05.08.2025, 17:12 ✶
Przyjąłem zapalniczkę bez słowa, ale kiedy moje palce musnęły chłodny metal, na chwilę stykając się z palcami Geraldine, spojrzenie samo powędrowało niżej. Na pierwszy rzut oka błysk był subtelny - nie narzucający się, ale zdradzający dobrą jakość kamienia. Dopiero przy drugim spojrzeniu dostrzegłem oprawę - smukłą, elegancką. Bez najmniejszej wątpliwości, mój wzrok padł na coś nowego - na jej dłoni połyskiwał pierścionek, i to nie byle jaki... Nie dało się tego pomylić z ozdobą noszoną dla kaprysu czy stylu. Pierścionek na serdecznym palcu aż nazbyt jednoznacznie sugerował, że ktoś uznał ją za swoją przyszłą żonę. Widziałem już w życiu wystarczająco dużo biżuterii zaręczynowej, by rozpoznać jedną z nich bez najmniejszego wahania. Nie miałem, co do tego wątpliwości, a że była tu tylko jedna osoba mogąca wyrazić chęć, by to zrobić...
Cóż. Nie odwróciłem wzroku, nie siliłem się też na dyskrecję, przeciwnie - spojrzałem wprost na rękę Yaxley, bez słowa, nie komentując ani nie zmieniając wyrazu twarzy. Zatrzymałem wzrok na jej palcu, nie spiesząc się z gestem gratulacji, ale też nie próbowałem udawać, że tego nie widzę - nie było sensu. Moje spojrzenie nie było zaskoczone, ani tym bardziej pełne emocji - po prostu rejestrowałem rzeczywistość. Ot, kolejna informacja do katalogu, jaki prowadziłem sobie w głowie o każdej osobie, z którą musiałem pracować albo rozmawiać częściej niż raz, a w szczególności o najbliższych ludziach.
Zanim otworzyłem usta, Geraldine już się odsuwała, zmierzając w stronę stolika, więc nie skomentowałem niczego od razu. Odpaliłem szluga, zaciągając się dymem powoli - tak głęboko, jak pozwalały na to płuca po wczorajszym wieczorze. Oczywiście, że zauważyłem dziwny brak równowagi w jej ruchach, ale nie ruszyłem się o krok. Zostałbym w miejscu, nawet gdyby cały świat właśnie się przesunął o kilka cali w bok, było mi tu dobrze. Poza tym nie chciałem doprowadzać Yaxley do sytuacji, w której postanowiłaby wylądować na mnie nerwy za swoją chwilową niedyspozycję. Zresztą - widocznie oboje byliśmy skacowani. Dopiero, kiedy wypuściłem dym z płuc i zerkając kątem oka zobaczyłem, że odzyskała równowagę - a może po prostu chciała, żeby tak to wyglądało - podszedłem do niej i uniosłem zapalniczkę w jej stronę.
- Dzięki. - Podałem ją z powrotem. Nie uśmiechałem się, ale w moim tonie nie było nic gorzkiego - był neutralny, całkiem normalny. Jeszcze przez chwilę, nadal nie odnosiłem się do nowych informacji, nawet jeśli wiedziałem, że powinienem to zrobić i to względnie miło. Zbierałem myśli. Nie chciałem być przesadnie entuzjastyczny - nie zamierzałem kłamać jej a żywe oczy, że z przyjemnością widzę te nowe zmiany, ale nie miałem zamiaru mówić nic o tym, iż Ambroise zasługiwał na kogoś, komu nie będzie zimniał wzrok, gdy zacznie mu się zacierać granica między tym, co rzeczywiste, a tym, co widmowe. To nie była moja sprawa. Najwyraźniej po prostu się dogadali, co - zważywszy na jej i jego charaktery, szczególnie jej - było warte uznania.
- Glatulacje... - Powiedziałem cicho - nie szorstko, ale i bez tej nachalnej serdeczności, której sam nie lubiłem. Nie miałem zamiaru dodawać niczego więcej, nie był to mój interes, skoro byli szczęśliwi - cokolwiek to dla nich znaczyło - to nie miałem prawa wtrącać się między nich. Ambroise zasługiwał na kogoś, kto zaakceptuje go takim, jakim był, a jeśli to była ona... No, cóż. Znów zaciągnąłem się papierosem - długo i powoli.
Cóż. Nie odwróciłem wzroku, nie siliłem się też na dyskrecję, przeciwnie - spojrzałem wprost na rękę Yaxley, bez słowa, nie komentując ani nie zmieniając wyrazu twarzy. Zatrzymałem wzrok na jej palcu, nie spiesząc się z gestem gratulacji, ale też nie próbowałem udawać, że tego nie widzę - nie było sensu. Moje spojrzenie nie było zaskoczone, ani tym bardziej pełne emocji - po prostu rejestrowałem rzeczywistość. Ot, kolejna informacja do katalogu, jaki prowadziłem sobie w głowie o każdej osobie, z którą musiałem pracować albo rozmawiać częściej niż raz, a w szczególności o najbliższych ludziach.
Zanim otworzyłem usta, Geraldine już się odsuwała, zmierzając w stronę stolika, więc nie skomentowałem niczego od razu. Odpaliłem szluga, zaciągając się dymem powoli - tak głęboko, jak pozwalały na to płuca po wczorajszym wieczorze. Oczywiście, że zauważyłem dziwny brak równowagi w jej ruchach, ale nie ruszyłem się o krok. Zostałbym w miejscu, nawet gdyby cały świat właśnie się przesunął o kilka cali w bok, było mi tu dobrze. Poza tym nie chciałem doprowadzać Yaxley do sytuacji, w której postanowiłaby wylądować na mnie nerwy za swoją chwilową niedyspozycję. Zresztą - widocznie oboje byliśmy skacowani. Dopiero, kiedy wypuściłem dym z płuc i zerkając kątem oka zobaczyłem, że odzyskała równowagę - a może po prostu chciała, żeby tak to wyglądało - podszedłem do niej i uniosłem zapalniczkę w jej stronę.
- Dzięki. - Podałem ją z powrotem. Nie uśmiechałem się, ale w moim tonie nie było nic gorzkiego - był neutralny, całkiem normalny. Jeszcze przez chwilę, nadal nie odnosiłem się do nowych informacji, nawet jeśli wiedziałem, że powinienem to zrobić i to względnie miło. Zbierałem myśli. Nie chciałem być przesadnie entuzjastyczny - nie zamierzałem kłamać jej a żywe oczy, że z przyjemnością widzę te nowe zmiany, ale nie miałem zamiaru mówić nic o tym, iż Ambroise zasługiwał na kogoś, komu nie będzie zimniał wzrok, gdy zacznie mu się zacierać granica między tym, co rzeczywiste, a tym, co widmowe. To nie była moja sprawa. Najwyraźniej po prostu się dogadali, co - zważywszy na jej i jego charaktery, szczególnie jej - było warte uznania.
- Glatulacje... - Powiedziałem cicho - nie szorstko, ale i bez tej nachalnej serdeczności, której sam nie lubiłem. Nie miałem zamiaru dodawać niczego więcej, nie był to mój interes, skoro byli szczęśliwi - cokolwiek to dla nich znaczyło - to nie miałem prawa wtrącać się między nich. Ambroise zasługiwał na kogoś, kto zaakceptuje go takim, jakim był, a jeśli to była ona... No, cóż. Znów zaciągnąłem się papierosem - długo i powoli.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)