06.08.2025, 19:07 ✶
Wczesnojesienny, chłodny wiatr poruszał delikatnie firanki w wysokich oknach, kwiaty w donicach pachniały tak samo, jak co roku o tej porze, a niebo nad rezydencją ciotki miało ten sam odcień szarości, który człowiek po trzydziestce po prostu przestaje uważać za odpychający, a zaczyna myśleć o tym, żeby pomalować na niego wszystkie ściany w domu, gdyby nie fakt, że ktoś właśnie zarzygał mi buty, można by to uznać za całkiem miłe popołudnie. Z tym, że takie nie było...
Cisza na tarasie była dziwnie lepka. Przerywana jedynie ćwierkaniem ptaków i odgłosem jej oddechu - płytkiego, niespokojnego, jak gdyby organizm sam nie wiedział, czy chce się już poddać, czy jeszcze nie. Nie zamierzałem mojego początku tego dnia spędzić z Geraldine Yaxley, to był wypadek przy pracy. Byłem na tyle głupi, że akurat byłem pod ręką, powinienem obrócić się na pięcie i odejść, nawet nie rozważając zaoferowania pomocy, ale... Była z Roise’em - teraz już bardzo oficjalnie - a Roise był moim człowiekiem, więc nim się obejrzałem, nadal stałem obok niej, zamiast wrócić do środka.
Geraldine siedziała skulona, spięta w ramionach jak ktoś, kto przed chwilą stracił panowanie nad ciałem i teraz wstydził się, że w ogóle je ma. Nie zamierzałem jej dobijać. Może to kwestia doświadczenia, może wyparcia. Może tego, że kiedyś - dawno temu - miałem do czynienia z podobnym rodzajem upokorzenia. Pamiętałem dobrze, jak moja była żona, stojąc przy burcie, trzymała się za brzuch i płakała, bo nic nie działało - ani eliksiry, ani zaklęcia, ani moje idiotyczne: „Już dobrze, kochanie.” - wtedy jeszcze wierzyłem, że wystarczy być przy kimś, żeby coś zmienić. Gówno prawda, ale byliśmy młodzi, idealistyczni, uciekaliśmy z kraju z myślą, że to nowy początek. Zmieniliśmy nazwiska, zostawiliśmy dawne życie... A potem i tak się wszystko rozpadło. Nowe nazwisko nie zmienia ludzi, zmienia tylko listę tych, którzy mogą cię znaleźć. Teraz byłem kimś innym, albo po prostu bardziej zmęczoną wersją tamtego samego człowieka - najważniejsze, że chyba nie aż takim kutasem.
- Gdy musisz siedzieś na statku dwadzieścia cztely na dobę, dzieląs kajutę z kimś, komu pół nocy tszymasz włosy... Wtedy człowiek naplawdę zaczyna szię zastanawiaś nad decyzjami szyyciowymi. Póśniej mogłoby szię zdawaś, sze wszystko da szię pszeszyś. To... Inelesująso zmienia pelspektywę, aczkolwiek nie polecam. - Mówiłem to spokojnie, bez emocji - z dystansem człowieka, który widział zbyt wiele, by cokolwiek w nim zostało z tamtego idealisty.
Zerknąłem na kobietę kątem oka - była blada, prawie zielona, trzymała się w pionie na siedząco chyba tylko siłą woli, zaciskając usta, jakby miało ją to uchronić przed powrotem tej treściwej ekspresji emocjonalnej na moje pozostałe części garderoby. Westchnąłem - oby tak było.
- Szycie. - Dodałem, bo niby co więcej? Wtedy byłem pełen tych wielkich słów - tych wszystkich idei, w które się pakuje człowiek, zanim jeszcze nauczy się, że żadna klątwa nie działa tak długo, jak skutki własnych głupich decyzji. Myślałem, że uciekamy przed systemem, a to wszystko ma jakiś głębszy sens - wielka ucieczka, nowa tożsamość, inny kraj, inne prawo. Gówno prawda, oczywiście, ale człowiek w tym wieku wierzył w różne rzeczy. A potem się budzisz i okazuje się, że twoja żona nie tylko nie mówi tym samym językiem, co ty, ale też nienawidzi pomidorów w puszce i twoich wszystkich członków rodziny, bez wyjątku, ciebie też. Życie.
Nie spodziewałem się, że coś z tego, co jej dałem do wytarcia twarzy, ją zatrzyma...
Wróciłem po paru minutach - w jednej ręce butelka z wodą, w drugiej czysty ręcznik - szybko dochodząc do wniosku, że nie było lepiej, ale też nie gorzej - Geraldine nadal siedziała nieruchomo, tyle że z listem w rękach i kopertą obok. Otwartą. Papier był porządny, ciężki, nie taki z targu, pismo na papierze - nierozpoznawalne, przynajmniej dla mnie. Nie przywiązywałem uwagi do takich rzeczy - człowiek, który zmienia otoczenie co parę zleceń, nie robiąc sobie bazy stałych klientów, uczy się dystansu do ręki piszącego, bo widzi co najmniej kilka tych samych charakterów pisma, a jednak należących do innych ludzi, ale... Ona wpatrywała się w to tak, jakby widziała coś więcej niż słowa. Pochylała się nad listem, wpatrzona, jakby próbowała ułożyć sobie świat od nowa. Widziałem to spojrzenie - ludzie tak patrzą, kiedy znajdą coś, czego się nie spodziewali, ale w głębi duszy przecież wiedzieli, że to gdzieś tam mogło być. Odchrząknąłem - celowo nie za głośno - wiedziałem, jak chodzę, a nie chciałem jej wystraszyć. Wystarczyło, że wcześniej wywołała swoją osobistą erupcję Wezuwiusza.
- Czyja klątwa tak cię pasjonuje, co? - Rzuciłem luźno, kładąc ręcznik i wodę na stole. Wzruszyłem lekko ramionami, nonszalancko, jak ktoś, kto naprawdę nie wie co się dzieje i - szczerze - nie wiedziałem.
Cisza na tarasie była dziwnie lepka. Przerywana jedynie ćwierkaniem ptaków i odgłosem jej oddechu - płytkiego, niespokojnego, jak gdyby organizm sam nie wiedział, czy chce się już poddać, czy jeszcze nie. Nie zamierzałem mojego początku tego dnia spędzić z Geraldine Yaxley, to był wypadek przy pracy. Byłem na tyle głupi, że akurat byłem pod ręką, powinienem obrócić się na pięcie i odejść, nawet nie rozważając zaoferowania pomocy, ale... Była z Roise’em - teraz już bardzo oficjalnie - a Roise był moim człowiekiem, więc nim się obejrzałem, nadal stałem obok niej, zamiast wrócić do środka.
Geraldine siedziała skulona, spięta w ramionach jak ktoś, kto przed chwilą stracił panowanie nad ciałem i teraz wstydził się, że w ogóle je ma. Nie zamierzałem jej dobijać. Może to kwestia doświadczenia, może wyparcia. Może tego, że kiedyś - dawno temu - miałem do czynienia z podobnym rodzajem upokorzenia. Pamiętałem dobrze, jak moja była żona, stojąc przy burcie, trzymała się za brzuch i płakała, bo nic nie działało - ani eliksiry, ani zaklęcia, ani moje idiotyczne: „Już dobrze, kochanie.” - wtedy jeszcze wierzyłem, że wystarczy być przy kimś, żeby coś zmienić. Gówno prawda, ale byliśmy młodzi, idealistyczni, uciekaliśmy z kraju z myślą, że to nowy początek. Zmieniliśmy nazwiska, zostawiliśmy dawne życie... A potem i tak się wszystko rozpadło. Nowe nazwisko nie zmienia ludzi, zmienia tylko listę tych, którzy mogą cię znaleźć. Teraz byłem kimś innym, albo po prostu bardziej zmęczoną wersją tamtego samego człowieka - najważniejsze, że chyba nie aż takim kutasem.
- Gdy musisz siedzieś na statku dwadzieścia cztely na dobę, dzieląs kajutę z kimś, komu pół nocy tszymasz włosy... Wtedy człowiek naplawdę zaczyna szię zastanawiaś nad decyzjami szyyciowymi. Póśniej mogłoby szię zdawaś, sze wszystko da szię pszeszyś. To... Inelesująso zmienia pelspektywę, aczkolwiek nie polecam. - Mówiłem to spokojnie, bez emocji - z dystansem człowieka, który widział zbyt wiele, by cokolwiek w nim zostało z tamtego idealisty.
Zerknąłem na kobietę kątem oka - była blada, prawie zielona, trzymała się w pionie na siedząco chyba tylko siłą woli, zaciskając usta, jakby miało ją to uchronić przed powrotem tej treściwej ekspresji emocjonalnej na moje pozostałe części garderoby. Westchnąłem - oby tak było.
- Szycie. - Dodałem, bo niby co więcej? Wtedy byłem pełen tych wielkich słów - tych wszystkich idei, w które się pakuje człowiek, zanim jeszcze nauczy się, że żadna klątwa nie działa tak długo, jak skutki własnych głupich decyzji. Myślałem, że uciekamy przed systemem, a to wszystko ma jakiś głębszy sens - wielka ucieczka, nowa tożsamość, inny kraj, inne prawo. Gówno prawda, oczywiście, ale człowiek w tym wieku wierzył w różne rzeczy. A potem się budzisz i okazuje się, że twoja żona nie tylko nie mówi tym samym językiem, co ty, ale też nienawidzi pomidorów w puszce i twoich wszystkich członków rodziny, bez wyjątku, ciebie też. Życie.
•••
Nie spodziewałem się, że coś z tego, co jej dałem do wytarcia twarzy, ją zatrzyma...
Wróciłem po paru minutach - w jednej ręce butelka z wodą, w drugiej czysty ręcznik - szybko dochodząc do wniosku, że nie było lepiej, ale też nie gorzej - Geraldine nadal siedziała nieruchomo, tyle że z listem w rękach i kopertą obok. Otwartą. Papier był porządny, ciężki, nie taki z targu, pismo na papierze - nierozpoznawalne, przynajmniej dla mnie. Nie przywiązywałem uwagi do takich rzeczy - człowiek, który zmienia otoczenie co parę zleceń, nie robiąc sobie bazy stałych klientów, uczy się dystansu do ręki piszącego, bo widzi co najmniej kilka tych samych charakterów pisma, a jednak należących do innych ludzi, ale... Ona wpatrywała się w to tak, jakby widziała coś więcej niż słowa. Pochylała się nad listem, wpatrzona, jakby próbowała ułożyć sobie świat od nowa. Widziałem to spojrzenie - ludzie tak patrzą, kiedy znajdą coś, czego się nie spodziewali, ale w głębi duszy przecież wiedzieli, że to gdzieś tam mogło być. Odchrząknąłem - celowo nie za głośno - wiedziałem, jak chodzę, a nie chciałem jej wystraszyć. Wystarczyło, że wcześniej wywołała swoją osobistą erupcję Wezuwiusza.
- Czyja klątwa tak cię pasjonuje, co? - Rzuciłem luźno, kładąc ręcznik i wodę na stole. Wzruszyłem lekko ramionami, nonszalancko, jak ktoś, kto naprawdę nie wie co się dzieje i - szczerze - nie wiedziałem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)