07.08.2025, 12:55 ✶
Nie wiedziałem, czy to, co robię, ma sens - nie znałem się na tym, nigdy nie byłem dla nikogo podporą, przynajmniej nie taką… Emocjonalną. Więc słuchałem - tych nieskładnych słów, które ciągnęły się jedno za drugim, jakby nie miały końca, wypadały z niej bez filtra, bez kontroli. Widziałem wcześniej różne rzeczy. Widziałem, jak ludzie umierają. Widziałem, jak ktoś z wyprutym bokiem potrafił jeszcze rzucać zaklęcia, bo adrenalina nie pozwalała mu się przewrócić... Ale z czymś takim - z bezbronnym, niechronionym bólem - nigdy nie wiedziałem, co dokładnie należy zrobić. Poczułem, jak drży, gdy się o mnie oparła, dygotała całym ciałem - nie byłem na to przygotowany. Cholera, nie byłem przygotowany na nic z tego, ale teraz, kiedy już siedziałem z nią na tym tarasie i czułem, jak ten jej ból, rozpacz - jakkolwiek to nazwać - przelewa się przez materiał jej ubrań, przez mięśnie, przez skórę… nie mogłem się odsunąć, nie teraz.
Nie mówiłem nic - nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć, co nie byłoby frazesem, nie brzmiałoby sztucznie. Trzymałem ją - ostrożnie, nie nachalnie. Ramię miałem zawieszone na jej plecach, drugą ręką opierałem się o siedzisko. Usłyszałem szelest - kartka, ten cholerny list, wysunął się z jej dłoni. Wiadomość wylądowała na posadzce tarasu. Kątem oka dostrzegłem, jak wiruje powoli, opadając z ciężarem znacznie większym, niż sugerowała gramatura papieru. List wylądował obok jej stopy, uderzył o posadzkę bezszelestnie, jakby był tylko kolejnym śmieciem, nie czymś, co zmiotło ją z powierzchni ziemi, a ja chociaż całym sobą chciałem odruchowo po niego sięgnąć, nie zrobiłem tego. Nie byłem pewien, czy miałem do tego prawo - czy to jeszcze była informacja, czy już świętość.
Trwała tak dłuższą chwilę, bez słowa, tylko z przyspieszonym oddechem, łkaniem, które próbowała stłumić, i dygotem, który zdawał się nie kończyć. Nie zmuszałem jej do niczego. Trzymałem ją, nie siląc się na nic więcej. Nie mówiłem nic - nie miałem nic, co nadawałoby się do powiedzenia, nie znałem się na tym, nie potrafiłem składać takich zdań, jakich ludzie potrzebowali w takich momentach, ale przynajmniej nie spierdalałem - czasem to był już jakiś punkt wyjścia. Trwała tak chwilę, rozedrgana, a potem przyszły słowa.
Wypowiedziała to tak, jakby to ją fizycznie bolało - nic dziwnego - takie słowa przecinały gardło od środka. Nie poruszyłem się, nie oderwałem od niej ręki. Powinienem coś powiedzieć - chyba - ale nie zrobiłem tego. Bo po co? Żadne „Przykro mi.” nie oddałoby niczego. Żadne „Współczuję.” nie miało tutaj sensu. Nie znałem Florence. Może obiło mi się o uszy jej imię, może nie, ale znałem ten ton... Ten specyficzny rytm, który mają słowa wypowiadane przez kogoś, komu właśnie pękło coś naprawdę ważnego - serce. Nie miałem na to żadnej odpowiedzi. Nie powiedziałem, że mi przykro. Nie mówiłem, że rozumiem - bo, kurwa, nie rozumiałem, ale przynajmniej nie zadałem pytania cisnącego się na usta - „A kto zasługuje?” - nie byłem aż takim idiotą, przynajmniej nie w tej chwili. Nie umiałem jej powiedzieć, że to nie była jej wina. Może nawet nie wiedziałem, czy nie była. Nie znałem kontekstu, nie znałem relacji, nie znałem historii, ale znałem tę wściekłą niesprawiedliwość w jej głosie. Znałem to wewnętrzne „Czemu nie ja?”. Sam miałem to pytanie z tyłu głowy więcej razy, niż bym chciał przyznać. Słowa sypały się z niej bez składu - nie zatrzymywała się, nie patrzyła, czy jej słucham, bo nie szukała odpowiedzi. Mówiła, bo już nie mogła dłużej tego trzymać w środku, a ja mogłem tylko słuchać.
Trzymałem ją, pozwalałem jej się oprzeć, czułem, jak się trzęsie. Siedziałem z nią w tym, co zostało z dobrego przedpołudnia. Bez słów, bez planu. A potem, kiedy cisza zrobiła się ciężka, jakby zaczęła się wlewać w płuca i dławić nas oboje, powiedziałem cicho:
- Nie ma leguł... - Oparłem się plecami o chłodne oparcie. Nie musiałem tego tłumaczyć. To nie było coś, co trzeba tłumaczyć. -Nie ma sensu. Nie ma powodu. To wszystko… To po plostu szię dzieje. Komuś. Komukolwiek. Tobie. Mnie. Jej. - Spojrzałem w dół - list leżał na posadzce, jak dowód zbrodni. Nie poruszał się na wietrze, jakby sama obecność papieru wciąż coś ważyła. - Tout est fuckée. - To nie były moralizatorskie słowa - nie brzmiały w ten sposób.
Nie mówiłem nic - nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć, co nie byłoby frazesem, nie brzmiałoby sztucznie. Trzymałem ją - ostrożnie, nie nachalnie. Ramię miałem zawieszone na jej plecach, drugą ręką opierałem się o siedzisko. Usłyszałem szelest - kartka, ten cholerny list, wysunął się z jej dłoni. Wiadomość wylądowała na posadzce tarasu. Kątem oka dostrzegłem, jak wiruje powoli, opadając z ciężarem znacznie większym, niż sugerowała gramatura papieru. List wylądował obok jej stopy, uderzył o posadzkę bezszelestnie, jakby był tylko kolejnym śmieciem, nie czymś, co zmiotło ją z powierzchni ziemi, a ja chociaż całym sobą chciałem odruchowo po niego sięgnąć, nie zrobiłem tego. Nie byłem pewien, czy miałem do tego prawo - czy to jeszcze była informacja, czy już świętość.
Trwała tak dłuższą chwilę, bez słowa, tylko z przyspieszonym oddechem, łkaniem, które próbowała stłumić, i dygotem, który zdawał się nie kończyć. Nie zmuszałem jej do niczego. Trzymałem ją, nie siląc się na nic więcej. Nie mówiłem nic - nie miałem nic, co nadawałoby się do powiedzenia, nie znałem się na tym, nie potrafiłem składać takich zdań, jakich ludzie potrzebowali w takich momentach, ale przynajmniej nie spierdalałem - czasem to był już jakiś punkt wyjścia. Trwała tak chwilę, rozedrgana, a potem przyszły słowa.
Wypowiedziała to tak, jakby to ją fizycznie bolało - nic dziwnego - takie słowa przecinały gardło od środka. Nie poruszyłem się, nie oderwałem od niej ręki. Powinienem coś powiedzieć - chyba - ale nie zrobiłem tego. Bo po co? Żadne „Przykro mi.” nie oddałoby niczego. Żadne „Współczuję.” nie miało tutaj sensu. Nie znałem Florence. Może obiło mi się o uszy jej imię, może nie, ale znałem ten ton... Ten specyficzny rytm, który mają słowa wypowiadane przez kogoś, komu właśnie pękło coś naprawdę ważnego - serce. Nie miałem na to żadnej odpowiedzi. Nie powiedziałem, że mi przykro. Nie mówiłem, że rozumiem - bo, kurwa, nie rozumiałem, ale przynajmniej nie zadałem pytania cisnącego się na usta - „A kto zasługuje?” - nie byłem aż takim idiotą, przynajmniej nie w tej chwili. Nie umiałem jej powiedzieć, że to nie była jej wina. Może nawet nie wiedziałem, czy nie była. Nie znałem kontekstu, nie znałem relacji, nie znałem historii, ale znałem tę wściekłą niesprawiedliwość w jej głosie. Znałem to wewnętrzne „Czemu nie ja?”. Sam miałem to pytanie z tyłu głowy więcej razy, niż bym chciał przyznać. Słowa sypały się z niej bez składu - nie zatrzymywała się, nie patrzyła, czy jej słucham, bo nie szukała odpowiedzi. Mówiła, bo już nie mogła dłużej tego trzymać w środku, a ja mogłem tylko słuchać.
Trzymałem ją, pozwalałem jej się oprzeć, czułem, jak się trzęsie. Siedziałem z nią w tym, co zostało z dobrego przedpołudnia. Bez słów, bez planu. A potem, kiedy cisza zrobiła się ciężka, jakby zaczęła się wlewać w płuca i dławić nas oboje, powiedziałem cicho:
- Nie ma leguł... - Oparłem się plecami o chłodne oparcie. Nie musiałem tego tłumaczyć. To nie było coś, co trzeba tłumaczyć. -Nie ma sensu. Nie ma powodu. To wszystko… To po plostu szię dzieje. Komuś. Komukolwiek. Tobie. Mnie. Jej. - Spojrzałem w dół - list leżał na posadzce, jak dowód zbrodni. Nie poruszał się na wietrze, jakby sama obecność papieru wciąż coś ważyła. - Tout est fuckée. - To nie były moralizatorskie słowa - nie brzmiały w ten sposób.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)