06.08.2025, 10:28 ✶
Dziewczyna zmierzyła go spojrzeniem. Jej mina nie wyrażała wiele ponad ciekawość i zaskoczenie jego reakcją, ale nic w niej nie wskazywało na negatywne nastawienie do stojącego naprzeciw czarodzieja. Cóż, no trochę narwany, głupi był i naiwny, tacy ludzie często ją denerwowali i już wcześniej miała o nim wyrobioną opinię, bo nazwisko wyprzedzało go o kilka kroków, ale... Dobry się wydawał. Dobrym człowiekiem był. W tym morzu absolutnego gówna coraz mocniej docierało do niej, że świat bardzo potrzebował takich ludzi. Bertie Bott był bardzo potrzebną częścią tego systemu. Był zimną wodą wylaną na oparzenie. I na pewno miał coś z głową (była to opinia psychiatry), ale to skrzywienie nie czyniło go niebezpiecznym dla innych – wręcz przeciwnie – po tym co dzisiaj zobaczyła i czego doświadczyła, wróżyła mu bohaterską śmierć. Dobrze, że dzieci nie miał, zawsze szkoda osierocić. Pewnie te żony co umarły przyjął do siebie chore.
– Lwie ma pan serce, panie Bott – przyznała mu, wpierw nie odnosząc się w ogóle do tego, co mężczyzna jej powiedział. – Szczerze wątpię aby z takim nazwiskiem cierpiał pan na niedobór złota, ale jeżeli się mylę, moja rodzina na pewno sowicie wynagrodzi pana za skakanie dla mnie pomiędzy płomieniami. A tego Salema odtworzy mi kuzyn. Wie pan, czasem trzeba kuzyna do czegoś wykorzystać żeby poczuł się potrzebny i żeby nie miał poczucia winy, że się nie znalazł w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. – Nie brzmiała w tym chłodno. Brzmiała delikatnie, ale przy tym jak ktoś odrobinę zbyt twardo stąpający po ziemi. Wbrew pozorom nie wynikało to z jej charakteru – normalnie była człowiekiem wyjątkowo chaotycznym i dowcipnym, ale ją zmęczenie, szok i całokształt sytuacji wpędziły w dziwny kat. A może... To ten Bott tak na nią działał. Nie zamierzała tego roztrząsać. Zwyczajnie zachowała ten ton i brnęła w to dalej. – Dziękuję. – Za coś absolutnie niepotrzebnego. Ale ani to nie była chwila na taką krytykę, ani nie zamierzała robić rodzinie pod górkę dziwnymi minami i narzekaniem. Rodzina była najważniejsza.
– Lwie ma pan serce, panie Bott – przyznała mu, wpierw nie odnosząc się w ogóle do tego, co mężczyzna jej powiedział. – Szczerze wątpię aby z takim nazwiskiem cierpiał pan na niedobór złota, ale jeżeli się mylę, moja rodzina na pewno sowicie wynagrodzi pana za skakanie dla mnie pomiędzy płomieniami. A tego Salema odtworzy mi kuzyn. Wie pan, czasem trzeba kuzyna do czegoś wykorzystać żeby poczuł się potrzebny i żeby nie miał poczucia winy, że się nie znalazł w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. – Nie brzmiała w tym chłodno. Brzmiała delikatnie, ale przy tym jak ktoś odrobinę zbyt twardo stąpający po ziemi. Wbrew pozorom nie wynikało to z jej charakteru – normalnie była człowiekiem wyjątkowo chaotycznym i dowcipnym, ale ją zmęczenie, szok i całokształt sytuacji wpędziły w dziwny kat. A może... To ten Bott tak na nią działał. Nie zamierzała tego roztrząsać. Zwyczajnie zachowała ten ton i brnęła w to dalej. – Dziękuję. – Za coś absolutnie niepotrzebnego. Ale ani to nie była chwila na taką krytykę, ani nie zamierzała robić rodzinie pod górkę dziwnymi minami i narzekaniem. Rodzina była najważniejsza.