06.08.2025, 13:56 ✶
Niezbadane były ścieżki losu. Im dłużej chodził zaś po tym świecie, tym bardziej dostrzegał to, że ich rzeczywistość w istocie nie była ani przesadnie prosta, ani też nazbyt skomplikowana. Była zwyczajnie chaotyczna. Nawet jeśli czasami w tym chaosie dało się znaleźć pewną powtarzalność i coś na kształt reguł, one także zmieniały się praktycznie bezustannie.
Swego czasu powiedziałby, że nigdy nie zrobi wielu rzeczy. Bliższe zadawanie się z kimś takim jak Bletchleyówna zdecydowanie znajdowało się wtedy na tej liście. A jednak oto byli tu i teraz, traktując się znacznie bardziej naturalnie i bliżej niż mógłby kiedykolwiek zakładać.
Lubił mieć kontrolę nad własnym życiem. Zabiegał o to, aby być jego panem, jednak nawet on musiał czasem przyznać, że nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego. W końcu nie był jasnowidzem. Nie. Nie to przypadło mu w jego części spuścizny po rodzinie matki.
Ale może to i dobrze? Czasami lepiej było nie wiedzieć wszystkiego. Czasem wystarczało dokładnie to, co i tak widziało się bardzo jasno. Czasem miało się dostatecznie dużo wskazówek do interpretacji, aby nie potrzebować żadnych dodatkowych znaków. Chodziło o to, w jaki sposób podchodziło się do posiadanej wiedzy. A nie wszyscy robili to dokładnie tak samo.
Powiódł wzrokiem za ruchem ręki Prue, wbijając spojrzenie w miejsce, w którym dostrzegła dmuchawca.
- Mi to bardziej przypomina pąk chryzantemy - stwierdził po namyśle; cicho, gładko, raczej nie kwestionując słów Bletchleyówny, tylko wdając się z nią w dialog. - Choć w gruncie rzeczy, znaczenie będzie takie samo. Przemijanie i odrodzenie - kiwnął głową, jednocześnie rysując dłonią kształt w powietrzu. - Pajęczyna i martwy pająk - zasugerował, zwracając uwagę na położenie drugiego kształtu; odnóża do góry...
...ciekawe.
Jednocześnie zgodnie z tym, o co spytał moment wcześniej, bez słowa wyciągnął drugą rękę w kierunku Bletchley, przekazując jej skręta trzymanego między palcami. Całego. Sam zamierzał sięgnąć do papierośnicy po drugą sztukę. Mimo wszystko, nie musieli dzielić się jednym, nie było w tym towarzyskiego rytuału.
Chociaż... ...wbrew pozorom (a może wręcz przeciwnie?) może tak? W końcu nie był typem człowieka, który chętnie dzielił się tego typu rzeczami. W rzeczywistości trudno było wysępić od niego choćby nawet najzwyklejszego papierosa. Należało być w jego bliskim kręgu albo znaleźć się w naprawdę wyjątkowej sytuacji, aby spotkać się z propozycją podobną do tej, jaką złożył Prudence.
Zarówno w czasach wczesnej młodości, kiedy popalał, co popadło i było pod ręką (a więc musiał pilnować własnych zapasów), jak i później. Sam zwijał swoje fajki, sam uprawiał własny tytoń w szklarniach i poza nimi. Tak, inne wykorzystywane przez niego rośliny również były jego własnej hodowli. Przynajmniej te na własny użytek. Lubił mieć kontrolę nad tym, co pił, wcierał lub... ...jak w tym wypadku... ...palił i wdychał.
To były naprawdę dobre susze. Jakościowe, mocne, praktycznie bez skazy. Nie to, co zazwyczaj znajdowało się na rynku i było to raczej odczuwalne nawet dla największych ignorantów. A łatwo było przyzwyczaić się do dobrego, prawda?
Gdyby zatem chciał dzielić się ze wszystkimi dookoła, to abstrahując od problemów z legalnością niektórych roślin, musiałby przeznaczyć naprawdę wiele czasu na zwiększenie ilości swoich upraw a następnie również na ich suszenie i przerabianie. Nie zamierzał tego robić.
Wystarczyło mu to, że Greengrassowie i tak na ogół dosyć luźno podchodzili do obdarowywania otoczenia zawartością swoich największych grządek, poletek i szklarni. Idąc za tą myślą, znacznie prędzej miał udostępnić komuś rodowe zapasy kozłka lekarskiego, aniżeli tak po prostu wręczyć mu coś, co znalazło się w jego prywatnej saszetce albo w papierośnicy.
To był wyjątek. Naprawdę miał ostatnio dobry nastrój...
Swego czasu powiedziałby, że nigdy nie zrobi wielu rzeczy. Bliższe zadawanie się z kimś takim jak Bletchleyówna zdecydowanie znajdowało się wtedy na tej liście. A jednak oto byli tu i teraz, traktując się znacznie bardziej naturalnie i bliżej niż mógłby kiedykolwiek zakładać.
Lubił mieć kontrolę nad własnym życiem. Zabiegał o to, aby być jego panem, jednak nawet on musiał czasem przyznać, że nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego. W końcu nie był jasnowidzem. Nie. Nie to przypadło mu w jego części spuścizny po rodzinie matki.
Ale może to i dobrze? Czasami lepiej było nie wiedzieć wszystkiego. Czasem wystarczało dokładnie to, co i tak widziało się bardzo jasno. Czasem miało się dostatecznie dużo wskazówek do interpretacji, aby nie potrzebować żadnych dodatkowych znaków. Chodziło o to, w jaki sposób podchodziło się do posiadanej wiedzy. A nie wszyscy robili to dokładnie tak samo.
Powiódł wzrokiem za ruchem ręki Prue, wbijając spojrzenie w miejsce, w którym dostrzegła dmuchawca.
- Mi to bardziej przypomina pąk chryzantemy - stwierdził po namyśle; cicho, gładko, raczej nie kwestionując słów Bletchleyówny, tylko wdając się z nią w dialog. - Choć w gruncie rzeczy, znaczenie będzie takie samo. Przemijanie i odrodzenie - kiwnął głową, jednocześnie rysując dłonią kształt w powietrzu. - Pajęczyna i martwy pająk - zasugerował, zwracając uwagę na położenie drugiego kształtu; odnóża do góry...
...ciekawe.
Jednocześnie zgodnie z tym, o co spytał moment wcześniej, bez słowa wyciągnął drugą rękę w kierunku Bletchley, przekazując jej skręta trzymanego między palcami. Całego. Sam zamierzał sięgnąć do papierośnicy po drugą sztukę. Mimo wszystko, nie musieli dzielić się jednym, nie było w tym towarzyskiego rytuału.
Chociaż... ...wbrew pozorom (a może wręcz przeciwnie?) może tak? W końcu nie był typem człowieka, który chętnie dzielił się tego typu rzeczami. W rzeczywistości trudno było wysępić od niego choćby nawet najzwyklejszego papierosa. Należało być w jego bliskim kręgu albo znaleźć się w naprawdę wyjątkowej sytuacji, aby spotkać się z propozycją podobną do tej, jaką złożył Prudence.
Zarówno w czasach wczesnej młodości, kiedy popalał, co popadło i było pod ręką (a więc musiał pilnować własnych zapasów), jak i później. Sam zwijał swoje fajki, sam uprawiał własny tytoń w szklarniach i poza nimi. Tak, inne wykorzystywane przez niego rośliny również były jego własnej hodowli. Przynajmniej te na własny użytek. Lubił mieć kontrolę nad tym, co pił, wcierał lub... ...jak w tym wypadku... ...palił i wdychał.
To były naprawdę dobre susze. Jakościowe, mocne, praktycznie bez skazy. Nie to, co zazwyczaj znajdowało się na rynku i było to raczej odczuwalne nawet dla największych ignorantów. A łatwo było przyzwyczaić się do dobrego, prawda?
Gdyby zatem chciał dzielić się ze wszystkimi dookoła, to abstrahując od problemów z legalnością niektórych roślin, musiałby przeznaczyć naprawdę wiele czasu na zwiększenie ilości swoich upraw a następnie również na ich suszenie i przerabianie. Nie zamierzał tego robić.
Wystarczyło mu to, że Greengrassowie i tak na ogół dosyć luźno podchodzili do obdarowywania otoczenia zawartością swoich największych grządek, poletek i szklarni. Idąc za tą myślą, znacznie prędzej miał udostępnić komuś rodowe zapasy kozłka lekarskiego, aniżeli tak po prostu wręczyć mu coś, co znalazło się w jego prywatnej saszetce albo w papierośnicy.
To był wyjątek. Naprawdę miał ostatnio dobry nastrój...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down