06.08.2025, 11:26 ✶
Prue musiała po prostu przejść do porządku dziennego z tym, co wydostało się spomiędzy jego warg, zanim jeszcze dobrze zdążył zakodować jej słowa. A było to parsknięcie. Krótkie, nieco szczekliwe, bez wątpienia równie rozbawione, co też nieco ironiczne. Tak, oczywiście, jasna sprawa. Przecież doskonale wiedział, jak elegancka jest jego towarzyszka. Zawsze taka była, czyż nie?
Co prawda, część ludzi mogłaby zakwestionować ten fakt, ponieważ większość zwyczajowo eleganckich ludzi raczej nie zwykła grzebać w leśnych ściółkach w poszukiwaniu odpowiednio rozłożonej, względnie czystej padliny do dekoracji wieńców na Mabon, jednak... ...to oznaczało raczej wyłącznie tyle, że nie wszyscy znali się na prawdziwej elegancji. A ona jak najbardziej dopuszczała podobne czynności, nieprawdaż?
Przynajmniej w oczach Ambroisa, który (jak było raczej powszechnie wiadomo) uznawał się za nieoficjalny autorytet w dziedzinie nadawania szyku nawet tym pozornie najbardziej makabrycznym czynnościom. Nie, nie miał najmniejszych oporów, aby w nowej, drogiej koszuli babrać się w cmentarnej ziemi albo zaplamić sobie spodnie krwią, gdy sytuacja tego wymagała.
Nawet jego zawodowe ubrania nie należały do byle czego. Zarówno w Mungu, jak i podczas świadczenia prywatnej praktyki uzdrowicielskiej nosił stroje szyte na miarę. Korzystał przy tym z niewątpliwego i niepodważalnego argumentu, jakim było to, że dyrekcja szpitala w żadnym wypadku nie byłaby w stanie dostarczyć mu ubrań w odpowiednim rozmiarze. Dzięki temu nie musiał kłopotać się dyskusjami na temat wątpliwej jakości materiałów używanych do uszycia standardowych mundurków. Miał po prostu własne.
We właściwym kolorze? We właściwym kolorze. W ustandaryzowanym kroju? We właściwym kolorze.
W przypadku jego dodatkowego zajęcia, także nie stawiał na byle co. Być może na pierwszy rzut oka wcale nie odróżniał się od tłumu ludzi (w końcu o to mu chodziło), jednakże nawet jego zwyczajowa czerń i oszczędność w charakterystycznych elementach ubioru nie była taka znowu niedbała. Dokładnie tak jak postawa. On po prostu nosił się lepiej.
- Byłoby trudno, gdybyś nie była - wzruszył ramionami.
No, po tylu latach...
Tak, to zdecydowanie był moment na powiedzenie o wronach, nawet jeśli nie kłopotał się wypowiedzeniem tego na głos. Zarówno Cornelius, jak i on sam nie zadawaliby się z byle kim, prawda?
Mhm. Mhm.
- W istocie. Nic nie musisz - stwierdził szybciej niż miał możliwość przeanalizować swoje słowa (czego zresztą nie zamierzał robić), również raczej niespecjalnie czując potrzebę gryzienia się w język.
Nie. Nie przy Prudence. Znali się od takich stron, że jeśli nadal spędzali ze sobą czas (a ewidentnie spędzali) raczej nie musieli dbać o powstrzymanie się przed jakimikolwiek słowami. Mogli postawić na ten rodzaj świadomej swobody, którego nie miało się z większością ludzi.
Moment później aprobująco kiwnął głową, nie komentując sokolego oka dziewczyny, jednak bez wątpienia doceniając spostrzegawczość Bletchleyówny, jak i jej chęć współpracy. Nie zamierzał odmawiać dalszej współpracy, szczególnie gdy sama ją zaproponowała. Zamiast tego, nie czekał aż Prudence zapali zapałkę i zdąży poparzyć się w palce, czekając na ruch z jego strony.
Zawczasu ujął pęczek suszonych ziół, zbliżając je do ognia i przechodząc do rzeczy. Ponownie cicho i w skupieniu, jak na ostatni fragment rytuału przystało. Obserwując dym, zmrużył oczy, zachowując jednak spostrzeżenia na później i kończąc oczyszczanie wieńców, zanim ponownie otworzył usta.
Nie pytał Prue, czy też to widziała. Zamiast tego odłożył dymiący się zwitek ziół na podstawkę pod filiżance, zamierzając dać mu się wypalić do samego końca. Nie tylko dla samego gestu, lecz także, aby potwierdzić swoje przypuszczenia. Zanim jednak miał okazję przyjrzeć się kształtom w powstałym pyle, zwrócił oczy w kierunku dziewczyny.
- Ciekawe - stwierdził, kątem oka przyglądając się smudze dymu, która jeszcze nie do końca rozwiała się w powietrzu.
Co prawda, część ludzi mogłaby zakwestionować ten fakt, ponieważ większość zwyczajowo eleganckich ludzi raczej nie zwykła grzebać w leśnych ściółkach w poszukiwaniu odpowiednio rozłożonej, względnie czystej padliny do dekoracji wieńców na Mabon, jednak... ...to oznaczało raczej wyłącznie tyle, że nie wszyscy znali się na prawdziwej elegancji. A ona jak najbardziej dopuszczała podobne czynności, nieprawdaż?
Przynajmniej w oczach Ambroisa, który (jak było raczej powszechnie wiadomo) uznawał się za nieoficjalny autorytet w dziedzinie nadawania szyku nawet tym pozornie najbardziej makabrycznym czynnościom. Nie, nie miał najmniejszych oporów, aby w nowej, drogiej koszuli babrać się w cmentarnej ziemi albo zaplamić sobie spodnie krwią, gdy sytuacja tego wymagała.
Nawet jego zawodowe ubrania nie należały do byle czego. Zarówno w Mungu, jak i podczas świadczenia prywatnej praktyki uzdrowicielskiej nosił stroje szyte na miarę. Korzystał przy tym z niewątpliwego i niepodważalnego argumentu, jakim było to, że dyrekcja szpitala w żadnym wypadku nie byłaby w stanie dostarczyć mu ubrań w odpowiednim rozmiarze. Dzięki temu nie musiał kłopotać się dyskusjami na temat wątpliwej jakości materiałów używanych do uszycia standardowych mundurków. Miał po prostu własne.
We właściwym kolorze? We właściwym kolorze. W ustandaryzowanym kroju? We właściwym kolorze.
W przypadku jego dodatkowego zajęcia, także nie stawiał na byle co. Być może na pierwszy rzut oka wcale nie odróżniał się od tłumu ludzi (w końcu o to mu chodziło), jednakże nawet jego zwyczajowa czerń i oszczędność w charakterystycznych elementach ubioru nie była taka znowu niedbała. Dokładnie tak jak postawa. On po prostu nosił się lepiej.
- Byłoby trudno, gdybyś nie była - wzruszył ramionami.
No, po tylu latach...
Tak, to zdecydowanie był moment na powiedzenie o wronach, nawet jeśli nie kłopotał się wypowiedzeniem tego na głos. Zarówno Cornelius, jak i on sam nie zadawaliby się z byle kim, prawda?
Mhm. Mhm.
- W istocie. Nic nie musisz - stwierdził szybciej niż miał możliwość przeanalizować swoje słowa (czego zresztą nie zamierzał robić), również raczej niespecjalnie czując potrzebę gryzienia się w język.
Nie. Nie przy Prudence. Znali się od takich stron, że jeśli nadal spędzali ze sobą czas (a ewidentnie spędzali) raczej nie musieli dbać o powstrzymanie się przed jakimikolwiek słowami. Mogli postawić na ten rodzaj świadomej swobody, którego nie miało się z większością ludzi.
Moment później aprobująco kiwnął głową, nie komentując sokolego oka dziewczyny, jednak bez wątpienia doceniając spostrzegawczość Bletchleyówny, jak i jej chęć współpracy. Nie zamierzał odmawiać dalszej współpracy, szczególnie gdy sama ją zaproponowała. Zamiast tego, nie czekał aż Prudence zapali zapałkę i zdąży poparzyć się w palce, czekając na ruch z jego strony.
Zawczasu ujął pęczek suszonych ziół, zbliżając je do ognia i przechodząc do rzeczy. Ponownie cicho i w skupieniu, jak na ostatni fragment rytuału przystało. Obserwując dym, zmrużył oczy, zachowując jednak spostrzeżenia na później i kończąc oczyszczanie wieńców, zanim ponownie otworzył usta.
Nie pytał Prue, czy też to widziała. Zamiast tego odłożył dymiący się zwitek ziół na podstawkę pod filiżance, zamierzając dać mu się wypalić do samego końca. Nie tylko dla samego gestu, lecz także, aby potwierdzić swoje przypuszczenia. Zanim jednak miał okazję przyjrzeć się kształtom w powstałym pyle, zwrócił oczy w kierunku dziewczyny.
- Ciekawe - stwierdził, kątem oka przyglądając się smudze dymu, która jeszcze nie do końca rozwiała się w powietrzu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down