05.08.2025, 14:37 ✶
Przeszli do działania w dokładnie taki sposób, w jaki lubił to robić: po prostu, całkowicie bez zbędnych słów i dyskusji na temat tego, co każde z nich planowało zrobić. Słysząc podziękowania ze strony Prudence, kiwnął jeszcze tylko głową, wydając z siebie ledwo słyszalny dźwięk brzmiący jak kolejne proste mhm, równie dobrze mogące być też jednak zwykłym odchrząknięciem spowodowanym suchością gardła.
Od czasu pożarów Londynu męczył go bowiem ten cholerny kaszel, który pojawiał się i znikał w różnych momentach, niezależnie od okoliczności czy pory dnia. Olejki eteryczne zawarte w ziołach zdawały się pomagać na problem, jednak raczej na objawy, nie zaś samą przyczynę. Leczył się, oczywiście, jak wszyscy, ale kaszel nie ustępował tak po prostu. Nawet teraz ostatecznie musiał sięgnąć do torby po butelkę wody, pociągając z niej łyk i wracając do przerwanej pracy.
Nic nie mówił. Nie musiał. Cała uwaga Ambroisa była skupiona na jego własnych rękach i długich palcach, które sprawnie, choć bez pośpiechu wyginały cienkie gałązki wierzby w możliwie jak najbardziej symetryczne koło mające pełnić rolę podstawy wieńca. Fragmenty drzewa były chłodne i giętkie, kiedy zaczął je skręcać. Całkiem swobodnie uginały się pod dotykiem, pachnąc wilgocią i zostawiając na jego dłoniach zielonkawo-brunatne smugi. Nie przeszkadzało mu to. Nie należał do ludzi, którzy brzydzili się ziemią i jej darami. Wręcz przeciwnie. Dokładnie tak jak nie obawiał się obcować ze śmiercią, całkiem gładko przyjmując pomysł Bletchleyówny za coś normalnego. Ot, wyjątkowo kreatywny dar. Podkreślił to jednokrotnie, wyrażając aprobatę, później jednak nie patrzył w stronę dziewczyny.
Pracował w ciszy. Dokładnie tak jak lubił to robić, nie posuwając się do wypełniania przestrzeni zbędną paplaniną. Praktycznie przy nikim nie odczuwał podobnej potrzeby, jednak w przypadku obecności Prudence szczególnie nie starał się być duszą towarzystwa. Znali się już zresztą na tyle, aby wiedzieć, kiedy należy rozmawiać, kiedy zaś skupić się na czymś, co samo w sobie też było przecież częścią rytuału, nawet jeśli Mabon jeszcze nie nadeszło.
Chodziło o wyczucie. O to, by giętkie gałązki wierzby płaczącej, które stanowiły podstawę wieńca nie pękły, zamiast tego splatając się w jedną zwartą formę. Zamykając okrąg, Roise wzmocnił go sznurem z lnianej nici, wiążąc gałązki na trzy obroty. Nigdy nie robił tego dwukrotnie. Nigdy nie wiązał nic na jeden supeł. Trójka i jej wielokrotność były w tym wypadku niepisaną zasadą, jakiej się trzymał.
Kiedy konstrukcja wieńca zaczęła trzymać kształt, sięgnął po piołun, wplatając go gęsto przy podstawie okręgu, a następnie wypełniając przestrzenie pozostałymi ziołami, na samym dole delikatnie wsuwając między nie gałązkę dębu trzema żołędziami.
Na koniec wygiął pięć cienkich patyków brzozowych, związując je w pentagram przyozdobiony czerwonymi owocami głogu i jarzębiny nasuwającymi mimowolne skojarzenie z barwą krwi i ognia. Idealnie. Robił to powoli, niespiesznie i z niemalże nazbyt głęboką precyzją. Każdy kąt, każdy punkt miał w końcu swoje znaczenie. Zawiesił gwiazdę idealnie pośrodku wieńca. Tam, gdzie całość skupiała swoją energię. Tam, gdzie wszystko się przecinało. Nie patrzył długo na finalny efekt własnej pracy. Wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedział, że wszystko jest tam, gdzie powinno być. Odsunął się zatem odrobinę do tyłu, dopiero wtedy ponownie przenosząc wzrok na Prudence.
- Eleganckie. Odkryłaś nowy talent? - Rzucił cicho, kolejny raz bez ironii.
Jej dzieło było ładne, naprawdę ładne. Czaszka wyjątkowo tam pasowała.
Rzemiosło ◉○○○○ - tworzenie wieńca
+ 5 za kropkę
+ 30 za III w Zielarstwie
Od czasu pożarów Londynu męczył go bowiem ten cholerny kaszel, który pojawiał się i znikał w różnych momentach, niezależnie od okoliczności czy pory dnia. Olejki eteryczne zawarte w ziołach zdawały się pomagać na problem, jednak raczej na objawy, nie zaś samą przyczynę. Leczył się, oczywiście, jak wszyscy, ale kaszel nie ustępował tak po prostu. Nawet teraz ostatecznie musiał sięgnąć do torby po butelkę wody, pociągając z niej łyk i wracając do przerwanej pracy.
Nic nie mówił. Nie musiał. Cała uwaga Ambroisa była skupiona na jego własnych rękach i długich palcach, które sprawnie, choć bez pośpiechu wyginały cienkie gałązki wierzby w możliwie jak najbardziej symetryczne koło mające pełnić rolę podstawy wieńca. Fragmenty drzewa były chłodne i giętkie, kiedy zaczął je skręcać. Całkiem swobodnie uginały się pod dotykiem, pachnąc wilgocią i zostawiając na jego dłoniach zielonkawo-brunatne smugi. Nie przeszkadzało mu to. Nie należał do ludzi, którzy brzydzili się ziemią i jej darami. Wręcz przeciwnie. Dokładnie tak jak nie obawiał się obcować ze śmiercią, całkiem gładko przyjmując pomysł Bletchleyówny za coś normalnego. Ot, wyjątkowo kreatywny dar. Podkreślił to jednokrotnie, wyrażając aprobatę, później jednak nie patrzył w stronę dziewczyny.
Pracował w ciszy. Dokładnie tak jak lubił to robić, nie posuwając się do wypełniania przestrzeni zbędną paplaniną. Praktycznie przy nikim nie odczuwał podobnej potrzeby, jednak w przypadku obecności Prudence szczególnie nie starał się być duszą towarzystwa. Znali się już zresztą na tyle, aby wiedzieć, kiedy należy rozmawiać, kiedy zaś skupić się na czymś, co samo w sobie też było przecież częścią rytuału, nawet jeśli Mabon jeszcze nie nadeszło.
Chodziło o wyczucie. O to, by giętkie gałązki wierzby płaczącej, które stanowiły podstawę wieńca nie pękły, zamiast tego splatając się w jedną zwartą formę. Zamykając okrąg, Roise wzmocnił go sznurem z lnianej nici, wiążąc gałązki na trzy obroty. Nigdy nie robił tego dwukrotnie. Nigdy nie wiązał nic na jeden supeł. Trójka i jej wielokrotność były w tym wypadku niepisaną zasadą, jakiej się trzymał.
Kiedy konstrukcja wieńca zaczęła trzymać kształt, sięgnął po piołun, wplatając go gęsto przy podstawie okręgu, a następnie wypełniając przestrzenie pozostałymi ziołami, na samym dole delikatnie wsuwając między nie gałązkę dębu trzema żołędziami.
Na koniec wygiął pięć cienkich patyków brzozowych, związując je w pentagram przyozdobiony czerwonymi owocami głogu i jarzębiny nasuwającymi mimowolne skojarzenie z barwą krwi i ognia. Idealnie. Robił to powoli, niespiesznie i z niemalże nazbyt głęboką precyzją. Każdy kąt, każdy punkt miał w końcu swoje znaczenie. Zawiesił gwiazdę idealnie pośrodku wieńca. Tam, gdzie całość skupiała swoją energię. Tam, gdzie wszystko się przecinało. Nie patrzył długo na finalny efekt własnej pracy. Wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedział, że wszystko jest tam, gdzie powinno być. Odsunął się zatem odrobinę do tyłu, dopiero wtedy ponownie przenosząc wzrok na Prudence.
- Eleganckie. Odkryłaś nowy talent? - Rzucił cicho, kolejny raz bez ironii.
Jej dzieło było ładne, naprawdę ładne. Czaszka wyjątkowo tam pasowała.
Rzemiosło ◉○○○○ - tworzenie wieńca
+ 5 za kropkę
+ 30 za III w Zielarstwie
Rzut O 1d100 - 44
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down