06.08.2025, 01:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2025, 01:57 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Zdawał sobie sprawę z tego, co zakiełkowało w głowie Prudence. Zbyt dobrze ją znał, aby nie dostrzec, że w tym momencie starała się wykorzystać resztki komponentów, których nie umieściła w swoim wyjątkowym dziele, wbijając mu kolec głogu pod paznokieć. No, przynajmniej próbując to zrobić. Mentalnie.
W innym wypadku nie byłaby zresztą sobą, czyż nie? Z jednej strony próbowała wykazać się odpowiednio sabatową pokorą i skromnością, jakiej wielu czarodziejów oczekiwałoby po kimś, kto tworzył dary dla Matki. Nie dalej niż minutę czy dwie wcześniej powiedziała mu, że jej talent w istocie był raczej jednorazowym wyczynem...
...tylko po to, żeby moment później wykazać się niezmiernie nieprzekonująco zawoalowanym poczuciem własnej wartości, usiłując podkreślić swoją przewagę w rzemieślniczej pracy. Tak. Poszło mu całkiem nieźle. Mhm. Ta. Jasne. Prudence naprawdę była mistrzem komplementów. Towarzyską gazelą...
...a potem pojawiła się druga część zdania. Oczywiście, że skwitował to wymownym parsknięciem, zbywając dziewczynę machnięciem dłoni.
- Śnij dalej. Masz też elegancką wyobraźnię - ani trochę nie przeszkadzało mu to, że ta odpowiedź nie należała do zbyt kreatywnych i równie dobrze mógłby zaserwować jej jakąś Twoją Starą.
Nie zamierzał specjalnie wysilać się, aby dociągnąć do poziomu, który dla niego prezentował się mniej więcej tak samo. Zresztą, gdyby miał na podorędziu podobny zestaw alternatywnych dodatków do wiązanek, może byłoby co porównywać. Tymczasem tak? Nijak nie brakowało mu u siebie czaszek martwych gryzoni, ale zamierzał pozostać przy wersji, wedle której on również mógłby wytworzyć z nich takie cacko, jeśli by je znalazł.
W końcu pani od zajęć artystycznych zawsze dostrzegała w nim pewien talent, nieprawdaż? Niewykorzystany potencjał i tak dalej. Miał wprawne palce, nawet jeśli rzemiosło niespecjalnie go interesowało. Nie zwykł malować obrazów ani rzeźbić w drewnie. Wieńców też na ogół nie robił. Miał tylko doświadczenia z komponentami do eliksirów, niczym więcej. To w zasadzie mu wystarczało.
- Pozostaje to tylko okadzić i czekać na ołtarz na Mabon - kiwnął głową, ostatecznie przystając na słowa dotyczące zadowolenia Bogini.
Ani przez moment nie wątpił bowiem, że tegoroczne wieńce miały naprawdę dobrze prezentować się w oczach Matki. A to było najważniejsze, nieprawdaż?
Mhm. Dokładnie.
Kolejny raz zwrócił wzrok w kierunku Bletchleyówny, patrząc na nią z uwagą. Nie zadał jej jednak pytania o to, czy zabrała ze sobą coś, czym mogłaby oczyścić stworzone dary. Z pewnością o tym nie zapomniała. W końcu nie mogła narzekać na pojemność swojej pamięci. Co jak co, ale ją miała wyjątkowo zadziwiającą, nawet jeśli po tylu latach już wiedział, z czego to wynikało.
Zamiast tego, sięgnął do torby, wyciągając z niej saszetkę i rozwierając ją, aby wyciągnąć stamtąd rulon z ciasno związanych suszonych ziół oplecionych jutową nitką. Rzucił też przy okazji wzrokiem na to, co znajdowało się tuż obok nich, lekko unosząc przy tym brew i wzruszając ramionami. Tak, też mogło być przydatne. Zdecydowanie nie miało zaszkodzić.
- Czynisz honory? - Spytał bez zbytecznej kurtuazji, wykładając kadzidło pomiędzy nich i rozglądając się za zapałkami, które powinny leżeć na jednej z półek.
Tak, to nie mogła być zapalniczka. To musiało być drewno. Nie on ustalał zasady, ale w tym wypadku bez wątpienia się ich trzymał.
W innym wypadku nie byłaby zresztą sobą, czyż nie? Z jednej strony próbowała wykazać się odpowiednio sabatową pokorą i skromnością, jakiej wielu czarodziejów oczekiwałoby po kimś, kto tworzył dary dla Matki. Nie dalej niż minutę czy dwie wcześniej powiedziała mu, że jej talent w istocie był raczej jednorazowym wyczynem...
...tylko po to, żeby moment później wykazać się niezmiernie nieprzekonująco zawoalowanym poczuciem własnej wartości, usiłując podkreślić swoją przewagę w rzemieślniczej pracy. Tak. Poszło mu całkiem nieźle. Mhm. Ta. Jasne. Prudence naprawdę była mistrzem komplementów. Towarzyską gazelą...
...a potem pojawiła się druga część zdania. Oczywiście, że skwitował to wymownym parsknięciem, zbywając dziewczynę machnięciem dłoni.
- Śnij dalej. Masz też elegancką wyobraźnię - ani trochę nie przeszkadzało mu to, że ta odpowiedź nie należała do zbyt kreatywnych i równie dobrze mógłby zaserwować jej jakąś Twoją Starą.
Nie zamierzał specjalnie wysilać się, aby dociągnąć do poziomu, który dla niego prezentował się mniej więcej tak samo. Zresztą, gdyby miał na podorędziu podobny zestaw alternatywnych dodatków do wiązanek, może byłoby co porównywać. Tymczasem tak? Nijak nie brakowało mu u siebie czaszek martwych gryzoni, ale zamierzał pozostać przy wersji, wedle której on również mógłby wytworzyć z nich takie cacko, jeśli by je znalazł.
W końcu pani od zajęć artystycznych zawsze dostrzegała w nim pewien talent, nieprawdaż? Niewykorzystany potencjał i tak dalej. Miał wprawne palce, nawet jeśli rzemiosło niespecjalnie go interesowało. Nie zwykł malować obrazów ani rzeźbić w drewnie. Wieńców też na ogół nie robił. Miał tylko doświadczenia z komponentami do eliksirów, niczym więcej. To w zasadzie mu wystarczało.
- Pozostaje to tylko okadzić i czekać na ołtarz na Mabon - kiwnął głową, ostatecznie przystając na słowa dotyczące zadowolenia Bogini.
Ani przez moment nie wątpił bowiem, że tegoroczne wieńce miały naprawdę dobrze prezentować się w oczach Matki. A to było najważniejsze, nieprawdaż?
Mhm. Dokładnie.
Kolejny raz zwrócił wzrok w kierunku Bletchleyówny, patrząc na nią z uwagą. Nie zadał jej jednak pytania o to, czy zabrała ze sobą coś, czym mogłaby oczyścić stworzone dary. Z pewnością o tym nie zapomniała. W końcu nie mogła narzekać na pojemność swojej pamięci. Co jak co, ale ją miała wyjątkowo zadziwiającą, nawet jeśli po tylu latach już wiedział, z czego to wynikało.
Zamiast tego, sięgnął do torby, wyciągając z niej saszetkę i rozwierając ją, aby wyciągnąć stamtąd rulon z ciasno związanych suszonych ziół oplecionych jutową nitką. Rzucił też przy okazji wzrokiem na to, co znajdowało się tuż obok nich, lekko unosząc przy tym brew i wzruszając ramionami. Tak, też mogło być przydatne. Zdecydowanie nie miało zaszkodzić.
- Czynisz honory? - Spytał bez zbytecznej kurtuazji, wykładając kadzidło pomiędzy nich i rozglądając się za zapałkami, które powinny leżeć na jednej z półek.
Tak, to nie mogła być zapalniczka. To musiało być drewno. Nie on ustalał zasady, ale w tym wypadku bez wątpienia się ich trzymał.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down