05.08.2025, 16:22 ✶
Tak, rzeczywiście. Niepisaną regułą było to, że nic po ale nie istniało. W rzeczy samej, ale przecież właśnie o to chodziło, czyż nie? No, dokładnie tak.
- Domyślasz się, co ogółem sądzę o wielkich ślubach z pompą, szczególnie moich własnych - odparł, kwitując to dodatkowo cichym prychnięciem pod nosem, bo...
...wiedziała, tak? Doskonale wiedziała. Nie mogła nie wiedzieć, tym bardziej, że gdyby tak głębiej zastanowił się nad tym, co sugerował, to nie była nawet kwestia domyślania się. O nie. Gdy chodziło o bliskich pokroju Nory, Ambroise raczej nie kłopotał się ukrywaniem swojej opinii na temat robienia z siebie błazna. Oczywiście, gdy rozmawiał o wszystkim z Evelyn albo z ojcem, poważnie podchodził do swojej roli dziedzica rodu. Swobodę wypowiedzi zachowywał wyłącznie dla tych, którzy mieli okazję poznać go od tej luźniejszej, mniej reprezentacyjnej strony.
A że Figgówna znała go praktycznie od dzieciaka, najpierw jako siostra Thomasa, później niemal niczym jego własna, raczej nie krępował się przed mówieniem przy niej o faktach. Nie to, aby kiedykolwiek był pod tym względem nieśmiały. Co to, to nie. Nie obawiał się mówić tego, co sądzi. Po prostu nie zawsze uważał, aby to było wskazane. Szczególnie, że nie odpowiadał tylko za siebie, miał też zobowiązania rodowe.
Gdyby więc zaczął na prawo i na lewo głosić swoją pogardę wobec organizacji wielkiej ślubnej fety oraz kwestionować sens spraszania nań wszystkich znanych i nieznanych mu czystokrwistych, z pewnością skalałby dobre imię rodziny. Były niektóre rzeczy, których nie mówiło się publicznie, nawet jeśli na ogół nie miało się problemu z językiem w gębie. Nawet jeśli jednym z jego ulubionych powiedzeń było to, że nic nie musiał, zdecydowanie powinien szanować tradycję. Więc szanował. Wszystkie jej elementy. Przynajmniej w oczach socjety.
To, że w rzeczywistości chętnie odstąpiłby od wątpliwego przywileju bycia organizatorem jednego z wydarzeń sezonu albo że wcale nie uważał, że dziedziczenie w czystokrwistych rodach powinno omijać kobiety było natomiast już jego prywatną opinią. Zachowywaną dla naprawdę nielicznej grupy. Tak, o tej drugiej kwestii także poniekąd nie był w stanie zapomnieć w tych nowych okolicznościach. W końcu mieli połączyć z Geraldine swoje rodziny.
Natomiast wedle przyjętych standardów i tradycji oznaczało to tyle, co jeszcze dalsze odsunięcie dziewczyny (przynajmniej według mentalności społeczeństwa) od decyzyjności w sprawach ojcowizny. Szczęście w nieszczęściu, była to w tym wypadku wyłącznie kwestia symboliczna, nie dosłowna i Rina z pewnością nadal miała mieć niezaprzeczalny wpływ na decyzje podejmowane przez Gerarda, ale w pewnym momencie i ta sytuacja miała ulec zmianie. Za wiele lat, może dekad, jednak Astaroth nie miał zostać głową rodu a drugi brat Yaxleyówny zniknął cholera wiedziała, w jakim miejscu i raczej nie spodziewali się zobaczyć go na weselu, nawet jeśli sowa z listem została już najpewniej posłana.
- Na nasze szczęście, planujemy raczej kameralną ceremonię - nie musiał mówić na głos, że korzystając z okazji; Figgówna z pewnością sama do tego doszła. - Więc możemy darować sobie przesadne ekscesy. Nie musimy zabawiać gawiedzi, starając się wyróżnić na tle innych par biorących ślub w najbliższych miesiącach - powiedział wprost z krzywym uśmiechem już nie tylko w kącikach ust, ale po prostu na twarzy.
Tak, gdyby to od niego zależało, nigdy nie byłoby raczej mowy o żadnej przesadzie ku uciesze ludzi, na których zdaniu nijak mu nie zależało. Lubił być na językach wyłącznie na jego własnych zasadach i raczej nie tyczyły się one organizacji wesela. Greengrassowie nie byli zresztą znani z gigantycznych balów, oficjalnych przyjęć sabatowych i tak dalej. To nie była ich domena, toteż pozostawiali to raczej innym rodom. Rosierom czy Macmillanom.
Ba, poniekąd nawet Lestrange'om, więc on i Geraldine zdecydowanie byli w dobrych rękach. A dzięki udziałowi Jennifer, mogli zyskać też trochę świeżego powietrza, utrzymując równowagę między bogactwem i elegancją a po prostu dobrą, udaną fetą, z jakich słynęła Snowdonia. Zdecydowanie nie mieli najgorzej.
I chociaż Ambroise nie zamierzał zbyt mocno wchodzić w paradę obu organizatorkom wydarzenia, zdecydowanie mógł kiwnąć głową na pytanie ze strony Figgówny. Był niemal pewien, że tak czy siak wybrałyby jej cukiernię, toteż nie spodziewał się żadnych problemów w związku z tym, że załatwił własny tort. Wręcz przeciwnie, miał już swój wkład, z czego był raczej zadowolony.
- Oczywiście - odpowiedział, posyłając dziewczynie uśmiech, po czym jeszcze przez chwilę pozostając w klubokawiarni.
Nie więcej niż dziesięć minut, tak? No, może piętnaście. W dobrym towarzystwie zdecydowanie można było stracić poczucie czasu. Całe szczęście, było jeszcze naprawdę wcześnie rano.
- Domyślasz się, co ogółem sądzę o wielkich ślubach z pompą, szczególnie moich własnych - odparł, kwitując to dodatkowo cichym prychnięciem pod nosem, bo...
...wiedziała, tak? Doskonale wiedziała. Nie mogła nie wiedzieć, tym bardziej, że gdyby tak głębiej zastanowił się nad tym, co sugerował, to nie była nawet kwestia domyślania się. O nie. Gdy chodziło o bliskich pokroju Nory, Ambroise raczej nie kłopotał się ukrywaniem swojej opinii na temat robienia z siebie błazna. Oczywiście, gdy rozmawiał o wszystkim z Evelyn albo z ojcem, poważnie podchodził do swojej roli dziedzica rodu. Swobodę wypowiedzi zachowywał wyłącznie dla tych, którzy mieli okazję poznać go od tej luźniejszej, mniej reprezentacyjnej strony.
A że Figgówna znała go praktycznie od dzieciaka, najpierw jako siostra Thomasa, później niemal niczym jego własna, raczej nie krępował się przed mówieniem przy niej o faktach. Nie to, aby kiedykolwiek był pod tym względem nieśmiały. Co to, to nie. Nie obawiał się mówić tego, co sądzi. Po prostu nie zawsze uważał, aby to było wskazane. Szczególnie, że nie odpowiadał tylko za siebie, miał też zobowiązania rodowe.
Gdyby więc zaczął na prawo i na lewo głosić swoją pogardę wobec organizacji wielkiej ślubnej fety oraz kwestionować sens spraszania nań wszystkich znanych i nieznanych mu czystokrwistych, z pewnością skalałby dobre imię rodziny. Były niektóre rzeczy, których nie mówiło się publicznie, nawet jeśli na ogół nie miało się problemu z językiem w gębie. Nawet jeśli jednym z jego ulubionych powiedzeń było to, że nic nie musiał, zdecydowanie powinien szanować tradycję. Więc szanował. Wszystkie jej elementy. Przynajmniej w oczach socjety.
To, że w rzeczywistości chętnie odstąpiłby od wątpliwego przywileju bycia organizatorem jednego z wydarzeń sezonu albo że wcale nie uważał, że dziedziczenie w czystokrwistych rodach powinno omijać kobiety było natomiast już jego prywatną opinią. Zachowywaną dla naprawdę nielicznej grupy. Tak, o tej drugiej kwestii także poniekąd nie był w stanie zapomnieć w tych nowych okolicznościach. W końcu mieli połączyć z Geraldine swoje rodziny.
Natomiast wedle przyjętych standardów i tradycji oznaczało to tyle, co jeszcze dalsze odsunięcie dziewczyny (przynajmniej według mentalności społeczeństwa) od decyzyjności w sprawach ojcowizny. Szczęście w nieszczęściu, była to w tym wypadku wyłącznie kwestia symboliczna, nie dosłowna i Rina z pewnością nadal miała mieć niezaprzeczalny wpływ na decyzje podejmowane przez Gerarda, ale w pewnym momencie i ta sytuacja miała ulec zmianie. Za wiele lat, może dekad, jednak Astaroth nie miał zostać głową rodu a drugi brat Yaxleyówny zniknął cholera wiedziała, w jakim miejscu i raczej nie spodziewali się zobaczyć go na weselu, nawet jeśli sowa z listem została już najpewniej posłana.
- Na nasze szczęście, planujemy raczej kameralną ceremonię - nie musiał mówić na głos, że korzystając z okazji; Figgówna z pewnością sama do tego doszła. - Więc możemy darować sobie przesadne ekscesy. Nie musimy zabawiać gawiedzi, starając się wyróżnić na tle innych par biorących ślub w najbliższych miesiącach - powiedział wprost z krzywym uśmiechem już nie tylko w kącikach ust, ale po prostu na twarzy.
Tak, gdyby to od niego zależało, nigdy nie byłoby raczej mowy o żadnej przesadzie ku uciesze ludzi, na których zdaniu nijak mu nie zależało. Lubił być na językach wyłącznie na jego własnych zasadach i raczej nie tyczyły się one organizacji wesela. Greengrassowie nie byli zresztą znani z gigantycznych balów, oficjalnych przyjęć sabatowych i tak dalej. To nie była ich domena, toteż pozostawiali to raczej innym rodom. Rosierom czy Macmillanom.
Ba, poniekąd nawet Lestrange'om, więc on i Geraldine zdecydowanie byli w dobrych rękach. A dzięki udziałowi Jennifer, mogli zyskać też trochę świeżego powietrza, utrzymując równowagę między bogactwem i elegancją a po prostu dobrą, udaną fetą, z jakich słynęła Snowdonia. Zdecydowanie nie mieli najgorzej.
I chociaż Ambroise nie zamierzał zbyt mocno wchodzić w paradę obu organizatorkom wydarzenia, zdecydowanie mógł kiwnąć głową na pytanie ze strony Figgówny. Był niemal pewien, że tak czy siak wybrałyby jej cukiernię, toteż nie spodziewał się żadnych problemów w związku z tym, że załatwił własny tort. Wręcz przeciwnie, miał już swój wkład, z czego był raczej zadowolony.
- Oczywiście - odpowiedział, posyłając dziewczynie uśmiech, po czym jeszcze przez chwilę pozostając w klubokawiarni.
Nie więcej niż dziesięć minut, tak? No, może piętnaście. W dobrym towarzystwie zdecydowanie można było stracić poczucie czasu. Całe szczęście, było jeszcze naprawdę wcześnie rano.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down