05.08.2025, 20:47 ✶
Te kilka wypowiedzianych przez nią zdań miało niewątpliwie dużą wagę i znaczenie, które nakazywało mi przemyśleć, czy dobrze je odbierałem, ale... Tak - tak mi się wydawało, a co więcej, naprawdę je rozumiałem. Podejście Prudence do tematu było dla mnie zadziwiająco jasne. Nie dlatego, że znałem eksterioryzację od strony naukowej - nie, nie znałem - ale dlatego, że zdążyłem już poznać ten ton, spokój bez napięcia i opanowanie, które nie wynikało z braku świadomości zagrożeń, tylko z pogodzenia się z ich istnieniem.
- Dobsze, sze to pszemyślałaś i dalej jesteś skłonna myśleć. - Powiedziałem po chwili, zerkając przed siebie, na wąską uliczkę prowadzącą między budynkami. Wciągnąłem powietrze w płuca - pachniało mokrym betonem, ziemią i kurzem, który nie zdążył jeszcze zastygnąć po deszczu. - Nie wątpiłem, zlesztą, gdybyś mówiła to impulsywnie, inaczej by to bszmiało. - Podkreśliłem, nie chcąc wyjść na kogoś, kto nie wierzył w jej umiejętności oceny sytuacji.
Nie pytałem o szczegóły, ani o to, kto mógłby być „tym kimś zaufanym”. Już z tonu, którym mówiła, wiedziałem, że to nie będzie brat, ani żadna z tych osób, które powinny spać spokojnie, nie wiedząc, czym się naprawdę zajmowała. Utrzymywała dystans - to było jasne - bardzo selektywnie wpuszczała ludzi bliżej, a jednak…
Spojrzałem na nasze splecione dłonie.
Wpuszczała mnie... Może nie od razu, nie wprost, nie w sensie takim, jaki przypisaliby temu inni, ale nie odsunęła się, kiedy zorientowała się, z kim miała do czynienia, nie zbyła mnie, nie kazała się odczepić, jak zrobiłaby to z kimś, kto narzucał się nieproszony.
- I nie... - Dodałem po chwili, przelotnie na nią zerkając. - Nie zamieszam zaczaś ci dyktowaś, co masz lobiś, nie od tego jestem, po plostu... Jak już w coś wchodzisz, to lepiej, byś blała pod uwagę nawet najbaldziej zachowawcze absuldy. Choćby dlatego, sze ja nie blałem i patsz, gdzie mnie to zaplowadziło. - Mój głos był spokojny, obojętny, prawie na pograniczu rozbawienia i autoironii, ale celowo. Mówiłem to, patrząc w dal, jakby to dotyczyło kogoś innego, ale nie dotyczyło... Mówiłem o niej i mówiłem o sobie. Zamilkłem, tej chwili więcej nie trzeba było mówić. Nie o to chodziło, żeby wygłaszać deklaracje i przestrogi, przecież ona by ich nie chciała, ale może coś między moimi słowami i jej odpowiedziami zadziało się tak, jak powinno.
Szliśmy dalej. Ulice po deszczu miały w sobie coś oczyszczającego, jakby to wszystko - te dziwne decyzje, ciche wyjątki i bliskość, której nikt z nas się nie spodziewał - naprawdę miało prawo się wydarzyć. Nie potrzebowaliśmy cudów.
Wystarczyło, że żadne z nas się nie cofało.
- Dobsze, sze to pszemyślałaś i dalej jesteś skłonna myśleć. - Powiedziałem po chwili, zerkając przed siebie, na wąską uliczkę prowadzącą między budynkami. Wciągnąłem powietrze w płuca - pachniało mokrym betonem, ziemią i kurzem, który nie zdążył jeszcze zastygnąć po deszczu. - Nie wątpiłem, zlesztą, gdybyś mówiła to impulsywnie, inaczej by to bszmiało. - Podkreśliłem, nie chcąc wyjść na kogoś, kto nie wierzył w jej umiejętności oceny sytuacji.
Nie pytałem o szczegóły, ani o to, kto mógłby być „tym kimś zaufanym”. Już z tonu, którym mówiła, wiedziałem, że to nie będzie brat, ani żadna z tych osób, które powinny spać spokojnie, nie wiedząc, czym się naprawdę zajmowała. Utrzymywała dystans - to było jasne - bardzo selektywnie wpuszczała ludzi bliżej, a jednak…
Spojrzałem na nasze splecione dłonie.
Wpuszczała mnie... Może nie od razu, nie wprost, nie w sensie takim, jaki przypisaliby temu inni, ale nie odsunęła się, kiedy zorientowała się, z kim miała do czynienia, nie zbyła mnie, nie kazała się odczepić, jak zrobiłaby to z kimś, kto narzucał się nieproszony.
- I nie... - Dodałem po chwili, przelotnie na nią zerkając. - Nie zamieszam zaczaś ci dyktowaś, co masz lobiś, nie od tego jestem, po plostu... Jak już w coś wchodzisz, to lepiej, byś blała pod uwagę nawet najbaldziej zachowawcze absuldy. Choćby dlatego, sze ja nie blałem i patsz, gdzie mnie to zaplowadziło. - Mój głos był spokojny, obojętny, prawie na pograniczu rozbawienia i autoironii, ale celowo. Mówiłem to, patrząc w dal, jakby to dotyczyło kogoś innego, ale nie dotyczyło... Mówiłem o niej i mówiłem o sobie. Zamilkłem, tej chwili więcej nie trzeba było mówić. Nie o to chodziło, żeby wygłaszać deklaracje i przestrogi, przecież ona by ich nie chciała, ale może coś między moimi słowami i jej odpowiedziami zadziało się tak, jak powinno.
Szliśmy dalej. Ulice po deszczu miały w sobie coś oczyszczającego, jakby to wszystko - te dziwne decyzje, ciche wyjątki i bliskość, której nikt z nas się nie spodziewał - naprawdę miało prawo się wydarzyć. Nie potrzebowaliśmy cudów.
Wystarczyło, że żadne z nas się nie cofało.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)