05.08.2025, 13:33 ✶
Było w okolicach południa, a ja dopiero co podniosłem się z łóżka. Noc była długa - nie tylko ze względu na to, że siedziałem niemal do rana, ale też przez ilość alkoholu, jaką zdążyłem w siebie wlać. Mimo wszystko obiecałem, że dziś ruszę do Londynu i wezmę to zlecenie. Nie miałem więc za bardzo jak się wykręcić, chociaż o jedenastej rano, leżąc twarzą do poduszki, naprawdę tego żałowałem. Zebrałem się jakoś i spakowałem wszystko, co miałem zabrać - torba stała już gotowa w holu rezydencji, a ja, półprzytomny, ruszyłem do kuchni w nadziei na kawę. Wciąż lekko ćmiła mnie głowa, niezbyt dramatycznie, raczej jak echo własnych decyzji z poprzedniego dnia. Głupi ból - tępy, nieprzyjemny, ale zasłużony. Powiedziałem jednak, że się stawię, przyjmuję zlecenie, będę w Londynie, gotowy do działania z klątwą, więc zamierzałem dotrzymać słowa. Cokolwiek to miało być - na razie potrzebowałem kawy. Kawy i papierosa. Bez tego nawet nie próbowałem się oszukiwać, że będę w stanie funkcjonować.
Powlokłem się do kuchni z nadzieją, że w spokoju wypiję poranny napój trzeźwiący. Niestety, skrzaty najwyraźniej miały dziś zapał do życia i robienia hałasu proporcjonalnego do mojego bólu głowy, więc po pierwszym łyku kawy odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z kubkiem na taras, na którym spodziewałem się nie słyszeć żadnych głośnych dźwięków. Na zewnątrz było chłodno, ale to był właściwy rodzaj porannego zimna - ten, który nie pozwalał człowiekowi zapaść z powrotem w sen. Przetarłem twarz dłonią, nie do końca pewien, czy bardziej próbowałem się dobudzić, czy po prostu zetrzeć z niej resztki wieczoru, którego szczegóły już i tak zaczynały się zacierać. Chłodne powietrze uderzało we mnie przyjemnie - trochę jakby ktoś chlusnął mi zimną wodą na głowę. Miałem przy sobie paczkę fajek, kawa parowała w kubku, a ja myślałem tylko o tym, żeby zapalić i w końcu przestać czuć się jak wrak człowieka.
Nie od razu ją zlokalizowałem. Przez pierwsze kilka sekund skupiałem się wyłącznie na sobie, nawet jeśli miałem świadomość, że nie jestem sam. Geraldine. Stała cicho, jakby też dopiero zbierała myśli, może próbowała złożyć noc w coś bardziej zrozumiałego. Nie odezwałem się bez potrzeby - nie czułem się w obowiązku mówić jej „dzień dobry”, szczególnie, że gdyby to był dobry dzień, nadal leżałbym w łóżku... I to nie sam. No, cóż. Odstawiłem kubek na niski stolik - uważnie, niemal ceremonialnie, by nic nie rozlać - potem sięgnąłem po papierosa i klepnąłem się po kieszeniach kurtki. Raz. Drugi. Cholera. Przeszukałem jedną kieszeń, potem drugą, potem wewnętrzną po stronie, w której zazwyczaj nosiłem notatnik, a teraz miałem tam upchnięte jakieś papiery, ale nic z tego. Westchnąłem cicho i uniosłem wzrok w jej stronę.
- Masz ogień? - Zapytałem w końcu, spoglądając na nią spod lekko zmrużonych powiek - to było pytanie retoryczne - jasne, że miała, skoro paliła, ale niekoniecznie mogła chcieć użyczyć zapalniczki.
Powlokłem się do kuchni z nadzieją, że w spokoju wypiję poranny napój trzeźwiący. Niestety, skrzaty najwyraźniej miały dziś zapał do życia i robienia hałasu proporcjonalnego do mojego bólu głowy, więc po pierwszym łyku kawy odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z kubkiem na taras, na którym spodziewałem się nie słyszeć żadnych głośnych dźwięków. Na zewnątrz było chłodno, ale to był właściwy rodzaj porannego zimna - ten, który nie pozwalał człowiekowi zapaść z powrotem w sen. Przetarłem twarz dłonią, nie do końca pewien, czy bardziej próbowałem się dobudzić, czy po prostu zetrzeć z niej resztki wieczoru, którego szczegóły już i tak zaczynały się zacierać. Chłodne powietrze uderzało we mnie przyjemnie - trochę jakby ktoś chlusnął mi zimną wodą na głowę. Miałem przy sobie paczkę fajek, kawa parowała w kubku, a ja myślałem tylko o tym, żeby zapalić i w końcu przestać czuć się jak wrak człowieka.
Nie od razu ją zlokalizowałem. Przez pierwsze kilka sekund skupiałem się wyłącznie na sobie, nawet jeśli miałem świadomość, że nie jestem sam. Geraldine. Stała cicho, jakby też dopiero zbierała myśli, może próbowała złożyć noc w coś bardziej zrozumiałego. Nie odezwałem się bez potrzeby - nie czułem się w obowiązku mówić jej „dzień dobry”, szczególnie, że gdyby to był dobry dzień, nadal leżałbym w łóżku... I to nie sam. No, cóż. Odstawiłem kubek na niski stolik - uważnie, niemal ceremonialnie, by nic nie rozlać - potem sięgnąłem po papierosa i klepnąłem się po kieszeniach kurtki. Raz. Drugi. Cholera. Przeszukałem jedną kieszeń, potem drugą, potem wewnętrzną po stronie, w której zazwyczaj nosiłem notatnik, a teraz miałem tam upchnięte jakieś papiery, ale nic z tego. Westchnąłem cicho i uniosłem wzrok w jej stronę.
- Masz ogień? - Zapytałem w końcu, spoglądając na nią spod lekko zmrużonych powiek - to było pytanie retoryczne - jasne, że miała, skoro paliła, ale niekoniecznie mogła chcieć użyczyć zapalniczki.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)