05.08.2025, 12:02 ✶
Nie pamiętał, kiedy ostatnio powitał go całkowicie spokojny poranek. I choć w teorii tego dnia wcale nie było inaczej, bowiem każdy kolejny dyżur w szpitalu był naznaczony tym samym bardzo powoli ustępującym brzemieniem, nie dało się ukryć, że tego ranka było nieco inaczej. Jesień niemal całkowicie wyparła już lato, zaczynając przejmować Wielką Brytanię w ten bardzo cichy, niemalże senny sposób. Było to odczuwalne szczególnie poza granicami miasta. Tam, gdzie nad polami snuły się strzępki wilgotnej mgły, dopiero rozwiewane przez chłodne wiatry. I gdzie ptaki szybowały nad drzewami zmieniającymi swe barwy, szykując się do nadejścia krótszych, szarych dni i długich, ciemnych nocy.
Część dzikich gęsi już teraz z krzykiem podrywała się do lotu ponad wrzosowiskami otaczającymi rezydencję, formując charakterystyczne klucze na pochmurnym niebie, żeby odlecieć do cieplejszych krain. W Exmoor nie było już bowiem ani śladu po letniej aurze. Deszcze i wiatry zacinały coraz bardziej, szarpiąc i mocząc poła płaszczy. Pogoda robiła się zdecydowanie mniej zachęcająca do długich spacerów i spędzania czasu na zewnątrz, przynajmniej dla większości ludzi. Co prawda nie doświadczyli jeszcze pierwszych przymrozków, jednak to była już wyłącznie kwestia czasu.
Ambroise miał tę świadomość. Po prawdzie mówiąc, nie miał zupełnie nic przeciwko tej nagłej zmianie pogody, nawet jeśli w pewnym stopniu mogło im to popsuć część planów związanych z pobytem w górach Snowdonii. Nie martwił się tym jednak na zapas, raczej licząc na to, że jakiekolwiek siły do tej pory czuwały nad ich życiem, w tym wypadku miały zadbać o to, aby wszystko przebiegło bez nieoczekiwanej zamieci śnieżnej na samym początku jesieni. Jeśli zaś chodziło o ochłodzenie i deszcze, nigdy nie odstręczało go to od spędzania czasu pośród natury. Nie tak został wychowany, aby bać się podobnej aury.
Wręcz przeciwnie. Korzystając z posiadanej wiedzy i tego, że pozostało im jeszcze co najmniej kilka dni, by przygotować się do nadejścia mrozów, nie od razu zaszył się w murach rezydencji Ursuli. Zamiast tego wyłącznie pozostawił tam swoje rzeczy, zabierając kilka bardziej przydatnych przedmiotów i udając się na łowy.
Może nie dosłownie. Zapewne lepszym określeniem byłyby tu zbiory, jednak w porannej szarówce (nawet posiadając właściwe umiejętności) trudno było od razu dostrzec wszystko, czego się szukało. Musiał zatem dosyć mocno skupiać się na znalezieniu dokładnie tych dziko rosnących ziół i roślin, które potrzebował zebrać, zanim będzie za późno. To był zdecydowanie ostatni dzwonek, nie dało się tego nie zauważyć.
Mabon nadchodziło wielkimi krokami. Zostało im jeszcze tylko kilka dni po brzegi wypełnionych planami. Niedługo miał udać się z Geraldine do Snowdonii, musiał też załatwić sprawy w Londynie i w Whitby. W tym roku zdecydowanie nie mógł marnować czasu na bzdury. To zaś oznaczało, że powinien rozsądnie korzystać z każdej wolnej chwili.
W tym wypadku zamierzając przeznaczyć najbliższą wolną godzinę czy dwie na coroczne przygotowania do rytuałów. Tak. Jeśli była jakaś rzecz, jaką lubił w Mabon i ogólnie w sabatach, bez wątpienia były to właśnie one. Mimo napiętego grafiku, nie zamierzał więc pominąć tej części tradycji, po dłuższym spacerze wracając do budynku głównego posiadłości i niemal od razu kierując swoje kroki w miejsce, gdzie spodziewał się znaleźć odpowiednio dużo przestrzeni.
No cóż. Zazwyczaj pewnie całkiem słusznie, jednak ten rok nie był dokładnie taki sam jak zawsze. Nie, odkąd w kilka osób przenieśli się tu praktycznie na stałe, więc raczej powinien spodziewać się tego, że jego zwyczajowe miejsce może zostać przez kogoś zajęte. Nie potrzebował ani sekundy, aby zauważyć, że w bibliotece już ktoś był. Jeszcze mniej zajęło mu stwierdzenie, kto postanowił mieć dokładnie takie same plany.
- Prue - kiwnął głową, odzywając się cicho, ale zdecydowanie.
Nie zamierzał już od progu straszyć dziewczyny. Nie planował skradać się przez pomieszczenie. Po prawdzie, pytaniem jej o pozwolenie na zajęcie części biblioteki również nie zamierzał się wygłupiać. Po prostu wszedł do środka, rzucając spojrzenie na to, co robiła, po czym podchodząc do najbliższego okna, żeby odłożyć kilka pożyczonych stąd przedmiotów na parapet.
- To jakiś gryzoń? - Spytał przy okazji, machając ręką w kierunku czaszki.
Całkiem niezły wybór, jak na jego oko. Interesujący. Z pewnością.
Część dzikich gęsi już teraz z krzykiem podrywała się do lotu ponad wrzosowiskami otaczającymi rezydencję, formując charakterystyczne klucze na pochmurnym niebie, żeby odlecieć do cieplejszych krain. W Exmoor nie było już bowiem ani śladu po letniej aurze. Deszcze i wiatry zacinały coraz bardziej, szarpiąc i mocząc poła płaszczy. Pogoda robiła się zdecydowanie mniej zachęcająca do długich spacerów i spędzania czasu na zewnątrz, przynajmniej dla większości ludzi. Co prawda nie doświadczyli jeszcze pierwszych przymrozków, jednak to była już wyłącznie kwestia czasu.
Ambroise miał tę świadomość. Po prawdzie mówiąc, nie miał zupełnie nic przeciwko tej nagłej zmianie pogody, nawet jeśli w pewnym stopniu mogło im to popsuć część planów związanych z pobytem w górach Snowdonii. Nie martwił się tym jednak na zapas, raczej licząc na to, że jakiekolwiek siły do tej pory czuwały nad ich życiem, w tym wypadku miały zadbać o to, aby wszystko przebiegło bez nieoczekiwanej zamieci śnieżnej na samym początku jesieni. Jeśli zaś chodziło o ochłodzenie i deszcze, nigdy nie odstręczało go to od spędzania czasu pośród natury. Nie tak został wychowany, aby bać się podobnej aury.
Wręcz przeciwnie. Korzystając z posiadanej wiedzy i tego, że pozostało im jeszcze co najmniej kilka dni, by przygotować się do nadejścia mrozów, nie od razu zaszył się w murach rezydencji Ursuli. Zamiast tego wyłącznie pozostawił tam swoje rzeczy, zabierając kilka bardziej przydatnych przedmiotów i udając się na łowy.
Może nie dosłownie. Zapewne lepszym określeniem byłyby tu zbiory, jednak w porannej szarówce (nawet posiadając właściwe umiejętności) trudno było od razu dostrzec wszystko, czego się szukało. Musiał zatem dosyć mocno skupiać się na znalezieniu dokładnie tych dziko rosnących ziół i roślin, które potrzebował zebrać, zanim będzie za późno. To był zdecydowanie ostatni dzwonek, nie dało się tego nie zauważyć.
Mabon nadchodziło wielkimi krokami. Zostało im jeszcze tylko kilka dni po brzegi wypełnionych planami. Niedługo miał udać się z Geraldine do Snowdonii, musiał też załatwić sprawy w Londynie i w Whitby. W tym roku zdecydowanie nie mógł marnować czasu na bzdury. To zaś oznaczało, że powinien rozsądnie korzystać z każdej wolnej chwili.
W tym wypadku zamierzając przeznaczyć najbliższą wolną godzinę czy dwie na coroczne przygotowania do rytuałów. Tak. Jeśli była jakaś rzecz, jaką lubił w Mabon i ogólnie w sabatach, bez wątpienia były to właśnie one. Mimo napiętego grafiku, nie zamierzał więc pominąć tej części tradycji, po dłuższym spacerze wracając do budynku głównego posiadłości i niemal od razu kierując swoje kroki w miejsce, gdzie spodziewał się znaleźć odpowiednio dużo przestrzeni.
No cóż. Zazwyczaj pewnie całkiem słusznie, jednak ten rok nie był dokładnie taki sam jak zawsze. Nie, odkąd w kilka osób przenieśli się tu praktycznie na stałe, więc raczej powinien spodziewać się tego, że jego zwyczajowe miejsce może zostać przez kogoś zajęte. Nie potrzebował ani sekundy, aby zauważyć, że w bibliotece już ktoś był. Jeszcze mniej zajęło mu stwierdzenie, kto postanowił mieć dokładnie takie same plany.
- Prue - kiwnął głową, odzywając się cicho, ale zdecydowanie.
Nie zamierzał już od progu straszyć dziewczyny. Nie planował skradać się przez pomieszczenie. Po prawdzie, pytaniem jej o pozwolenie na zajęcie części biblioteki również nie zamierzał się wygłupiać. Po prostu wszedł do środka, rzucając spojrzenie na to, co robiła, po czym podchodząc do najbliższego okna, żeby odłożyć kilka pożyczonych stąd przedmiotów na parapet.
- To jakiś gryzoń? - Spytał przy okazji, machając ręką w kierunku czaszki.
Całkiem niezły wybór, jak na jego oko. Interesujący. Z pewnością.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down