05.08.2025, 18:23 ✶
Wydostać się z Nokturnu. Nie. Zejść na Podziemne. Tak. Musiał sprawdzić co u Ojca. Nie. Wyjść. Wrócić na górę.
Szedł - nie, on się wlókł, na wpół pijany od alkoholu w żyłach, na wpół od bólu, który promieniował od nasady nosa na całe ciało. Na pamięć, licząc kroki, Baldwin Malfoy próbował przedostać się z powrotem do domu.
Nawet nie patrzył. Nie musiał. Londyn nigdy nie miał przed nim tajemnic; nawet teraz, gdy większość miasta przykrywały gruzy, a spanikowani ludzie obijali się o niego, nie zauważając niczego co się dzieje dookoła. Potknął się parę razy o wyrwany kawałek kostki brukowej; zahaczył o jeden czy dwa wystające pręty.
Horyzontalna. Frida. Frida. Bogowie, musiał wracać. Zasiedział się.
Skręcił w kolejną uliczkę.
No i chuj.
Kątem oka dostrzegł dwie osoby. Więcej towarzystwa mu potrzeba. Kobiety? Może. Ćmiło go we łbie, nie był w stanie złapać ostrości. Ale nie kryły twarzy za maskami - chociaż tyle. Już jedno spotkanie ze śmierciożerczym pedałem mu wystarczyło. Na samą myśl o tym poczuł niesmak w ustach. Splunął krwią do studzienki kanalizacyjnej. Przy odrobinie szczęścia mieszanka śliny i juchy spadnie wysłanemu w trzy diabły na spacer po kanałach na magirasistowski łeb.
Oparł się ciężko ramieniem o ścianę jednego z ocalałych budynków. Brudną, wygrzebaną gdzieś z kieszeni szaty chusteczkę docisnął do złamanego nosa. Pierdolona Sfora. Zaśmiał się. Chrapliwie, ciężko. Końcówką języka zlizał krew uparcie ściekającą mu z nosa na górną wargę. W sumie to planował przeczekać aż ta dwójka sobie polezie. Zwiesił blond czerep, pozwalając przez moment krwi kapać na kostkę brukową. Jedna kropla. Kolejna. Co za dziwaczne miniaturowe dzieło sztuki - jak w tych dziwacznych mugolskich testach psychologicznych. A ty co widzisz w ciemnej plamie i dlaczego odpowiedź ‘rozdeptanego chrabąszcza” nie należała do najlepszych. Żadnego zaczepiania. Pójdą sobie, to się spróbuje teleportować do domu. Nie. Nie mógł się pokazać w tym stanie dziecku.
Zacisnął powieki. Kurwa. Dobra, zmiana planów. Elastycznym trzeba być w życiu. Selwyn mieszkał po drodze. Mógł tam się przemyć i dopiero wrócić do siebie. Ewentualnie dostać się do teatru. A potem do domu.
A potem usłyszał znajomy głos. Nawet bez Milforda poznałby ten ostry, niemal niewyczuwalny akcent. Scarlett Mulciber. Pierwsza do szwędania się w noc taką jak ta.
- Yo, babygirl.- Zachrypiał. Na tyle głośno, żeby na pewno go usłyszała. Podniósł głowę, napierając ramieniem na ścianę jeszcze mocniej. Może starał się wyglądać bardziej cool? Odrobinę. Czy mu to wychodziło? A za chuj. Baldwin bowiem nie dość że szatę miał aktualnie całą przykurzoną i uwaloną popiołem, to twarz z kolei brudną od krwi cieknącej z wyraźnie potrzaskanego nosa. W dodatku raz po raz zanosił się suchym kaszlem gruźlika, od tego cholerstwa w powietrzu, którego zdążył się nałykać. Tak czy inaczej docisnął chusteczkę do nosa, drugą, wolną rękę wyciągając w stronę swojej blondynki, jakby oczekiwał, że ta natychmiast rzuci mu się w objęcia.
Zmierzył nieuważnym spojrzeniem drugą kobietę, może odrobinę zbyt długo zatrzymując wzrok na jej koszyczku z różnościami. A potem na dekolcie jej szaty i dopiero na końcu - na twarzy. Ale nie przyglądał jej się szczególnie uważnie. W głowie mu huczało od bólu, wypitego wina i adrenaliny, a z Mulciberówną w zasięgu wzroku nie był to najlepszy moment na obczajanie innych panienek.
- Nowa koleżanka?
Szedł - nie, on się wlókł, na wpół pijany od alkoholu w żyłach, na wpół od bólu, który promieniował od nasady nosa na całe ciało. Na pamięć, licząc kroki, Baldwin Malfoy próbował przedostać się z powrotem do domu.
Nawet nie patrzył. Nie musiał. Londyn nigdy nie miał przed nim tajemnic; nawet teraz, gdy większość miasta przykrywały gruzy, a spanikowani ludzie obijali się o niego, nie zauważając niczego co się dzieje dookoła. Potknął się parę razy o wyrwany kawałek kostki brukowej; zahaczył o jeden czy dwa wystające pręty.
Horyzontalna. Frida. Frida. Bogowie, musiał wracać. Zasiedział się.
Skręcił w kolejną uliczkę.
No i chuj.
Kątem oka dostrzegł dwie osoby. Więcej towarzystwa mu potrzeba. Kobiety? Może. Ćmiło go we łbie, nie był w stanie złapać ostrości. Ale nie kryły twarzy za maskami - chociaż tyle. Już jedno spotkanie ze śmierciożerczym pedałem mu wystarczyło. Na samą myśl o tym poczuł niesmak w ustach. Splunął krwią do studzienki kanalizacyjnej. Przy odrobinie szczęścia mieszanka śliny i juchy spadnie wysłanemu w trzy diabły na spacer po kanałach na magirasistowski łeb.
Oparł się ciężko ramieniem o ścianę jednego z ocalałych budynków. Brudną, wygrzebaną gdzieś z kieszeni szaty chusteczkę docisnął do złamanego nosa. Pierdolona Sfora. Zaśmiał się. Chrapliwie, ciężko. Końcówką języka zlizał krew uparcie ściekającą mu z nosa na górną wargę. W sumie to planował przeczekać aż ta dwójka sobie polezie. Zwiesił blond czerep, pozwalając przez moment krwi kapać na kostkę brukową. Jedna kropla. Kolejna. Co za dziwaczne miniaturowe dzieło sztuki - jak w tych dziwacznych mugolskich testach psychologicznych. A ty co widzisz w ciemnej plamie i dlaczego odpowiedź ‘rozdeptanego chrabąszcza” nie należała do najlepszych. Żadnego zaczepiania. Pójdą sobie, to się spróbuje teleportować do domu. Nie. Nie mógł się pokazać w tym stanie dziecku.
Zacisnął powieki. Kurwa. Dobra, zmiana planów. Elastycznym trzeba być w życiu. Selwyn mieszkał po drodze. Mógł tam się przemyć i dopiero wrócić do siebie. Ewentualnie dostać się do teatru. A potem do domu.
A potem usłyszał znajomy głos. Nawet bez Milforda poznałby ten ostry, niemal niewyczuwalny akcent. Scarlett Mulciber. Pierwsza do szwędania się w noc taką jak ta.
- Yo, babygirl.- Zachrypiał. Na tyle głośno, żeby na pewno go usłyszała. Podniósł głowę, napierając ramieniem na ścianę jeszcze mocniej. Może starał się wyglądać bardziej cool? Odrobinę. Czy mu to wychodziło? A za chuj. Baldwin bowiem nie dość że szatę miał aktualnie całą przykurzoną i uwaloną popiołem, to twarz z kolei brudną od krwi cieknącej z wyraźnie potrzaskanego nosa. W dodatku raz po raz zanosił się suchym kaszlem gruźlika, od tego cholerstwa w powietrzu, którego zdążył się nałykać. Tak czy inaczej docisnął chusteczkę do nosa, drugą, wolną rękę wyciągając w stronę swojej blondynki, jakby oczekiwał, że ta natychmiast rzuci mu się w objęcia.
Zmierzył nieuważnym spojrzeniem drugą kobietę, może odrobinę zbyt długo zatrzymując wzrok na jej koszyczku z różnościami. A potem na dekolcie jej szaty i dopiero na końcu - na twarzy. Ale nie przyglądał jej się szczególnie uważnie. W głowie mu huczało od bólu, wypitego wina i adrenaliny, a z Mulciberówną w zasięgu wzroku nie był to najlepszy moment na obczajanie innych panienek.
- Nowa koleżanka?