06.08.2025, 21:18 ✶
Błyskotki były częścią codzienności, przedmiotami użytkowymi i upiękniaczami. Ich obecność zaczynała mieć znaczenie, dopiero, gdy się im je przypisało, bez tego nawet najdroższy szmaragd był bezwartościowy; pieniądze nie były walutą dostrzegalną dla Oleandra, były w jego życiu tak samo jak jedzenie, łóżko, oklaski widowni. Gnał za tym, co było, w jego mniemaniu, nieosiągalne - pragnienie mieszało się z miłością, gdy ręką sięgał ku słońcu i zaciskał dłoń gniotąc puste atomy.
Eliksir kojący skutki wczorajszej nocy szumiał mu w uszach, poruszał zmysły z mozolnością starej, schnącej rzeki w wydrążonym korycie, gdy głos Lorraine otulał go znajomym tembrem. Niektóre słowa raz usłyszane, tonęły w miękkim wodospadzie blond włosów, aby wybić dźwięczność tych istotniejszych; mowa była srebrem, a milczenie złotem, tyle że miał przed sobą żywy dowód przeczący konserwatywnej zasadzie. Cisza zapadała przed burzą, milczenie było oznaką końca, gdy początek opiewało się w biesiadnych krzykach. Oleander mówił, dyktował i pokazywał, wyciągał palec, by wskazać samo słońce, a kończył wydłubując sobie oko, bo to własnie on był centrum układów planetarnych.
Ogarnęło go zirytowanie, gdy ciężki naszyjnik nie opadł w miękką skórę dekoltu, nie dał jednak tego po sobie poznać, oparty o mebel, przesunął wzrokiem w dół, bez wstydu lustrując delikatność zdobień błękitu, otulając talie zielenią bluszczu spojówek i ostatecznie, w powrotnej drodze do głębin spojrzenia, zignorował dobre maniery i zabłądził w meandry przyozdobionych materiałem sukienki ramiona, a potem obojczyki. Utrwalony w żarze wspomnień, chłód porcelanowych ramion, zbrukany aksamitem podkoszulka, który trzymał się na ramieniu tylko na słowo honoru; cienka linia ramiączka odgraniczała od wpadnięcia w rwący nurt rzeki, jak chwiejna barierka mostu zawieszonego nad parkowym zalewem, sadzawką, znad której podziwia się czarne jak noc, zgubione w odbiciu nieba łabędzie.
Oh, Lorraine, wzdychał, zastępując tembr fortepianu skalą swojego własnego gardła. Stłumione wcześniej żądze były teraz na wyciągnięcie ręki, podawały potulnie dłoń satysfakcji i przesuwały paznokciami po liniach mięśni, zupełnie jakby śledziły układ kości słoniowej na klawiaturze instrumentu. Czy kolejna lekcja może trwać dłużej?, pytał, przekornie, spijając kolejne słowa z jej ust i dając przejrzeć się na wylot chłodnemu spojrzeniu, teraz przepełnionym najpiękniejszymi gwiazdozbiorami martwych już bogów. Zachód słońca zwiastował koniec, choć nie wieczny, nie nazbyt długi, bo kolejne spotkanie miało odbyć się niebawem. Wskazówki zegara wydawały się wtedy morderczymi Furiami, goniącymi za linią życia, którą napoić miał tylko kolejny łyk z zakazanego kielicha. Przeciągając wyczekiwanie, odczuwał mocniej i bardziej, kumulujące się uczucie nadchodzącej ekstazy narastało, gdy nauczycielka była w zasięgu ręki i wzroku, a jednocześnie tak daleko; klawisze ślizgały mu się pod palcami, opuszkami naciskał w odpowiedniej kolejności, powtarzał dźwięki, które wyryły mu się w umyśle głosem Lorraine, jej dotykiem, zapachem i smakiem. Grając czuł się, jakby siedzieli znów w pokoju muzycznym, w Kornwalii, z szumem oceanu na wyciągnięcie ręki. Burzowe niebo znajdujące się po basowej stronie klawiatury stało się ukojeniem, gdy pewnego razu, lekcja przedłużyła się aż do jutrzenki.
Lorraine, nie chciałabyś zostać na kolację? Okropnie pada, zapytała któregoś razu Beatrycze, doskonale wiedząc, że Panna Malfoy mogłaby znaleźć się w suchym miejscu bez wyściubiania nosa na letnią ulewę. Zaakceptowane zaproszenie wydało się zaskoczeniem nawet dla samej Pani Crouch, choć definitywnie pozytywnym. Znał wszystkie zakamarki rezydencji, tajemne przejścia i sekrety, przekazywane z dziada pradziada; dokładał swoją cegiełkę do wiekowych murów, zamykał westchnienia w fundamentach i kolejne oddechy zaklejał zdobną boazerią. Czymże była jedna nieprzespana noc w wodospadzie tych, które miały dręczyć bezsennością z powodów nawet nie bliskich przyjemności? Deszcz igrał z witrażami okien przedsionka, gdy cały dom wydawał się spowity w ciszy północy księżyca w nowiu, obdartego z pozorów, pozbawionego swej pełni przez zachłanność łyżek o ciężkości srebra.
Zmrużył oczy, ulegając kuszeniu. Nie myśląc nawet dwa razy czy powinien, ot tonąc w przyjemności rekolekcji, z których wyciągnął więcej lekcji, niż tylko te czysto muzyczne, wziął naszyjnik w dłoń i podszedł do kobiety. Odpiął łańcuszek ze gracją profesjonalisty i przechwycił go. W znajomym ruchu, pochylił się nad jej ramieniem, lokami łaskocząc policzki i sprawiając, że ciężki materiał okalający szmaragdy, tym razem opadł na dekolt, dotykając biżuteryjnym chłodem skóry, jednocześnie pilnując, by ich skóra nie spotkała się w ogóle. Od samej bliskości przeszedł go przyjemny dreszcz, choć nie zamierzał podążać tą ścieżką, tak przeciągnął moment zapinania naszyjnika, jak tylko mógł. Znajomy zapach ukoił poszargane zmysły, pozwolił zatonąć w cieple promieni słonecznych padających na plecy.
- Długo go nie nosiłem, możesz go wziąć. To prezent, tak właściwie, przykro mi, nie ma już odwrotu. Zieleń bardzo dobrze na tobie leży - powiedziawszy, wziął krok do tyłu, zaraz znów znajdując się przed Lorraine, coby podziwiać ukoronowanie jej piękna. Wyciągnął rękę, aby wręczyć jej srebrny łańcuszek, którego lekkość zastąpił błyskiem szmaragdów.
- A co do twoich słów, tak, oczywiście, że tęskniłem, ale to przecież już wiesz, inaczej by cię tu nie było - zaświergotał i przeszedł do ustawionych na stoliku, owleczonych w ozdobne materiały, prezentów. Usadowił się na miękkości włosia dywanu i spoglądał na nią z dołu.
- Nie chciałem sprawiać Ci przykrości, cóż to za przyjemność, chłonąć muzykę ze słów nakreślonych na pergaminie? Następnym razem powinnaś się ze mną wybrać, Wiedeń jest taki nudny, gdy nie ma się dobrego towarzystwa. Przepiękne, ale puste miasto. Budapeszt miał sobą o wiele więcej do powiedzenia, prawdopodobnie, dlatego właśnie grałem Liszta, a nie Beethovena, bez urazy dla tego drugiego. Włochy swoich krajobrazem zbyt mocno przypominały mi o ciepłych nocach w Kornwalii, nie chciałem takich uczuć, więc odetchnąłem, gdy policzków dotknęły drobinki piasku marokańskich pustyń - choć początkowy entuzjazm go nie opuścił, tak słowa wydawały się składniejsze, zupełnie jakby powitał ją słoneczną kompozycją Chopina, a teraz obdarzał religijnym utworem Bacha, zagranym na pianinie, niezbyt, więc wymyślnym, nawet jeżeli Barokowym.
- Białe marmury Casablanki pozostawiły we mnie nic innego, jak głód, ale dzięki temu mogłem przywieźć najważniejszy przedmiot, bo ten, który dzisiaj ci wręcze- przesunął największe pudło w stronę Lorraine, biorąc w dłoń kolejny prezent - Szafszawan był jak stąpanie po tafli najczystszych z rzek bądź jezior, odcień błękitu, choć intensywniejszy niż twoje oczy, niczym nie mógł równać się ze spojrzeniem - kontynuując położył mniejszy z pakunków na tym największym - Mozaiki Sali postanowiłem zapisać dla ciebie własnoręcznie, nie tylko w muzyce - dołączył do dwóch pakunek trzeci, średniej wielkości i na tym zakończył, spoglądając na Lorraine w wyczekiwaniu, na chwilę nawet zrobił pauzę w mówieniu, pozwalając, by dźwięk rozkładających się na stole jadalnianym zastawy, był jedynymi wibracjami w przestronnym mieszkaniu.
Oparł się o dół kanapy, pozwalając by loki rozsypały się po jej materiale. Spojrzeniem wciąż podążał za Malfoy, z tęsknotą, która zapełniała się z sekundy, na sekundę; nie lubił być daleko od tych, których kochał.
- W swojej rozpaczy dopytywałem, czy Jamal pogrzebałby mnie w pięknym miejscu, czy trumną byłby witraż? Aby wszyscy, nawet po śmierci, mogli na mnie patrzeć - uśmiechnął się, choć jego ton wcale nie był radosny, scalał się ze smutkiem szarych, deszczowych dni w stolicy Anglii, które teraz zdawały się tak odległe, gdy Lorraine była przed nim, prezentowała się, okalana promieniami sierpniowego słońca, jakby czas nie miał znaczenia, a oni wciąż zawieszeni byli w letniej przerwie od nauki w Hogwarcie.
- Byłem w Maroku, aby odgonić pożądanie, sięganie po kolejne kwiaty, do których nie mam prawa, nawet jeżeli bardzo chcę, strawić smutek, pogrzebaną wieloletnią relację, która postanowiła wstać z grobu, mimo wbicia nagrobka głęboko w mokrą ziemię. Jamal to kolejny, bogaty człowiek, który dając ludziom wszysto, zaspokaja swój głód, a przynajmniej tka mu się wydaje, bo przecież takowy może tylko rosnąć? - parsknął pod nosem, jakby zniesmaczony swoją własną pychą, a przecież wydawało się to niemozliwe... Prawdopodobnie dlatego było tak teatralne, może nie przećwiczone, ale podejrzanie poetyckie.
- W oazach Tinghiru spadły na mnie krople wyznania, stałem się bóstwem i dla Jamala, mecenasa sztuki, i też wielu innych. Kolorowe łaźnie odsłaniają wiele, a ozdobione meandrami wzorów materiały przewieszone w sklepionych minaretami pomieszczeniach, zasłaniają swąd wonnych kadzideł, truchła nadgryzionych jabłek. Wydawało mi się, że potrzebowałem uwagi, nie, ja naprawdę jej potrzebowałem, ale okazało się, że jeżeli nie dostaję jej od tej jednej, jedynej osoby, nawet cały zastęp wiernych, wyznających cię jak bóstwo osób nie zastąpi tego uczucia. Wciąż wyżerał mnie okropny głód, mimo wgryzania się w jabłka Jamala, z jabłoni, które posadził w świętym miejscu, z dostepem tylko dla tych którzy sa godni, cokolwiek to znaczy, Lorraine. W jednym z tych prezentów jest też seria listów, którą chciałem ci wysłac, ale tego nie zrobiłem. Nie wiedziałem jak się czuć, dlatego komponowałem, oddawałem się cielesnym uciechom et cetra, et cetra ... - poruszył palcem rytmicznie, jakby pokazując 'następstwa' swoich uczuć, wymachując kończyną w powietrzu.
Przymknął oczy, czując, że znów zaczyna mu się robić niedobrze. W uchylonej sypialni cień padł na ogromny fresk wiszący nad baldachimem łóżka, niczym omen. Materiał odpierał atak z niebios, czego nie można było powiedzieć o spadającym Lucyferze. Mitologie różnych religii nie były Oleandrowi obce, nawet jeżeli takowe były wyznawane przez mugoli. uważał, że ich 'rodzaj' nie powinien przywłaszczać sobie żadnej wiary, zwłaszcza jeżeli łączyło się to ze sztuką.
- Delacroix, tak? Jak najbardziej. Wybacz, jeżeli o tym też nie wspomniałem. Miałem w głowie zbyt dużo niespełnionej miłości do Twojego kuzyna. Nie, nie Baldwina, choć rozmawiamy o obrazach, ale to wciąż pozostajemy w temacie - pierwszy raz od początku rozmowy, ściszył głos do pomrukiwania, tak, że poza pokojem, w którym siedzieli, nie dałoby się usłyszeć, że mówił cokolwiek.
Eliksir kojący skutki wczorajszej nocy szumiał mu w uszach, poruszał zmysły z mozolnością starej, schnącej rzeki w wydrążonym korycie, gdy głos Lorraine otulał go znajomym tembrem. Niektóre słowa raz usłyszane, tonęły w miękkim wodospadzie blond włosów, aby wybić dźwięczność tych istotniejszych; mowa była srebrem, a milczenie złotem, tyle że miał przed sobą żywy dowód przeczący konserwatywnej zasadzie. Cisza zapadała przed burzą, milczenie było oznaką końca, gdy początek opiewało się w biesiadnych krzykach. Oleander mówił, dyktował i pokazywał, wyciągał palec, by wskazać samo słońce, a kończył wydłubując sobie oko, bo to własnie on był centrum układów planetarnych.
Ogarnęło go zirytowanie, gdy ciężki naszyjnik nie opadł w miękką skórę dekoltu, nie dał jednak tego po sobie poznać, oparty o mebel, przesunął wzrokiem w dół, bez wstydu lustrując delikatność zdobień błękitu, otulając talie zielenią bluszczu spojówek i ostatecznie, w powrotnej drodze do głębin spojrzenia, zignorował dobre maniery i zabłądził w meandry przyozdobionych materiałem sukienki ramiona, a potem obojczyki. Utrwalony w żarze wspomnień, chłód porcelanowych ramion, zbrukany aksamitem podkoszulka, który trzymał się na ramieniu tylko na słowo honoru; cienka linia ramiączka odgraniczała od wpadnięcia w rwący nurt rzeki, jak chwiejna barierka mostu zawieszonego nad parkowym zalewem, sadzawką, znad której podziwia się czarne jak noc, zgubione w odbiciu nieba łabędzie.
Oh, Lorraine, wzdychał, zastępując tembr fortepianu skalą swojego własnego gardła. Stłumione wcześniej żądze były teraz na wyciągnięcie ręki, podawały potulnie dłoń satysfakcji i przesuwały paznokciami po liniach mięśni, zupełnie jakby śledziły układ kości słoniowej na klawiaturze instrumentu. Czy kolejna lekcja może trwać dłużej?, pytał, przekornie, spijając kolejne słowa z jej ust i dając przejrzeć się na wylot chłodnemu spojrzeniu, teraz przepełnionym najpiękniejszymi gwiazdozbiorami martwych już bogów. Zachód słońca zwiastował koniec, choć nie wieczny, nie nazbyt długi, bo kolejne spotkanie miało odbyć się niebawem. Wskazówki zegara wydawały się wtedy morderczymi Furiami, goniącymi za linią życia, którą napoić miał tylko kolejny łyk z zakazanego kielicha. Przeciągając wyczekiwanie, odczuwał mocniej i bardziej, kumulujące się uczucie nadchodzącej ekstazy narastało, gdy nauczycielka była w zasięgu ręki i wzroku, a jednocześnie tak daleko; klawisze ślizgały mu się pod palcami, opuszkami naciskał w odpowiedniej kolejności, powtarzał dźwięki, które wyryły mu się w umyśle głosem Lorraine, jej dotykiem, zapachem i smakiem. Grając czuł się, jakby siedzieli znów w pokoju muzycznym, w Kornwalii, z szumem oceanu na wyciągnięcie ręki. Burzowe niebo znajdujące się po basowej stronie klawiatury stało się ukojeniem, gdy pewnego razu, lekcja przedłużyła się aż do jutrzenki.
Lorraine, nie chciałabyś zostać na kolację? Okropnie pada, zapytała któregoś razu Beatrycze, doskonale wiedząc, że Panna Malfoy mogłaby znaleźć się w suchym miejscu bez wyściubiania nosa na letnią ulewę. Zaakceptowane zaproszenie wydało się zaskoczeniem nawet dla samej Pani Crouch, choć definitywnie pozytywnym. Znał wszystkie zakamarki rezydencji, tajemne przejścia i sekrety, przekazywane z dziada pradziada; dokładał swoją cegiełkę do wiekowych murów, zamykał westchnienia w fundamentach i kolejne oddechy zaklejał zdobną boazerią. Czymże była jedna nieprzespana noc w wodospadzie tych, które miały dręczyć bezsennością z powodów nawet nie bliskich przyjemności? Deszcz igrał z witrażami okien przedsionka, gdy cały dom wydawał się spowity w ciszy północy księżyca w nowiu, obdartego z pozorów, pozbawionego swej pełni przez zachłanność łyżek o ciężkości srebra.
Zmrużył oczy, ulegając kuszeniu. Nie myśląc nawet dwa razy czy powinien, ot tonąc w przyjemności rekolekcji, z których wyciągnął więcej lekcji, niż tylko te czysto muzyczne, wziął naszyjnik w dłoń i podszedł do kobiety. Odpiął łańcuszek ze gracją profesjonalisty i przechwycił go. W znajomym ruchu, pochylił się nad jej ramieniem, lokami łaskocząc policzki i sprawiając, że ciężki materiał okalający szmaragdy, tym razem opadł na dekolt, dotykając biżuteryjnym chłodem skóry, jednocześnie pilnując, by ich skóra nie spotkała się w ogóle. Od samej bliskości przeszedł go przyjemny dreszcz, choć nie zamierzał podążać tą ścieżką, tak przeciągnął moment zapinania naszyjnika, jak tylko mógł. Znajomy zapach ukoił poszargane zmysły, pozwolił zatonąć w cieple promieni słonecznych padających na plecy.
- Długo go nie nosiłem, możesz go wziąć. To prezent, tak właściwie, przykro mi, nie ma już odwrotu. Zieleń bardzo dobrze na tobie leży - powiedziawszy, wziął krok do tyłu, zaraz znów znajdując się przed Lorraine, coby podziwiać ukoronowanie jej piękna. Wyciągnął rękę, aby wręczyć jej srebrny łańcuszek, którego lekkość zastąpił błyskiem szmaragdów.
- A co do twoich słów, tak, oczywiście, że tęskniłem, ale to przecież już wiesz, inaczej by cię tu nie było - zaświergotał i przeszedł do ustawionych na stoliku, owleczonych w ozdobne materiały, prezentów. Usadowił się na miękkości włosia dywanu i spoglądał na nią z dołu.
- Nie chciałem sprawiać Ci przykrości, cóż to za przyjemność, chłonąć muzykę ze słów nakreślonych na pergaminie? Następnym razem powinnaś się ze mną wybrać, Wiedeń jest taki nudny, gdy nie ma się dobrego towarzystwa. Przepiękne, ale puste miasto. Budapeszt miał sobą o wiele więcej do powiedzenia, prawdopodobnie, dlatego właśnie grałem Liszta, a nie Beethovena, bez urazy dla tego drugiego. Włochy swoich krajobrazem zbyt mocno przypominały mi o ciepłych nocach w Kornwalii, nie chciałem takich uczuć, więc odetchnąłem, gdy policzków dotknęły drobinki piasku marokańskich pustyń - choć początkowy entuzjazm go nie opuścił, tak słowa wydawały się składniejsze, zupełnie jakby powitał ją słoneczną kompozycją Chopina, a teraz obdarzał religijnym utworem Bacha, zagranym na pianinie, niezbyt, więc wymyślnym, nawet jeżeli Barokowym.
- Białe marmury Casablanki pozostawiły we mnie nic innego, jak głód, ale dzięki temu mogłem przywieźć najważniejszy przedmiot, bo ten, który dzisiaj ci wręcze- przesunął największe pudło w stronę Lorraine, biorąc w dłoń kolejny prezent - Szafszawan był jak stąpanie po tafli najczystszych z rzek bądź jezior, odcień błękitu, choć intensywniejszy niż twoje oczy, niczym nie mógł równać się ze spojrzeniem - kontynuując położył mniejszy z pakunków na tym największym - Mozaiki Sali postanowiłem zapisać dla ciebie własnoręcznie, nie tylko w muzyce - dołączył do dwóch pakunek trzeci, średniej wielkości i na tym zakończył, spoglądając na Lorraine w wyczekiwaniu, na chwilę nawet zrobił pauzę w mówieniu, pozwalając, by dźwięk rozkładających się na stole jadalnianym zastawy, był jedynymi wibracjami w przestronnym mieszkaniu.
Oparł się o dół kanapy, pozwalając by loki rozsypały się po jej materiale. Spojrzeniem wciąż podążał za Malfoy, z tęsknotą, która zapełniała się z sekundy, na sekundę; nie lubił być daleko od tych, których kochał.
- W swojej rozpaczy dopytywałem, czy Jamal pogrzebałby mnie w pięknym miejscu, czy trumną byłby witraż? Aby wszyscy, nawet po śmierci, mogli na mnie patrzeć - uśmiechnął się, choć jego ton wcale nie był radosny, scalał się ze smutkiem szarych, deszczowych dni w stolicy Anglii, które teraz zdawały się tak odległe, gdy Lorraine była przed nim, prezentowała się, okalana promieniami sierpniowego słońca, jakby czas nie miał znaczenia, a oni wciąż zawieszeni byli w letniej przerwie od nauki w Hogwarcie.
- Byłem w Maroku, aby odgonić pożądanie, sięganie po kolejne kwiaty, do których nie mam prawa, nawet jeżeli bardzo chcę, strawić smutek, pogrzebaną wieloletnią relację, która postanowiła wstać z grobu, mimo wbicia nagrobka głęboko w mokrą ziemię. Jamal to kolejny, bogaty człowiek, który dając ludziom wszysto, zaspokaja swój głód, a przynajmniej tka mu się wydaje, bo przecież takowy może tylko rosnąć? - parsknął pod nosem, jakby zniesmaczony swoją własną pychą, a przecież wydawało się to niemozliwe... Prawdopodobnie dlatego było tak teatralne, może nie przećwiczone, ale podejrzanie poetyckie.
- W oazach Tinghiru spadły na mnie krople wyznania, stałem się bóstwem i dla Jamala, mecenasa sztuki, i też wielu innych. Kolorowe łaźnie odsłaniają wiele, a ozdobione meandrami wzorów materiały przewieszone w sklepionych minaretami pomieszczeniach, zasłaniają swąd wonnych kadzideł, truchła nadgryzionych jabłek. Wydawało mi się, że potrzebowałem uwagi, nie, ja naprawdę jej potrzebowałem, ale okazało się, że jeżeli nie dostaję jej od tej jednej, jedynej osoby, nawet cały zastęp wiernych, wyznających cię jak bóstwo osób nie zastąpi tego uczucia. Wciąż wyżerał mnie okropny głód, mimo wgryzania się w jabłka Jamala, z jabłoni, które posadził w świętym miejscu, z dostepem tylko dla tych którzy sa godni, cokolwiek to znaczy, Lorraine. W jednym z tych prezentów jest też seria listów, którą chciałem ci wysłac, ale tego nie zrobiłem. Nie wiedziałem jak się czuć, dlatego komponowałem, oddawałem się cielesnym uciechom et cetra, et cetra ... - poruszył palcem rytmicznie, jakby pokazując 'następstwa' swoich uczuć, wymachując kończyną w powietrzu.
Przymknął oczy, czując, że znów zaczyna mu się robić niedobrze. W uchylonej sypialni cień padł na ogromny fresk wiszący nad baldachimem łóżka, niczym omen. Materiał odpierał atak z niebios, czego nie można było powiedzieć o spadającym Lucyferze. Mitologie różnych religii nie były Oleandrowi obce, nawet jeżeli takowe były wyznawane przez mugoli. uważał, że ich 'rodzaj' nie powinien przywłaszczać sobie żadnej wiary, zwłaszcza jeżeli łączyło się to ze sztuką.
- Delacroix, tak? Jak najbardziej. Wybacz, jeżeli o tym też nie wspomniałem. Miałem w głowie zbyt dużo niespełnionej miłości do Twojego kuzyna. Nie, nie Baldwina, choć rozmawiamy o obrazach, ale to wciąż pozostajemy w temacie - pierwszy raz od początku rozmowy, ściszył głos do pomrukiwania, tak, że poza pokojem, w którym siedzieli, nie dałoby się usłyszeć, że mówił cokolwiek.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦