06.08.2025, 22:17 ✶
Zupełnie nie wiedziałem, jak mam się zachować - stałem z rękami zwisającymi wzdłuż ciała, jak idiota, jak ktoś, kto znalazł się w sytuacji, w której absolutnie nie powinien się znaleźć, a mimo to nie miał dokąd iść. Może właśnie w tym był problem - że nie mogłem się wycofać, chociaż bardzo chciałem. Czułem się trochę tak, jakbym właśnie trafił na pole minowe - z tą różnicą, że nie było żadnej mapy, żadnych zasad, żadnej logiki, tylko cisza, przerywana nagłym, duszącym szlochem.
Nigdy nie byłem ekspertem od uczuć. Cudze, moje - wszystko wrzucałem do jednego worka z napisem „kłopotliwe” i omijałem ten worek szerokim łukiem. Nie miałem żadnego doświadczenia w radzeniu sobie z cudzymi emocjami, z własnymi też zresztą nie, nikt mnie nie uczył, co robić, gdy ktoś obok się rozpada - w moim domu takich rzeczy się nie mówiło, nie przepraszało za złość, nie wyjaśniało łez. Emocje były czymś, co się tłumi - trzyma się na smyczy, a jeśli się nie dało - to lepiej było się nie pokazywać.
Ludzie mówili, że jestem z kamienia, nie myślę o innych, mam wyjebane w ich dramaty i nie umiem być wsparciem nawet dla tych, których podobno powinienem kochać... Zwykle im nie zaprzeczałem - nie miałem potrzeby. Po co? Działałem, jak działałem, i może coś w tym było, bo zawsze łatwiej było wycofać się o krok, udawać, że nie widzę, że mnie to nie dotyczy - ale teraz? Teraz nie miałem tej opcji.
Normalnie bym odszedł, zostawiłbym ją samą, dał czas, pozwolił jej się pozbierać, nie patrząc. Uszanowałbym wstyd, który zawsze przychodzi po takim załamaniu, tę potrzebę pozbierania się w samotności, ale teraz nie mogłem - coś mi mówiło, że to nie była jedna z tych sytuacji, które można przemilczeć i przeczekać, a jeśli odejdę, to będzie gorzej. Może nie dla mnie, ale dla niej... A przecież, cholera, nie mieliśmy relacji, nie przyjaźniliśmy się, nie rozmawialiśmy prywatnie, chyba że wymagała tego sytuacja. Nasze kontakty były powierzchowne, czasem oschłe - już nie wrogość, ale... Dystans. Czasem miałem wrażenie, że każde z nas widziało w drugim coś, co budziło niechęć. Mimo to nie potrafiłem jej zostawić - nie tak.
List - to musiało być coś w liście. Cokolwiek tam przeczytała, rozwaliło ją kompletnie. Kartka, którą trzymała w ręce, była zgnieciona niemal do granic możliwości. Nie wypuszczała jej, jakby to był jedyny fizyczny dowód na to, co się wydarzyło, albo kotwica, żeby całkiem nie odpłynęła, a i tak Geraldine zrobiła się mała. Zrobiła się taka mała. Mniejsza niż ją znałem, tak cholernie krucha, że przez ułamek sekundy poczułem, jakby coś zacisnęło mi się wokół klatki piersiowej - nie litość, nie współczucie - raczej świadomość, że nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Nie wiedziałem, co się stało, nie miałem jak się dowiedzieć - prawdę mówiąc - nie sądziłem, żebym miał do tego prawo. Podciągnęła kolana, jakby chciała wcisnąć się sama w siebie, zniknąć, a potem przyszło to jedno westchnienie - krótkie, urwane - które pękło jak niemy krzyk, a za nim cała lawina...
Czułem się, jak dzieciak, który właśnie znalazł zranionego psa i nie wiedział, czy mógł go dotknąć. Nie pytałem, co się stało - to byłby idiotyzm. Nie mówiłem, że „będzie dobrze”. Nie powiedziałem „uspokój się”. Nie powiedziałem nic - podszedłem nieporadnie, każdy mój krok ważył więcej niż powinien. Przysiadłem obok, zachowując kilka centymetrów przestrzeni - przynajmniej na początku. Chciałem coś powiedzieć, coś sensownego, może: "Nie musisz nic mówić." albo: "Po prostu posiedzę, ok?", ale nic nie opuściło moich ust. Siedziałem, słuchając jej płaczu - nie dramatycznego, nie krzykliwego - to był ten rodzaj szlochu, który najbardziej poruszał... Głuchy, niemiarowy, jak gdyby coś próbowało się wyrwać z ciała, ale nie miało siły.
Nie wytrzymałem...
Nie dlatego, że miałem dość - tylko dlatego, że nie mogłem patrzeć, jak się rozpadała. Nawet jeśli nie byliśmy sobie bliscy i między nami nie było nic, poza uprzejmą niechęcią, podniosłem ramię. Powoli... Przez chwilę zawahałem się, zatrzymałem się w pół ruchu, ale potem po prostu to zrobiłem - położyłem dłoń na jej ramieniu. Zacisnąłem palce delikatnie, nie wiedząc, czy to w ogóle cokolwiek znaczyło... A potem, bez pytania, bez pozwolenia - po prostu pociągnąłem ją do siebie. Nie mocno, nie gwałtownie, ale jakby to było coś naturalnego - jakbyśmy znali się lepiej, niż się znaliśmy. Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc nie mówiłem nic, tylko objąłem ją ostrożnie ramieniem, tak jak się obejmowało kogoś, kto może się rozpaść, jeśli tylko zrobisz coś nie tak.
I, kurwa, tyle.
Nie było żadnej magii w tym geście, nie było bliskości, która coś zmieniała. Była bezradność. Nie lubiliśmy się, w każdym razie nie było między nami niczego, co można by nazwać sympatią - drażniła mnie, nie byliśmy dla siebie ludźmi, z którymi zostawało się w takich chwilach, a jednak... Nie było nikogo innego. Ambroise był poza rezydencją. Ursula gdzieś zniknęła, może w ogrodzie, może w oranżerii, nie miałem pojęcia. Nie mogłem też zostawić Geraldine samej, szukając pomocy, nie w takim stanie. Z tym całym moim brakiem kompetencji emocjonalnych, byłem jedyną osobą, kurwa, nie było kogo innego...
Nigdy nie byłem ekspertem od uczuć. Cudze, moje - wszystko wrzucałem do jednego worka z napisem „kłopotliwe” i omijałem ten worek szerokim łukiem. Nie miałem żadnego doświadczenia w radzeniu sobie z cudzymi emocjami, z własnymi też zresztą nie, nikt mnie nie uczył, co robić, gdy ktoś obok się rozpada - w moim domu takich rzeczy się nie mówiło, nie przepraszało za złość, nie wyjaśniało łez. Emocje były czymś, co się tłumi - trzyma się na smyczy, a jeśli się nie dało - to lepiej było się nie pokazywać.
Ludzie mówili, że jestem z kamienia, nie myślę o innych, mam wyjebane w ich dramaty i nie umiem być wsparciem nawet dla tych, których podobno powinienem kochać... Zwykle im nie zaprzeczałem - nie miałem potrzeby. Po co? Działałem, jak działałem, i może coś w tym było, bo zawsze łatwiej było wycofać się o krok, udawać, że nie widzę, że mnie to nie dotyczy - ale teraz? Teraz nie miałem tej opcji.
Normalnie bym odszedł, zostawiłbym ją samą, dał czas, pozwolił jej się pozbierać, nie patrząc. Uszanowałbym wstyd, który zawsze przychodzi po takim załamaniu, tę potrzebę pozbierania się w samotności, ale teraz nie mogłem - coś mi mówiło, że to nie była jedna z tych sytuacji, które można przemilczeć i przeczekać, a jeśli odejdę, to będzie gorzej. Może nie dla mnie, ale dla niej... A przecież, cholera, nie mieliśmy relacji, nie przyjaźniliśmy się, nie rozmawialiśmy prywatnie, chyba że wymagała tego sytuacja. Nasze kontakty były powierzchowne, czasem oschłe - już nie wrogość, ale... Dystans. Czasem miałem wrażenie, że każde z nas widziało w drugim coś, co budziło niechęć. Mimo to nie potrafiłem jej zostawić - nie tak.
List - to musiało być coś w liście. Cokolwiek tam przeczytała, rozwaliło ją kompletnie. Kartka, którą trzymała w ręce, była zgnieciona niemal do granic możliwości. Nie wypuszczała jej, jakby to był jedyny fizyczny dowód na to, co się wydarzyło, albo kotwica, żeby całkiem nie odpłynęła, a i tak Geraldine zrobiła się mała. Zrobiła się taka mała. Mniejsza niż ją znałem, tak cholernie krucha, że przez ułamek sekundy poczułem, jakby coś zacisnęło mi się wokół klatki piersiowej - nie litość, nie współczucie - raczej świadomość, że nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Nie wiedziałem, co się stało, nie miałem jak się dowiedzieć - prawdę mówiąc - nie sądziłem, żebym miał do tego prawo. Podciągnęła kolana, jakby chciała wcisnąć się sama w siebie, zniknąć, a potem przyszło to jedno westchnienie - krótkie, urwane - które pękło jak niemy krzyk, a za nim cała lawina...
Czułem się, jak dzieciak, który właśnie znalazł zranionego psa i nie wiedział, czy mógł go dotknąć. Nie pytałem, co się stało - to byłby idiotyzm. Nie mówiłem, że „będzie dobrze”. Nie powiedziałem „uspokój się”. Nie powiedziałem nic - podszedłem nieporadnie, każdy mój krok ważył więcej niż powinien. Przysiadłem obok, zachowując kilka centymetrów przestrzeni - przynajmniej na początku. Chciałem coś powiedzieć, coś sensownego, może: "Nie musisz nic mówić." albo: "Po prostu posiedzę, ok?", ale nic nie opuściło moich ust. Siedziałem, słuchając jej płaczu - nie dramatycznego, nie krzykliwego - to był ten rodzaj szlochu, który najbardziej poruszał... Głuchy, niemiarowy, jak gdyby coś próbowało się wyrwać z ciała, ale nie miało siły.
Nie wytrzymałem...
Nie dlatego, że miałem dość - tylko dlatego, że nie mogłem patrzeć, jak się rozpadała. Nawet jeśli nie byliśmy sobie bliscy i między nami nie było nic, poza uprzejmą niechęcią, podniosłem ramię. Powoli... Przez chwilę zawahałem się, zatrzymałem się w pół ruchu, ale potem po prostu to zrobiłem - położyłem dłoń na jej ramieniu. Zacisnąłem palce delikatnie, nie wiedząc, czy to w ogóle cokolwiek znaczyło... A potem, bez pytania, bez pozwolenia - po prostu pociągnąłem ją do siebie. Nie mocno, nie gwałtownie, ale jakby to było coś naturalnego - jakbyśmy znali się lepiej, niż się znaliśmy. Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc nie mówiłem nic, tylko objąłem ją ostrożnie ramieniem, tak jak się obejmowało kogoś, kto może się rozpaść, jeśli tylko zrobisz coś nie tak.
I, kurwa, tyle.
Nie było żadnej magii w tym geście, nie było bliskości, która coś zmieniała. Była bezradność. Nie lubiliśmy się, w każdym razie nie było między nami niczego, co można by nazwać sympatią - drażniła mnie, nie byliśmy dla siebie ludźmi, z którymi zostawało się w takich chwilach, a jednak... Nie było nikogo innego. Ambroise był poza rezydencją. Ursula gdzieś zniknęła, może w ogrodzie, może w oranżerii, nie miałem pojęcia. Nie mogłem też zostawić Geraldine samej, szukając pomocy, nie w takim stanie. Z tym całym moim brakiem kompetencji emocjonalnych, byłem jedyną osobą, kurwa, nie było kogo innego...
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)