06.08.2025, 16:33 ✶
Czytanie z dymu nie było tak oczywiste jak obserwacja chmur na niebie, lanie wosku przez dziurkę od klucza albo wróżenie z fusów od kawy czy herbaty. Dym rozwiewał się znacznie szybciej, zwłaszcza w tak starych domach jak rezydencja Ursuli, gdzie przeciągi mimo wszystko należały do raczej powszechnych zjawisk. Wystarczyło zaledwie jedno poruszenie się powietrza, drobny wiaterek, nawet ruch ręką, aby zmienić kształt widzianego obrazu. Nie dziwił się zatem, że zarówno on, jak i Prudence zobaczyli coś zupełnie innego.
W gruncie rzeczy, ostateczny wniosek wyciągnęli jednak identyczny, więc bez wątpienia coś w tym było. Musiało być, nawet jeśli jeszcze wiele lat wcześniej stwierdziłby, że to zupełnie niepotrzebnie zawracanie sobie głowy. Co prawda, już za młodu interesowały go rytuały i praktyki magiczne, zwłaszcza te mniej standardowe, ale z pewnością nie siedziałby z nikim w ten sposób i nie gapiłby się w przestrzeń przed sobą, wymieniając spostrzeżenia. A przecież jeszcze nie był ujarany.
No cóż, ewidentnie podejście zmieniało się z wiekiem. Nawet u tych z pozoru najbardziej zatwardziałych, pewnych swego ludzi. Teraz sprawiało mu to bowiem coś na kształt frajdy. Nawet jeśli on widział chryzantemy, zaś Prudence dmuchawce. Niby podobne, niby inne. W ostateczności znaczyły to samo i chyba właśnie tego się teraz trzymali.
- Akromantula, nie? - Spytał, jednocześnie zaciągając się głęboko.
Tak, to miało znaczenie. Na jego oko, to nie wyglądało po prostu jak kształt zwyczajnego pająka. Zastanawiał się, czy dziewczyna też to dostrzegała.
Przelotnie spojrzał na skręta, którego Prudence wyciągnęła w jego stronę, najwidoczniej z zamiarem oddania mu go, po czym przecząco machnął głową.
- Zostaw go sobie - rzucił luźno, bez zbytecznej łaski, ale też zupełnie bez potrzeby tłumaczenia się z takiej a nie innej odpowiedzi.
Nie zamierzał też sprowadzać tego do żadnych bezsensownych dyskusji na temat nikłego sensu oddawania mu towaru. Wbrew pozorom, wcale nie miał nic na tym stracić. Zyskać też nie, ale przecież nie o to dziś chodziło, prawda? Całkiem przyjemnie spędzało mu się czas w bibliotece w towarzystwie Prudence, miał ogólnie ujmowany dobry humor, nie odczuwał tego całego stresu, jaki towarzyszył mu gdzieś z tyłu głowy przez te wszystkie ostatnie miesiące.
Mógł być po prostu miły i zostawić tę jedną sztukę palenia w rękach dziewczyny, nie mówiąc nic o tym, że Prue potrzebuje tego bardziej od niego, jak nie teraz, to w przyszłości. Nie zawsze musiał być niepotrzebnie uszczypliwy. Szczególnie w stosunku do kogoś, z kim miło siedziało mu się w zadymionym pomieszczeniu, spoglądając na kadzidłowe chmury.
To była teraz jej własność. Mogła z nią robić dokładnie to, co chciała. Wypalić za jednym zamachem, aby ujarać się w trzy dupy albo zostawić to sobie na później. Dla siebie samej albo po to, żeby zapalić w czyimś innym towarzystwie. Greengrassowi nie robiło to już zupełnie żadnej różnicy.
Jeśli w tym momencie nie zamierzała więcej korzystać z używek, miał dla niej jednak dosyć średnie wieści: oboje w dalszym ciągu siedzieli w chmurze, a on nie zamierzał przestać popalać. Dwa machy, jakie dotąd pociągnął nie miały być dla niego odczuwalne w jakikolwiek sposób, nawet jako to pierwsze przyjemne wyluzowanie. Potrzebował znacznie więcej niż typowy czarodziej, by cokolwiek poczuć. Kwestia genów, może bycia dużym, może uodpornienia i zbudowania sobie tolerancji albo jeszcze czegoś innego. Najważniejsze, że tak po prostu było. Nie drążył.
Odchylając głowę do tyłu, zaciągnął się skrętem, tym razem trochę dłużej przytrzymując dym w płucach i skupiając się na tym, aby przy wydechu wypuścić coś znacznie bardziej kształtnego niż po prostu siwą chmurę. Jednocześnie wbił wzrok w miejsce, w którym Prudence widziała bociana, starając się rzeczywiście dostrzec tam cokolwiek poza paroma krzywymi mszami.
- Powiedzmy - stwierdził wreszcie, jeszcze bardziej mrużąc oczy i przekrzywiając głowę. - Nie jestem jeszcze aż tak zjarany, mi to bardziej przypomina dziób statku i kawałek żagla - zawyrokował po chwili namysłu, wykonując bliżej nieokreślony ruch palcami trzymającymi dymiącego się skręta. - Chociaż symbol dobrobytu i ochrony też brzmi nieźle. Do podróży nam się nie spieszy - zupełnie celowo pominął najbardziej odruchowo przychodzące na myśl znaczenie bociana, tego raczej żadne z nich nie uwzględniało w swoim życiu, więc mogli przeskoczyć dalej.
W gruncie rzeczy, ostateczny wniosek wyciągnęli jednak identyczny, więc bez wątpienia coś w tym było. Musiało być, nawet jeśli jeszcze wiele lat wcześniej stwierdziłby, że to zupełnie niepotrzebnie zawracanie sobie głowy. Co prawda, już za młodu interesowały go rytuały i praktyki magiczne, zwłaszcza te mniej standardowe, ale z pewnością nie siedziałby z nikim w ten sposób i nie gapiłby się w przestrzeń przed sobą, wymieniając spostrzeżenia. A przecież jeszcze nie był ujarany.
No cóż, ewidentnie podejście zmieniało się z wiekiem. Nawet u tych z pozoru najbardziej zatwardziałych, pewnych swego ludzi. Teraz sprawiało mu to bowiem coś na kształt frajdy. Nawet jeśli on widział chryzantemy, zaś Prudence dmuchawce. Niby podobne, niby inne. W ostateczności znaczyły to samo i chyba właśnie tego się teraz trzymali.
- Akromantula, nie? - Spytał, jednocześnie zaciągając się głęboko.
Tak, to miało znaczenie. Na jego oko, to nie wyglądało po prostu jak kształt zwyczajnego pająka. Zastanawiał się, czy dziewczyna też to dostrzegała.
Przelotnie spojrzał na skręta, którego Prudence wyciągnęła w jego stronę, najwidoczniej z zamiarem oddania mu go, po czym przecząco machnął głową.
- Zostaw go sobie - rzucił luźno, bez zbytecznej łaski, ale też zupełnie bez potrzeby tłumaczenia się z takiej a nie innej odpowiedzi.
Nie zamierzał też sprowadzać tego do żadnych bezsensownych dyskusji na temat nikłego sensu oddawania mu towaru. Wbrew pozorom, wcale nie miał nic na tym stracić. Zyskać też nie, ale przecież nie o to dziś chodziło, prawda? Całkiem przyjemnie spędzało mu się czas w bibliotece w towarzystwie Prudence, miał ogólnie ujmowany dobry humor, nie odczuwał tego całego stresu, jaki towarzyszył mu gdzieś z tyłu głowy przez te wszystkie ostatnie miesiące.
Mógł być po prostu miły i zostawić tę jedną sztukę palenia w rękach dziewczyny, nie mówiąc nic o tym, że Prue potrzebuje tego bardziej od niego, jak nie teraz, to w przyszłości. Nie zawsze musiał być niepotrzebnie uszczypliwy. Szczególnie w stosunku do kogoś, z kim miło siedziało mu się w zadymionym pomieszczeniu, spoglądając na kadzidłowe chmury.
To była teraz jej własność. Mogła z nią robić dokładnie to, co chciała. Wypalić za jednym zamachem, aby ujarać się w trzy dupy albo zostawić to sobie na później. Dla siebie samej albo po to, żeby zapalić w czyimś innym towarzystwie. Greengrassowi nie robiło to już zupełnie żadnej różnicy.
Jeśli w tym momencie nie zamierzała więcej korzystać z używek, miał dla niej jednak dosyć średnie wieści: oboje w dalszym ciągu siedzieli w chmurze, a on nie zamierzał przestać popalać. Dwa machy, jakie dotąd pociągnął nie miały być dla niego odczuwalne w jakikolwiek sposób, nawet jako to pierwsze przyjemne wyluzowanie. Potrzebował znacznie więcej niż typowy czarodziej, by cokolwiek poczuć. Kwestia genów, może bycia dużym, może uodpornienia i zbudowania sobie tolerancji albo jeszcze czegoś innego. Najważniejsze, że tak po prostu było. Nie drążył.
Odchylając głowę do tyłu, zaciągnął się skrętem, tym razem trochę dłużej przytrzymując dym w płucach i skupiając się na tym, aby przy wydechu wypuścić coś znacznie bardziej kształtnego niż po prostu siwą chmurę. Jednocześnie wbił wzrok w miejsce, w którym Prudence widziała bociana, starając się rzeczywiście dostrzec tam cokolwiek poza paroma krzywymi mszami.
- Powiedzmy - stwierdził wreszcie, jeszcze bardziej mrużąc oczy i przekrzywiając głowę. - Nie jestem jeszcze aż tak zjarany, mi to bardziej przypomina dziób statku i kawałek żagla - zawyrokował po chwili namysłu, wykonując bliżej nieokreślony ruch palcami trzymającymi dymiącego się skręta. - Chociaż symbol dobrobytu i ochrony też brzmi nieźle. Do podróży nam się nie spieszy - zupełnie celowo pominął najbardziej odruchowo przychodzące na myśl znaczenie bociana, tego raczej żadne z nich nie uwzględniało w swoim życiu, więc mogli przeskoczyć dalej.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down