04.08.2025, 21:45 ✶
— Nie pamiętasz, gdzie go zostawiłaś? — Helloise zmarszczyła brwi w wyrazie delikatnej nagany pomieszanej z rozczarowaniem. — Cóż, nie szkodzi. Drzewa pamiętają. Widzą i słyszą wszystko, podają echa lasu tym, którzy chcą ich słuchać.
Pomijając opowiadane przez nią kocopoły, sama czarownica zwyczajnie pamiętała drogę, którą przemierzyła przecież tego dnia już dwa razy, a w całym jej życiu w ogóle trudno byłoby się tych razów doliczyć. Te najbliższe Dolinie partie lasu znała na pamięć i mogła poruszać się po nich z zamkniętymi oczami.
Gdy szły, patrzyła nie tylko na las, ale i regularnie zatrzymywała oko na Brennie. Była ciekawa, jak Longobottomówna odnajduje się w Kniei, bo naturalnie żywiła naiwne przekonanie, że umie zobaczyć w człowieku takie rzeczy. Niewiele zaś ponad stosunek do przyrody ją w ludziach obchodziło. Patrzyła protekcjonalnie, a czasem i wrogo na tych, którzy — w jej mniemaniu — nie podchodzili do sprawy w nieodpowiedni sposób. Jaki był odpowiedni? To już sobie sama ustalała na intuicję. Sama Brenna sprawiała na pierwszy rzut oka wrażenie sympatycznej — jednej z tych dziewczyn, które miło przelotnie spotkać w okolicy — lecz nazwisko sugerowało, że światopogląd ma zbyt sztywny, żeby chciało się ją mieć przy sobie bliżej.
A kwestia duszków-zwierzaków swoją drogą sympatyczna; ja bym ich nie skreślała, może bóg MG da.
— Nie prosił wprost — przyznała czarownica — ale zawsze ładnie jest nie tylko brać, lecz i dawać. To pomaga utrzymać harmonię. — Uśmiechnęła się z zadowoleniem na myśl o tym, że wszystko się wyrównuje. — Niektórzy lubią śmierć memortka nazywać klątwą. Klątwą pecha. Ja myślę o tym jako o upomnieniu. Nie wiem, jak to dokładnie działa. Nie chcę wiedzieć. Dziwne rzeczy wloką się za śmiercią. Lepiej czasem nie wiedzieć.
Im dalej wędrowały w Knieję, tym bardziej ożywiona zdawała się Helloise, jakby powoli wybudzała się ze snu. Wolną rękę wystawiała w stronę lasu po bokach udeptanej ścieżki, aby poczuć pod palcami cokolwiek, co się nawijało: młodziutkie delikatne listki wiosenne, korę obudowującą drzewa, ostre kolce i gałązki krzewów czy lepkie niteczki pajęczyn.
— Ekscytuje cię, że idzie lato? — zapytała, mrużąc oczy, aby lepiej wsłuchać się w dźwięki lasu. — W drzewach już zaczęły krążyć soki. Obudziły się. Słyszysz?
Pomijając opowiadane przez nią kocopoły, sama czarownica zwyczajnie pamiętała drogę, którą przemierzyła przecież tego dnia już dwa razy, a w całym jej życiu w ogóle trudno byłoby się tych razów doliczyć. Te najbliższe Dolinie partie lasu znała na pamięć i mogła poruszać się po nich z zamkniętymi oczami.
Gdy szły, patrzyła nie tylko na las, ale i regularnie zatrzymywała oko na Brennie. Była ciekawa, jak Longobottomówna odnajduje się w Kniei, bo naturalnie żywiła naiwne przekonanie, że umie zobaczyć w człowieku takie rzeczy. Niewiele zaś ponad stosunek do przyrody ją w ludziach obchodziło. Patrzyła protekcjonalnie, a czasem i wrogo na tych, którzy — w jej mniemaniu — nie podchodzili do sprawy w nieodpowiedni sposób. Jaki był odpowiedni? To już sobie sama ustalała na intuicję. Sama Brenna sprawiała na pierwszy rzut oka wrażenie sympatycznej — jednej z tych dziewczyn, które miło przelotnie spotkać w okolicy — lecz nazwisko sugerowało, że światopogląd ma zbyt sztywny, żeby chciało się ją mieć przy sobie bliżej.
A kwestia duszków-zwierzaków swoją drogą sympatyczna; ja bym ich nie skreślała, może bóg MG da.
— Nie prosił wprost — przyznała czarownica — ale zawsze ładnie jest nie tylko brać, lecz i dawać. To pomaga utrzymać harmonię. — Uśmiechnęła się z zadowoleniem na myśl o tym, że wszystko się wyrównuje. — Niektórzy lubią śmierć memortka nazywać klątwą. Klątwą pecha. Ja myślę o tym jako o upomnieniu. Nie wiem, jak to dokładnie działa. Nie chcę wiedzieć. Dziwne rzeczy wloką się za śmiercią. Lepiej czasem nie wiedzieć.
Im dalej wędrowały w Knieję, tym bardziej ożywiona zdawała się Helloise, jakby powoli wybudzała się ze snu. Wolną rękę wystawiała w stronę lasu po bokach udeptanej ścieżki, aby poczuć pod palcami cokolwiek, co się nawijało: młodziutkie delikatne listki wiosenne, korę obudowującą drzewa, ostre kolce i gałązki krzewów czy lepkie niteczki pajęczyn.
— Ekscytuje cię, że idzie lato? — zapytała, mrużąc oczy, aby lepiej wsłuchać się w dźwięki lasu. — W drzewach już zaczęły krążyć soki. Obudziły się. Słyszysz?
dotknij trawy