04.08.2025, 21:31 ✶
Nie umknęło mu to już w naprawdę odległej przeszłości, więc nie mógł powiedzieć, że słysząc takie a nie inne słowa jakkolwiek się zdziwił. Nie, nie był zaskoczony tą mimowolną postawą, jaka objawiała się w niektórych wypowiedziach Nory. Tak, Figgówna bez wątpienia była matką. Całe szczęście, na swój własny unikalny sposób. Nie zamykała całej swojej osobowości w tym jednym słowie, nie opierała swego życia tylko na tej roli. Nie. Jeśli mógł coś powiedzieć na ten temat, w jego oczach całkiem zgrabnie manewrowała pomiędzy własnymi zainteresowaniami i talentami a wychowaniem małej córki.
Szczególnie, że przecież była z tym niemalże całkowicie sama. Przynajmniej jak do tej pory. Nie chodziło o brak towarzystwa i zainteresowania ze strony bliskich. O to, że nikt z otoczenia nie chciał służyć dziewczynie pomocną ręką i nie wyciągał tejże w jej stronę. Nie. Nora miała naprawdę wielu serdecznych ludzi wokół siebie. Zdecydowanie potrafiła zaskarbić sobie przychylność otoczenia. Chodziło o coś innego. O inny rodzaj czyjejś obecności.
I jeżeli miał być zupełnie szczery, przynajmniej przed samym sobą to nie mógł bez cienia wątpliwości czy też wewnętrznego oporu stwierdzić, że poczuł ulgę, gdy dowiedział się o zmianie okoliczności. Życzył Norze dokładnie tego samego, co ona jemu. Tak było i miało być. Wiedział, że z pewnością dawał jej to odczuć, ale tamten pierścionek...
...wszystkie słowa, które wymienili na temat nagłych zmian w życiu Figgówny. Widok jej twarzy, ten specyficzny cień kryjący się w kącikach ust i głęboko w pozornie szczęśliwym wyrazie oczu. Nie chciał być hipokrytą (no, przynajmniej nie w stosunku do Eleonory, w porządku?), jednak wewnątrz naprawdę nie sądził, aby tak szybka i gwałtowna zmiana miała wyjść dziewczynie na dobre.
Paradoksalnie, widok jej gołej dłoni także nie wzbudził u niego przypływu ulgi. Spowodował wyłącznie wewnętrzne pytania, z którymi jednak nie wyszedł w tak bezpośredni sposób, w jaki zazwyczaj to robił. Sam nie wiedział, czemu. Dostrzegał brak pierścionka na palcu Eleonory, zresztą nie pierwszy raz od kilku dni, ale nie zamierzał drążyć, gdy równie dobrze mogła zdjąć kamyk, by ważyć eliksiry i tworzyć maści. Był cholernie niepraktyczny, bardzo duży i pełen wgłębień, więc mogła nie chcieć nosić go podczas pracy. To byłoby całkowicie zrozumiałe.
Dopóki nie dawała mu odczuć, że powinien poruszyć ten temat, nie wyskakiwał więc niczym konik polny z pola werbeny. Czekał na dogodną okazję. Wbrew pozorom, umiał to robić, gdy uważał, że to konieczne. Poza tym nie przyszedł tu, aby dopytywać o prywatne życie Nory. Tym razem miał znacznie bardziej egoistyczne pobudki. Tak, to bez wątpienia był egoizm. Tyle tylko, że całkiem zdrowy. Nie zamierzał tego ukrywać.
Dokładnie tak jak tego, co sądził o matczynych odruchach Nory. Te zaś bez wątpienia trochę go bawiły. Tym bardziej, że była od niego jednak znacznie młodsza, czemu nie pomagał także jej wzrost i duże, sarnio wyglądające oczy. No, po prostu uosobienie autorytetu matki. Z tym, że tak. W rzeczywistości tak, widział ją w tej roli. I nie, nie uważał jej słów za wyraz faktycznej uszczypliwości. W końcu sam na to pozwolił.
- Rozumiem - wzruszył ramionami, utrzymując kontakt wzrokowy z przyjaciółką, po czym dodając całkiem poważnym tonem. - Niestety, trochę się spóźniłaś. Casting na matkę pana młodego został przedwcześnie zakończony - to mówiąc, uśmiechnął się pod nosem. - Nie miałaś raczej okazji poznać Ursuli. To ciotka Corneliusa. Zajmuje się wszystkim razem z matką Geraldine - nie potrzebował dodawać, że również komentowaniem słuszności jego decyzji oraz tym, jak to nareszcie robił coś dobrze, prawda?
Nie. Nie potrzebował.
Zresztą zdecydowanie wolał od razu przejść do tej części, w której zamierzał możliwie tu i teraz potwierdzić obecność istotnej dla niego osoby.
- Dwa dni w zupełności wystarczą - stwierdził z pokerową miną, nie mając zamiaru ułatwiać Norze wykręcać się od zostania choćby do poprawin.
Tak, zdawał sobie sprawę z jej napiętego grafiku, ale jednocześnie w dalszym ciągu była dla niego kimś na kształt młodszej siostry, toteż zdecydowanie chciał, żeby pojawiła się w Snowdonii. Tym bardziej, że nie zamierzał powtarzać więcej takich dni. Ten miał być jedyny. Wyjątkowy. Spędzany...
...no cóż, głównie z najbliższymi. W liczebności? Hm.
- To zależy - jego zdecydowanie ulubione określenie miary rzędu przedsięwzięć, czyż nie?
Mhm.
To zależy, po którym prawdopodobnie dałoby się umieścić całkiem szeroki zakres czynników, od których to zależało, co w istocie nie dawało zupełnie nic, prócz chwilowej i raczej dosyć złudnej satysfakcji z bycia tym szeroko postrzegającym rzeczywistość. Czyli bezsensownym i nieprzydatnym, bez potrzeby komplikującym proste sprawy.
Po prawdzie mówiąc, Ambroise zdecydowanie wolał bazować na twardych faktach. Na liczbach i danych, na statystykach wyciąganych z liczby rozesłanych zaproszeń w stosunku do twierdzących odpowiedzi, nie na przypuszczeniach, o których jeszcze chwilowo rozmawiali. Nie miał dokładnych informacji. Dopiero co przeszli od tworzenia listy gości do negocjacji, kogo mogli wykreślić a kogo zachowawczo powinni pozostawić (i gdzie go posadzić, aby nie mieć problemów wśród nielubiących się krewnych) i choć mieli na to naprawdę mało dni, nie zaprosili jeszcze wszystkich. Nie mówiąc o potwierdzeniach obecności i tak dalej.
Mieli mieć kameralną ceremonię, ale co tak właściwie kryło się pod tym określeniem? Nie do końca był w stanie jasno stwierdzić. Z pewnością nie to, co sam najchętniej by widział, czyli raptem dwadzieścia, może trzydzieści osób i nikt więcej. Dla czystokrwistej elity tyle, co nic. Tym bardziej, że wydawało mu się stosunkowo jasne to, że jego nieduże w znacznej mierze mogło różnić się od pojęcia niewielkiego wesela, o jakim mogłaby pomyśleć inna osoba.
Czy to Jennifer z Ursulą mające wpływ na ostateczny sznyt ceremonii, czy to właśnie Nora. Co prawda, zdawał sobie sprawę z szerokiego doświadczenia przyjaciółki w zakresie przygotowywania ciast na różnego rodzaju uroczystości, więc ani przez chwilę nie wątpił w to, że Figgówna również zdawała sobie sprawę z tych różnic w odbiorze, gdy zadawała mu to konkretne pytanie. Jednakże wiedział, że powinien być bardziej precyzyjny.
Zamilkł zatem na trzydzieści sekund, może bliżej minuty, dostrzegalnie usiłując wydać jakiś werdykt. Ot, choćby orientacyjnie nakreślić przedział liczbowy. Coś, co byłoby bardziej konkretne niż to zależy, kto i kiedy potwierdzi nam swoją obecność. Kiedy znów się odezwał, brzmiał raczej zdecydowanie i spokojnie. Raczej nie miał niedoszacować ani przeszacować wielkości ceremonii.
- Sto. Około stu osób - stwierdził z namysłem, ostatecznie nawet kiwając do siebie głową na dźwięk tej liczby wypowiedzianej na głos.
To brzmiało całkiem przyzwoicie. Nie było aż tak źle jak na to, co mogło być. Nie, jeśli mogli darować sobie spraszanie każdej żyjącej osoby w jakikolwiek sposób związanej z ich rodzinami. A potem jeszcze ich osób towarzyszących, dzieci i cholera wiedziała, kogo jeszcze. Jak na czystokrwiste standardy, było to całkiem kameralne, niezbyt liczne grono. Ot, raptem sto osób, choć sam Roise chętnie dodatkowo by to zawęził. Niestety, raczej nie miał takiej możliwości, z czym wyjątkowo się pogodził.
Poniekąd tak samo jak z tym, co spodziewał się usłyszeć od Nory po jej pierwszym pytaniu. To kolejne wcale go nie zaskoczyło. Ani trochę. Patrzył jej w oczy, więc nie sposób było, aby nie widział tej konkretnej miny i nie dostrzegł, co się święci.
- Wiesz, że jesteś gościem, prawda? - Tak, to też było pytanie retoryczne, którego sam zdecydowanie nie mógł sobie darować, wymownie sunąc spojrzeniem w kierunku zaproszenia, jakie chwilę wcześniej wręczył Figgównie.
Tak. Wiedziała.
Dokładnie tak jak on wiedział, że mu nie odpuści. Powoli wciągnął powietrze, po czym jeszcze wolniej wypuścił je ustami.
- Co potrzebujesz wiedzieć? - Spytał bez dalszej zwłoki, dodając z uniesieniem kącików ust. - Dzięki - nauka przyjmowania wyciągniętej dłoni, tak? Od czego miał zacząć, jeśli nie od kogoś, kto był mu tak bliski i entuzjastycznie nastawiony? Nie miał przed tym oporów. Nie z Norą. Nie tym razem.
Szczególnie, że przecież była z tym niemalże całkowicie sama. Przynajmniej jak do tej pory. Nie chodziło o brak towarzystwa i zainteresowania ze strony bliskich. O to, że nikt z otoczenia nie chciał służyć dziewczynie pomocną ręką i nie wyciągał tejże w jej stronę. Nie. Nora miała naprawdę wielu serdecznych ludzi wokół siebie. Zdecydowanie potrafiła zaskarbić sobie przychylność otoczenia. Chodziło o coś innego. O inny rodzaj czyjejś obecności.
I jeżeli miał być zupełnie szczery, przynajmniej przed samym sobą to nie mógł bez cienia wątpliwości czy też wewnętrznego oporu stwierdzić, że poczuł ulgę, gdy dowiedział się o zmianie okoliczności. Życzył Norze dokładnie tego samego, co ona jemu. Tak było i miało być. Wiedział, że z pewnością dawał jej to odczuć, ale tamten pierścionek...
...wszystkie słowa, które wymienili na temat nagłych zmian w życiu Figgówny. Widok jej twarzy, ten specyficzny cień kryjący się w kącikach ust i głęboko w pozornie szczęśliwym wyrazie oczu. Nie chciał być hipokrytą (no, przynajmniej nie w stosunku do Eleonory, w porządku?), jednak wewnątrz naprawdę nie sądził, aby tak szybka i gwałtowna zmiana miała wyjść dziewczynie na dobre.
Paradoksalnie, widok jej gołej dłoni także nie wzbudził u niego przypływu ulgi. Spowodował wyłącznie wewnętrzne pytania, z którymi jednak nie wyszedł w tak bezpośredni sposób, w jaki zazwyczaj to robił. Sam nie wiedział, czemu. Dostrzegał brak pierścionka na palcu Eleonory, zresztą nie pierwszy raz od kilku dni, ale nie zamierzał drążyć, gdy równie dobrze mogła zdjąć kamyk, by ważyć eliksiry i tworzyć maści. Był cholernie niepraktyczny, bardzo duży i pełen wgłębień, więc mogła nie chcieć nosić go podczas pracy. To byłoby całkowicie zrozumiałe.
Dopóki nie dawała mu odczuć, że powinien poruszyć ten temat, nie wyskakiwał więc niczym konik polny z pola werbeny. Czekał na dogodną okazję. Wbrew pozorom, umiał to robić, gdy uważał, że to konieczne. Poza tym nie przyszedł tu, aby dopytywać o prywatne życie Nory. Tym razem miał znacznie bardziej egoistyczne pobudki. Tak, to bez wątpienia był egoizm. Tyle tylko, że całkiem zdrowy. Nie zamierzał tego ukrywać.
Dokładnie tak jak tego, co sądził o matczynych odruchach Nory. Te zaś bez wątpienia trochę go bawiły. Tym bardziej, że była od niego jednak znacznie młodsza, czemu nie pomagał także jej wzrost i duże, sarnio wyglądające oczy. No, po prostu uosobienie autorytetu matki. Z tym, że tak. W rzeczywistości tak, widział ją w tej roli. I nie, nie uważał jej słów za wyraz faktycznej uszczypliwości. W końcu sam na to pozwolił.
- Rozumiem - wzruszył ramionami, utrzymując kontakt wzrokowy z przyjaciółką, po czym dodając całkiem poważnym tonem. - Niestety, trochę się spóźniłaś. Casting na matkę pana młodego został przedwcześnie zakończony - to mówiąc, uśmiechnął się pod nosem. - Nie miałaś raczej okazji poznać Ursuli. To ciotka Corneliusa. Zajmuje się wszystkim razem z matką Geraldine - nie potrzebował dodawać, że również komentowaniem słuszności jego decyzji oraz tym, jak to nareszcie robił coś dobrze, prawda?
Nie. Nie potrzebował.
Zresztą zdecydowanie wolał od razu przejść do tej części, w której zamierzał możliwie tu i teraz potwierdzić obecność istotnej dla niego osoby.
- Dwa dni w zupełności wystarczą - stwierdził z pokerową miną, nie mając zamiaru ułatwiać Norze wykręcać się od zostania choćby do poprawin.
Tak, zdawał sobie sprawę z jej napiętego grafiku, ale jednocześnie w dalszym ciągu była dla niego kimś na kształt młodszej siostry, toteż zdecydowanie chciał, żeby pojawiła się w Snowdonii. Tym bardziej, że nie zamierzał powtarzać więcej takich dni. Ten miał być jedyny. Wyjątkowy. Spędzany...
...no cóż, głównie z najbliższymi. W liczebności? Hm.
- To zależy - jego zdecydowanie ulubione określenie miary rzędu przedsięwzięć, czyż nie?
Mhm.
To zależy, po którym prawdopodobnie dałoby się umieścić całkiem szeroki zakres czynników, od których to zależało, co w istocie nie dawało zupełnie nic, prócz chwilowej i raczej dosyć złudnej satysfakcji z bycia tym szeroko postrzegającym rzeczywistość. Czyli bezsensownym i nieprzydatnym, bez potrzeby komplikującym proste sprawy.
Po prawdzie mówiąc, Ambroise zdecydowanie wolał bazować na twardych faktach. Na liczbach i danych, na statystykach wyciąganych z liczby rozesłanych zaproszeń w stosunku do twierdzących odpowiedzi, nie na przypuszczeniach, o których jeszcze chwilowo rozmawiali. Nie miał dokładnych informacji. Dopiero co przeszli od tworzenia listy gości do negocjacji, kogo mogli wykreślić a kogo zachowawczo powinni pozostawić (i gdzie go posadzić, aby nie mieć problemów wśród nielubiących się krewnych) i choć mieli na to naprawdę mało dni, nie zaprosili jeszcze wszystkich. Nie mówiąc o potwierdzeniach obecności i tak dalej.
Mieli mieć kameralną ceremonię, ale co tak właściwie kryło się pod tym określeniem? Nie do końca był w stanie jasno stwierdzić. Z pewnością nie to, co sam najchętniej by widział, czyli raptem dwadzieścia, może trzydzieści osób i nikt więcej. Dla czystokrwistej elity tyle, co nic. Tym bardziej, że wydawało mu się stosunkowo jasne to, że jego nieduże w znacznej mierze mogło różnić się od pojęcia niewielkiego wesela, o jakim mogłaby pomyśleć inna osoba.
Czy to Jennifer z Ursulą mające wpływ na ostateczny sznyt ceremonii, czy to właśnie Nora. Co prawda, zdawał sobie sprawę z szerokiego doświadczenia przyjaciółki w zakresie przygotowywania ciast na różnego rodzaju uroczystości, więc ani przez chwilę nie wątpił w to, że Figgówna również zdawała sobie sprawę z tych różnic w odbiorze, gdy zadawała mu to konkretne pytanie. Jednakże wiedział, że powinien być bardziej precyzyjny.
Zamilkł zatem na trzydzieści sekund, może bliżej minuty, dostrzegalnie usiłując wydać jakiś werdykt. Ot, choćby orientacyjnie nakreślić przedział liczbowy. Coś, co byłoby bardziej konkretne niż to zależy, kto i kiedy potwierdzi nam swoją obecność. Kiedy znów się odezwał, brzmiał raczej zdecydowanie i spokojnie. Raczej nie miał niedoszacować ani przeszacować wielkości ceremonii.
- Sto. Około stu osób - stwierdził z namysłem, ostatecznie nawet kiwając do siebie głową na dźwięk tej liczby wypowiedzianej na głos.
To brzmiało całkiem przyzwoicie. Nie było aż tak źle jak na to, co mogło być. Nie, jeśli mogli darować sobie spraszanie każdej żyjącej osoby w jakikolwiek sposób związanej z ich rodzinami. A potem jeszcze ich osób towarzyszących, dzieci i cholera wiedziała, kogo jeszcze. Jak na czystokrwiste standardy, było to całkiem kameralne, niezbyt liczne grono. Ot, raptem sto osób, choć sam Roise chętnie dodatkowo by to zawęził. Niestety, raczej nie miał takiej możliwości, z czym wyjątkowo się pogodził.
Poniekąd tak samo jak z tym, co spodziewał się usłyszeć od Nory po jej pierwszym pytaniu. To kolejne wcale go nie zaskoczyło. Ani trochę. Patrzył jej w oczy, więc nie sposób było, aby nie widział tej konkretnej miny i nie dostrzegł, co się święci.
- Wiesz, że jesteś gościem, prawda? - Tak, to też było pytanie retoryczne, którego sam zdecydowanie nie mógł sobie darować, wymownie sunąc spojrzeniem w kierunku zaproszenia, jakie chwilę wcześniej wręczył Figgównie.
Tak. Wiedziała.
Dokładnie tak jak on wiedział, że mu nie odpuści. Powoli wciągnął powietrze, po czym jeszcze wolniej wypuścił je ustami.
- Co potrzebujesz wiedzieć? - Spytał bez dalszej zwłoki, dodając z uniesieniem kącików ust. - Dzięki - nauka przyjmowania wyciągniętej dłoni, tak? Od czego miał zacząć, jeśli nie od kogoś, kto był mu tak bliski i entuzjastycznie nastawiony? Nie miał przed tym oporów. Nie z Norą. Nie tym razem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down