05.08.2025, 22:09 ✶
9 IX 1972 r.
A wiesz... dostałam kwiaty.
Pierwszy raz w życiu. I wiem, że w swej niedomyślności nie wie jak wielki to był gest - a ja nigdy mu nie powiem przez dumę, udając, że to nic takiego.
Szkarłatne dalie - jak krew, której strumień płynął ulicami, jak płomienie które pożarły w swej zachłanności wszystko... pozostawiając jedynie popiół. Jak moje imię.
Wciąż czuje dym w płucach, słyszę krzyki - i już nie jestem pewna czy należą do żywych czy umarłych. Nieistniejącym echem odbija się trzask walących się ścian...
A One tak piękne, tak miękkie, tak żywe w całej tej otaczającej śmierci.
I jeśli umrę jutro, to będę mogła szepnąć, że ten kwiat co być może zaplątałby się zgubiony na moim grobie był szczery i nie przemawiał przez niego żal.
I jakby te kwiaty przykryły cały popiół. I jakby na duszy zrobiło się ciut lżej. I jakby rozbite okna na których widok żal ściska serce jest ciut lżejszy, a osmolone ściany nie są tak alergiczne. I nawet ten nieszczęsny koc w oknie przez który moja nerwica natręctw dostaje nerwicy natręctw - nie jest aż tak paskudny.
Nie, jednak nie, jednak wciąż równie paskudny... mam ochotę wydrapać sobie oczy, gdy go widzę - chociaż po tym wszystkim nieco mnie to bawi.
A dom...To miejsce o którym piszesz...
Ono było mi obce, najdroższy wuju
I nazwałabym to miejsce różnie, ale czy domem? Może w pośpiechu lub bez zadumy czy pomyślunku.
Byłam tam gościem, czasem intruzem - nigdy domownikiem.
To miejsce od zawsze było niczym pustynia w mych snach, ta skuta lodem, ta gdzie pochowałam utracone sny - porzucone gdzieś, martwe, bez ruchu i tchnienia. I w snach marzyło mi się, że pewnego dnia coś oczyści to miejsce, skruszy, zmieni w pył. Przywróci możliwość oddechu, zerwie więzy które ściskały i raniły niczym wnyki przesiąknięte nienawiścią - i ten sen się ziścił, mimo iż po domu zostało znacznie więcej niż popiół, znacznie więcej niż ściany - szepnęłabym zbyt wiele, ale ktoś zarzuciłby mi złe intencje.
A jednak jebać ten pustostan, był przeklęty.
Wyszłam zwycięsko. Nie wygrałam jednak życia, bo tego nie zamierzałam tracić - tak przynajmniej mi się wydaje, być może błędnie.
Wygrałam siebie.
Ta noc była inspirująca. Pozwoliła mi zrozumieć kilka rzeczy. Pozwoliła mi uwierzyć.
Cieszę się, że się zmartwiłeś chociaż przez chwilę, mimo że to z pewnością samolubne z mojej strony - ale się cieszę.
Ja również się martwiłam, zastanawiałam się czy aby turmalinów nie było zbyt mało, czy może jednak ręka nie ta odpowiednia - cieszę się, że żyjesz. Cieszę się, że to nie był ostatni raz gdy mogłam oglądać nasze nici. Cieszę się, bo stałeś się mi rodziną nie z nazwy, a znaczenia, mimo że nie przyszło nam dzielić zbyt wielu wspomnień.
Dziękuje Ci za troskę, jestem wdzięczna - ale na razie mam gdzie mieszkać. Dom jeszcze nam się na głowę nie zawalił, chociaż czeka nas sporo pracy. Jestem tu gdzie winnam teraz być, bo jeszcze nie czas się wybudzić.
Niemniej jednak wstąpię do was, tak jak zawsze, aby napić się herbaty i pograć twojej mamie na skrzypcach.
Scarlett