu, jakby Hela próbowała łapać w palce dym znad świecy. Czuła, że błądzi w rozmowie po omacku. Nie była jeszcze pewna, czy ta bezowocna i bezsensowna zabawa nad płomieniem bardziej fascynuje ją, czy drażni.
Wyłącznie z tych uśmieszków raz zadziornych, raz płaskich i z tego, jak chytrze manewrował między zeznaniami — z tego potrafiła coś wywnioskować. Mianowicie, że ma do czynienia z cwanym kawałem chuja.
— Widać nie znasz go aż tak dobrze. — Gdy utwierdziła się w przekonaniu, że Śmierciożerca kłamie, wróciło w jej słowa i ruchy nieco spokojnej pewności, choć wciąż zachowywała rezerwę. — Nie jest rozsądnie postawić się na pozycji, z której nie możesz odmówić — zauważyła.
Dała mu chwilę na zastanowienie się, czy tylko odniosła się do jego własnych słów o nim, czy czyni aluzję do siebie. W międzyczasie przesiadła się na miotłę i leniwie spłynęła na ziemię przed czarodziejem — nie miało dla niej znaczenia, czy rozmawiają w koronach drzew, czy wśród traw przy ziemi. I tam, i tu czuła się równie komfortowo. Pokrzykiwanie zaś o takich sprawach w tę i we w tę — z ziemi ku sercu dębu, i z powrotem — nie było najmądrzejsze, biorąc pod uwagę, że jeszcze do niedawna po tych terenach krążyły mrowia wysłanników Ministerstwa strzegących wejścia do lasu.
Odkąd stanęła, to ona musiała podnosić głowę, aby patrzeć na niego. Od razu też brudne skarpetki przemokły jej od wilgotnej trawy i błota. Trudno.
— Nie ma żadnego długu wdzięczności za tamtą noc — zbyła obojętnie temat nagrody. Poprosił ją o pomoc Leviathan, a nie otwierała rachunku rodzinie; była w tej kwestii być może lojalna krwi, a może zwyczajnie uczciwa. Niezależnie od tego, jak układały się rodowe relacje, niezależnie od tego, co obecnie uważała za swój dom, na ziemi smoków urodziła się i wychowała. Potraktować rodzinę transakcyjnie zakrawało na zniewagę dla więzi nadanej Boskim wyrokiem. — Jest inny dług. Rachunek krzywd, nie zasług.
Złapała Louvaina za rękę i poprowadziła go ze sobą — łagodnie, ale stanowczo. To było zaproszenie, którego nie zamierzała pozwolić mu odrzucić. Nie chciał siadać wśród dębu — dobrze, lecz nie mogła odpuścić mu spojrzenia w paszczę Kniei. I to właśnie w stronę ściany lasu go pokierowała, na tyle blisko, na ile sama ważyła się podejść, wiedząc, że jest jeszcze bezpiecznie. Błądziła nerwowo oczami po rozciągającej się po horyzont czarnej gęstwinie, szukała między pozostającymi w odległości drzewami obcych demonów, które Śmierciożercy do niej wpuścili. Od przebywania w tym miejscu, które było do niedawna radosną ucieczką, teraz wszystko wewnątrz niej skręcało się, na gardle zaciskały widmowe ręce, obezwładniający strach naciskał na ucieczkę. Nie mogła mimo to powstrzymać się od przychodzenia tu.
— Zniszczyliście mój dom. Dwa razy, jeśli miałabym być drobiazgowa, ale chatę potrafię odnowić. — Zatrzymała się. Dalej nie było dobrze iść nie tylko dlatego, że groziło to zatrzymaniem przez ministerialnych funkcjonariuszy. — Spójrz. Tego nie odnowię sama. Każdy z was jest mi winien Knieję. — Wpiła palce w jego dłoń, odciskając paznokciami na skórze sine półksiężyce. Gotował się w niej tępy, głuchy gniew, który mimo że przyduszony, rezonował surowym nieprzejednaniem w wypowiedzianym oskarżeniu. — Z jakiegoś powodu chcesz równać ze mną rachunki. Wyrównaj ten. Co tam się stało? Jak to odwrócić? Powiedz mi. — Nie prosiła, ale i nie rozkazywała. To była oferta.
Czy teraz mnie widzisz?
Trudno widziało się jednak ludzi z tak bliska, więc puściła czarodzieja i cofnęła się o kilka kroków, aby porządnie zmierzyć go spojrzeniem, po czym zatrzymać je na jego oczach.
— Widzę. To, co mi pokazałeś, jest żałosne — stwierdziła sucho, bez pogardy, splatając ręce za plecami. — Zobaczyłam człowieka, który próbuje wysługiwać się imieniem innego mężczyzny. Człowieka odartego z własnej woli i praw. Niechętnego, by opuścić komfortowy grunt. — Zerknęła wymownie na drzewo, które zostawili za sobą. — A przede wszystkim łgarza. — Kąciki jej ust zadrgały ku górze, przełamując echem sympatycznego uśmiechu wcześniejszą zaciętość. — To jako jedyne daje nadzieję, że widzę źle... choć z drugiej strony trudno dawać wiarę słowu kłamcy.
dotknij trawy