06.08.2025, 22:27 ✶
Miejscu wypranym z godności.
Gdyby Basilius miał nieco więcej sił na złośliwości zapewne powiedziałby, że tak właśnie był w miejscu wypranym z godności i tym miejscem było morze.
Wolał jednak po pierwsze, nie irytować jedynej osoby, która mogła obecnie zabrać go z tego koszmaru, a po drugie skupić się na fakcie, że był na MORZU.
Zabawne jak w tej sytuacji ból głowy był tylko niewielką niedogodnością.
– Tak, rzeczywiście, śmierć na trzeźwo nie byłaby w takim momencie najlepszym rozwiązaniem – wymamrotał nieco niewyraźnie, blednąc jeszcze bardziej. Swoboda tonu w jakim Flint właśnie opowiadał o byciu samemu na środku oceanu, stanowiła obecnie dla niego zagadkę jeszcze większą niż znalezienie sposobu na klątwę Maledictusa. A może to też była jakaś klątwa rodziny Flint? Czy ktoś ich w ogóle badał na tę okoliczność? Basilius uważał, że chyba by wypadało, bo czym innym było tolerowanie morza, a czym innym pakowanie się na jego środek w kurwa głupiej łodzi.
Zerknął na kota i uśmiechnął się słabo, próbując ignorować myśl, że najwyraźniej nawet kot potrafiły nie bać się wody.
A potem dostał wiadro i w tym właśnie momencie Prewett zrozumiał, że musiał się jednak przyznać koledze ze szkoły do własnego lęku, bo chyba inaczej nie dadzą rady.
Wiadro...
Dostał najczytsze[/i] wiadro.
Chyba po to, aby walnąć się w nim głowę na tyle mocno, by stracić przytomność i obudzić się już w porcie.
– Flint... – powiedział zaskakująco poważnie i spokojnie, jak na kogoś, kto coraz mocniej zaczynał wierzyć, że zaraz utonie. – Nie potrzebuje wiadra. – Oby. – Potrzebuje być na lądzie. Mam... Odczuwam mocny dyskomfort przez bycie na wodzie i...
List? Byli tak daleko, że powinien wysłać list? Ile? Jak daleko? Jak długo będzie musiał tutaj siedzieć. Przecież... Każda minutą mogła oznaczać, że zaraz zatoną. Nie. Nie, nie. Może... Może się teleportuje. Albo...
– Jak daleko jesteśmy od portu? – wydusił siebie zdecydowanie mniej spokojnie, niż chwilę wcześniej.
Musiał się stąd jakoś wydostać. Musiał uciekać. Nigdzie nie było możliwości ucieczki. Byli pozostawienie sami morzu. Umrą. Utoną. Coś się stanie. Chciał pobiec do środka, ale nogi miał jak z waty. Jeśli się ruszy to zapewne wypadnie z burty. Jeśli nie to też. Tu nie było dobrego rozwiązania.
Gdyby Basilius miał nieco więcej sił na złośliwości zapewne powiedziałby, że tak właśnie był w miejscu wypranym z godności i tym miejscem było morze.
Wolał jednak po pierwsze, nie irytować jedynej osoby, która mogła obecnie zabrać go z tego koszmaru, a po drugie skupić się na fakcie, że był na MORZU.
Zabawne jak w tej sytuacji ból głowy był tylko niewielką niedogodnością.
– Tak, rzeczywiście, śmierć na trzeźwo nie byłaby w takim momencie najlepszym rozwiązaniem – wymamrotał nieco niewyraźnie, blednąc jeszcze bardziej. Swoboda tonu w jakim Flint właśnie opowiadał o byciu samemu na środku oceanu, stanowiła obecnie dla niego zagadkę jeszcze większą niż znalezienie sposobu na klątwę Maledictusa. A może to też była jakaś klątwa rodziny Flint? Czy ktoś ich w ogóle badał na tę okoliczność? Basilius uważał, że chyba by wypadało, bo czym innym było tolerowanie morza, a czym innym pakowanie się na jego środek w kurwa głupiej łodzi.
Zerknął na kota i uśmiechnął się słabo, próbując ignorować myśl, że najwyraźniej nawet kot potrafiły nie bać się wody.
A potem dostał wiadro i w tym właśnie momencie Prewett zrozumiał, że musiał się jednak przyznać koledze ze szkoły do własnego lęku, bo chyba inaczej nie dadzą rady.
Wiadro...
Dostał najczytsze[/i] wiadro.
Chyba po to, aby walnąć się w nim głowę na tyle mocno, by stracić przytomność i obudzić się już w porcie.
– Flint... – powiedział zaskakująco poważnie i spokojnie, jak na kogoś, kto coraz mocniej zaczynał wierzyć, że zaraz utonie. – Nie potrzebuje wiadra. – Oby. – Potrzebuje być na lądzie. Mam... Odczuwam mocny dyskomfort przez bycie na wodzie i...
List? Byli tak daleko, że powinien wysłać list? Ile? Jak daleko? Jak długo będzie musiał tutaj siedzieć. Przecież... Każda minutą mogła oznaczać, że zaraz zatoną. Nie. Nie, nie. Może... Może się teleportuje. Albo...
– Jak daleko jesteśmy od portu? – wydusił siebie zdecydowanie mniej spokojnie, niż chwilę wcześniej.
Musiał się stąd jakoś wydostać. Musiał uciekać. Nigdzie nie było możliwości ucieczki. Byli pozostawienie sami morzu. Umrą. Utoną. Coś się stanie. Chciał pobiec do środka, ale nogi miał jak z waty. Jeśli się ruszy to zapewne wypadnie z burty. Jeśli nie to też. Tu nie było dobrego rozwiązania.