05.08.2025, 18:26 ✶
Kiedy omawiając szczegóły pracy i tego, czego właściwie oczekiwał teatr po plakatach, oczy nieco zaświeciły się jej na wieść o tym, kto będzie odgrywał główną rolę. Pamiętała Hannibala, oczywiście - jak mogłaby go zapomnieć, nawet jeśli jej umysł był zwyczajnie do tego niezdolny? Ich spotkania w Paryskim teatrze porywały tamtego czasu jej serce, kiedy z zafascynowaniem oglądała go podczas spektakli, w odpowiedzi na które pisała równie słodkie co głupiutkie liściki. Te jednak zwykle kończyły w śmieciach, bo Lyssa jednak wolała rzeczy zwyczajnie mówić - zainteresowanym chichotem, który komplementował słowa innych albo poprzez pojawianie się za sceną.
Znała jednak swoją naturę aż za dobrze; zauroczenia, szczególnie te nastoletnie (no tak, jakby wciąż nie była nastolatką) były niezmiennie szybkie. Fascynacja Selwynem skończyła się w momencie, kiedy powitał ją nowy rok szkolny, a mury Beauxbatons połknęły ją w całości. Została tylko sympatia.
Drogę do odpowiedniej sali pokonała bez większego problemu - tym razem wskazówki dotyczące tego, gdzie powinna się udać, były o wiele bardziej trafione i całe szczęście, nie potrzebowała już niczyjej pomocy. Drzwi więc skrzypnęły, kiedy Hannibal przechadzał się po scenie i dołączyła do niego Dolohov. Ubrana jak zwykle schludnie i nienagannie uczesana. Czasem słyszała, że nie wyglądała na malarkę; brakowało jej jakiegoś właściwego ludziom sztuki, widzialnego na pierwszy rzut oka, rozwichrzenia. Plam czy odbarwień po farbie nie sposób było na niej uświadczyć, a wymierzone co do centymetra szaty zdawały się mówić jedynie, że ktokolwiek je nosił miał pieniądze i gust - bo zamawiane były nie u Rosierów, a we Francji i na tamtą modłę krojone.
- Hannibalu, jak dobrze cię widzieć - powiedziała, przecinając miękkim głosem ciszę sali. Obcasy zastukały rytmicznie na deskach, kiedy zbliżyła się do niego, trzymając w ręku niewielką, podręczną walizkę; magicznie zaczarowaną, żeby zmieścić wszystko co było jej dzisiaj potrzebne do szkicowania. - Miło widzieć, że dalej robisz tak znamienitą karierę. Ekstaza Merlina... mam nadzieję, że zgodnie z tytułem, widzowie poczują się równie wspaniale po obejrzeniu cię na scenie.
Znała jednak swoją naturę aż za dobrze; zauroczenia, szczególnie te nastoletnie (no tak, jakby wciąż nie była nastolatką) były niezmiennie szybkie. Fascynacja Selwynem skończyła się w momencie, kiedy powitał ją nowy rok szkolny, a mury Beauxbatons połknęły ją w całości. Została tylko sympatia.
Drogę do odpowiedniej sali pokonała bez większego problemu - tym razem wskazówki dotyczące tego, gdzie powinna się udać, były o wiele bardziej trafione i całe szczęście, nie potrzebowała już niczyjej pomocy. Drzwi więc skrzypnęły, kiedy Hannibal przechadzał się po scenie i dołączyła do niego Dolohov. Ubrana jak zwykle schludnie i nienagannie uczesana. Czasem słyszała, że nie wyglądała na malarkę; brakowało jej jakiegoś właściwego ludziom sztuki, widzialnego na pierwszy rzut oka, rozwichrzenia. Plam czy odbarwień po farbie nie sposób było na niej uświadczyć, a wymierzone co do centymetra szaty zdawały się mówić jedynie, że ktokolwiek je nosił miał pieniądze i gust - bo zamawiane były nie u Rosierów, a we Francji i na tamtą modłę krojone.
- Hannibalu, jak dobrze cię widzieć - powiedziała, przecinając miękkim głosem ciszę sali. Obcasy zastukały rytmicznie na deskach, kiedy zbliżyła się do niego, trzymając w ręku niewielką, podręczną walizkę; magicznie zaczarowaną, żeby zmieścić wszystko co było jej dzisiaj potrzebne do szkicowania. - Miło widzieć, że dalej robisz tak znamienitą karierę. Ekstaza Merlina... mam nadzieję, że zgodnie z tytułem, widzowie poczują się równie wspaniale po obejrzeniu cię na scenie.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.