06.08.2025, 13:11 ✶
Przyjąłem jej słowa z tą samą cierpliwością, z jaką przyjmowałem większość rzeczy, które wylewały się z niej w tym stanie - zarówno dosłownie, jak i w przenośni - czyli nikłą, lecz zadziwiająco wyrozumiało, chociaż bez ociekania empatią. Nie zamierzałem robić z siebie męczennika, ale nie było też sensu udawać, że mnie to wszystko nie obeszło... Bo obeszło - moje buty diabli wzięli, a ja znów stałem w pozycji zabezpieczająco-wspierającej, wyglądając jak cholerny punkt sanitarno-opiekuńczy w polowym lazarecie.
- Ok. - Odmruknąłem, nie mając większej wiary w powodzenie tego odkupienia - dosłownego, czy w przenośni. Niektóre kobiety traciły przytomność w ramionach swoich kochanków, inne w teatrach albo na balach maskowych, gdzie uroczy nieznajomi czekali z wachlarzem soli trzeźwiących do wyboru - do koloru. Geraldine Yaxley prawie osunęła się przy mnie na tarasie, w blasku ponurego popołudnia, po tym jak zarzygała mi buty - moje ulubione, nawiasem mówiąc, ale nie zamierzałem robić z tego tragedii ani znaczącego gestu. Po prostu ją przyasekurowałem, zanim nie usiadła, żeby nie miała szans się przewrócić. Z jednej strony byłem zirytowany. Z drugiej - znałem to aż za dobrze.
- Matka mojego dziecka szygała pszez bite dwa tygodnie, jak płynęliśmy statkiem do Stanów. - Rzuciłem spokojnie, zerkając, czy już odzyskiwała kontrolę nad własnym ciałem. - Potem jesce miesiąs, ale tam pszynajmniej było więcej miejsca. - Wzruszyłem ramionami, traktując to tak, jakby to był po prostu fakt z kroniki pokładowej, a nie cokolwiek istotnego. Nie miałem potrzeby robić z tego wyznania, zresztą, już raz jej to powiedziałem, wtedy mniej elegancko. Teraz było po prostu neutralnie - konkretnie, prawdziwie. Nie patrzyłem na Geraldine z góry, nie próbowałem jej oceniać - widziałem, że starała się utrzymać twarz i chociaż nie szło jej to najlepiej, robiła, co mogła. Może nie wyglądała teraz jak uosobienie elegancji, to przynajmniej nie robiła z siebie ofiary - to zawsze działało na plus.
Zarejestrowałem twierdzącą odpowiedź, ale zanim udałem się po wodę, sięgnąłem do kieszeni marynarki, próbując znaleźć coś, czym mogłaby się wytrzeć. Odruch. Kiedyś nosiłem przy sobie porządne, haftowane chustki, z inicjałami, z porządnej włoskiej bawełny pasującej do koszul, bo tak wypadało, ale te czasy minęły. Nie miałem chusteczki - teraz najwyraźniej musiała wystarczyć jej złożona na czworo ulotka jakiegoś magicznego komitetu protestacyjnego walczącego o godność czystokrwistych czarodziejów, która walała się w mojej wewnętrznej kieszeni kurtki razem z kilkoma rachunkami z Dziurawego Kotła i pomiętą, niezidentyfikowaną kopertą. Wyciągnąłem je, bez specjalnego ceremoniału, oceniłem wzrokiem, który z tych świstków nie był pokryty atramentowymi bazgrołami i podałem jej.
- Musi szię nadaś. - Podałem jej ten prowizoryczny zamiennik chusteczki - nie mówiłem, że do twarzy, bo nadal miała ją odrobinę nieświeżą - w dalszym ciągu nie chciałem jej celowo upokarzać. - Niestety, nie noszę już koszul z Belgamo. Idzie szię pszyzwyczaiś, ale są pewne minusy. - Wzruszyłem ramionami jeszcze raz, z tą samą nonszalancją, jakbym mówił o pogodzie. Był nim - tym minusem - na przykład wspomniany brak chusteczek. - Tylko nie czytaj, chyba sze intelesują cię klątwy na impoltowanych lustelkach do pudelniczek i to, co jadłem na obiad. - Nie wiedziałem, czy usłyszała w moim głosie nutę ironii, czy raczej zmęczenia - mało mnie to obchodziło - zimne powietrze nieco mnie otrzeźwiło, ale nadal miałem lekki szum w głowie. Nic, z czym nie dałoby się funkcjonować, chociaż o przyjemności z ładnego dnia - ani ładnego dnia - nie było mowy. - Zalas wlasam s twoją wodą. - Zakomunikowałem, już się oddalając.
- Ok. - Odmruknąłem, nie mając większej wiary w powodzenie tego odkupienia - dosłownego, czy w przenośni. Niektóre kobiety traciły przytomność w ramionach swoich kochanków, inne w teatrach albo na balach maskowych, gdzie uroczy nieznajomi czekali z wachlarzem soli trzeźwiących do wyboru - do koloru. Geraldine Yaxley prawie osunęła się przy mnie na tarasie, w blasku ponurego popołudnia, po tym jak zarzygała mi buty - moje ulubione, nawiasem mówiąc, ale nie zamierzałem robić z tego tragedii ani znaczącego gestu. Po prostu ją przyasekurowałem, zanim nie usiadła, żeby nie miała szans się przewrócić. Z jednej strony byłem zirytowany. Z drugiej - znałem to aż za dobrze.
- Matka mojego dziecka szygała pszez bite dwa tygodnie, jak płynęliśmy statkiem do Stanów. - Rzuciłem spokojnie, zerkając, czy już odzyskiwała kontrolę nad własnym ciałem. - Potem jesce miesiąs, ale tam pszynajmniej było więcej miejsca. - Wzruszyłem ramionami, traktując to tak, jakby to był po prostu fakt z kroniki pokładowej, a nie cokolwiek istotnego. Nie miałem potrzeby robić z tego wyznania, zresztą, już raz jej to powiedziałem, wtedy mniej elegancko. Teraz było po prostu neutralnie - konkretnie, prawdziwie. Nie patrzyłem na Geraldine z góry, nie próbowałem jej oceniać - widziałem, że starała się utrzymać twarz i chociaż nie szło jej to najlepiej, robiła, co mogła. Może nie wyglądała teraz jak uosobienie elegancji, to przynajmniej nie robiła z siebie ofiary - to zawsze działało na plus.
Zarejestrowałem twierdzącą odpowiedź, ale zanim udałem się po wodę, sięgnąłem do kieszeni marynarki, próbując znaleźć coś, czym mogłaby się wytrzeć. Odruch. Kiedyś nosiłem przy sobie porządne, haftowane chustki, z inicjałami, z porządnej włoskiej bawełny pasującej do koszul, bo tak wypadało, ale te czasy minęły. Nie miałem chusteczki - teraz najwyraźniej musiała wystarczyć jej złożona na czworo ulotka jakiegoś magicznego komitetu protestacyjnego walczącego o godność czystokrwistych czarodziejów, która walała się w mojej wewnętrznej kieszeni kurtki razem z kilkoma rachunkami z Dziurawego Kotła i pomiętą, niezidentyfikowaną kopertą. Wyciągnąłem je, bez specjalnego ceremoniału, oceniłem wzrokiem, który z tych świstków nie był pokryty atramentowymi bazgrołami i podałem jej.
- Musi szię nadaś. - Podałem jej ten prowizoryczny zamiennik chusteczki - nie mówiłem, że do twarzy, bo nadal miała ją odrobinę nieświeżą - w dalszym ciągu nie chciałem jej celowo upokarzać. - Niestety, nie noszę już koszul z Belgamo. Idzie szię pszyzwyczaiś, ale są pewne minusy. - Wzruszyłem ramionami jeszcze raz, z tą samą nonszalancją, jakbym mówił o pogodzie. Był nim - tym minusem - na przykład wspomniany brak chusteczek. - Tylko nie czytaj, chyba sze intelesują cię klątwy na impoltowanych lustelkach do pudelniczek i to, co jadłem na obiad. - Nie wiedziałem, czy usłyszała w moim głosie nutę ironii, czy raczej zmęczenia - mało mnie to obchodziło - zimne powietrze nieco mnie otrzeźwiło, ale nadal miałem lekki szum w głowie. Nic, z czym nie dałoby się funkcjonować, chociaż o przyjemności z ładnego dnia - ani ładnego dnia - nie było mowy. - Zalas wlasam s twoją wodą. - Zakomunikowałem, już się oddalając.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)