07.08.2025, 14:37 ✶
Być może minęło już trochę czasu od tamtego pamiętnego dnia i spotkania, ale po prawdzie mówiąc, Roise nadal nie wiedział, czemu miało to wtedy służyć. No, oczywiście poza inwigilacją i próbami czytania z nich jak z dwóch podejrzanie nazbyt interesujących ksiąg. Nie, nie miał zielonego pojęcia, czemu służyło tamto pierdolenie. Szczególnie, że nie miał nic do ukrycia. No, przynajmniej w tamtej materii, która zdawała się wyjątkowo interesować ministerialnego wieszcza.
Nie lubił, gdy ktoś na siłę próbował przebijać się przez jego mury ochronne. Nienawidził, kiedy ktokolwiek, komu nie ufał usiłował wzbudzać w nim fałszywe zaufanie. Nie interesowały go gadki szmatki z przedstawicielami władz, którzy zamiast zajmować się realnymi działaniami i problemami, zajmowali głowy już i tak zajętych ludzi.
A gdy jeszcze byli samozwańczymi natchnionymi profetami?
Tak, Prudence tego dnia miała wyjątkowo dużo racji. Nie dało się temu zaprzeczyć, zresztą nawet nie próbował. Być może to ta trawa otwierała u niej czakrę odpowiadającą za bycie zdecydowanie zajebistym rozmówcą? Prawie zapomniał, że zazwyczaj miała kija w dupie.
- Spotkałaś wysokiego, przystojnego, ciemnowłosego, nieznajomego czarodzieja na swojej drodze? Tak czy nie? - Spytał retorycznie, wcale nie oczekując żadnej konkretnej reakcji ze strony dziewczyny, bo wbrew pozorom, nie chodziło mu o to, żeby ponownie nawiązywać do jej burzliwych romansów z jego przyjacielem.
W tym wypadku nawiązywał raczej do typowej gadki słyszanej od większości zarówno czarodziejskich, jak i (o zgrozo) mugolskich proroków rozstawiających swoje stoiska na sabatach czy tam festynach ku uciesze gawiedzi. O jeszcze większa ironio, praktycznie wszystkie przepowiednie dotychczas usłyszane od Ambroisa wyglądały w bardzo zbliżony sposób. Niemalże żadna z nich nie zawierała jakichkolwiek konkretów ani chociażby informacji, które byłyby choć trochę zero-jedynkowe i łatwe do późniejszego zweryfikowania.
Jasne, pojmował, że wiedza pochodząca zza Zasłony nie zostawała podawana nikomu na srebrnej tacy. Jednakże znając już poniekąd tajniki własnych zdolności, bez wątpienia patrzył na to w bardzo określony pryzmat. I nie, nie pasowało mu to, jak wysoko jasnowidze zadzierali swoje nosy, uważając się za lepszych i bardziej wartościowych. Robili z siebie uprzywilejowaną, wyjątkową grupę, tymczasem to oni, widmowidzowie dostarczali ludziom bardziej konkretne informacje. Różnica tkwiła jedynie w tym, że te od nich dotyczyły przeszłości.
Ale z drugiej strony? W końcu wszystko stawało się historią, prawda? Jeśli ich koledzy po fachu nie byli w stanie właściwie zidentyfikować swoich wizji (czy tam przywidzeń, mała różnica), to oni poprawiali po nich robotę, dociekając sensu w tym, co miało miejsce. Im już nikt przy tym nie przyklaskiwał. Żenada.
Nie było żadnych powszechnie uwielbianych widmowidzów, za to świat bezustannie gloryfikował starych, siwych dziadów, którzy tak właściwie nic nie robili. Zamykali się w swoich gabinetach, prywatnych czy ministerialnych, zbierając przepowiednie w komnatach Departamentu Tajemnic. Od czasu do czasu wychodzili do ludzi, aby trochę poględzić o wielkich niebezpieczeństwach i ostrzeżeniach z Zaświatów, ale gdy przychodziło co do czego, rząd i tak reagował nieporadnie.
- Liść senesu, kora kruszyny, korzeń rzewienia i może trochę mięty pieprzowej dla urozmaicenia pikantności doznań - zawyrokował, wydymając wargi i kiwając głową, całkiem niewinnie, zgodnie z sugestią ze strony dziewczyny; tak, to w zupełności miało wystarczyć, aby stary mógł poruszyć swojego kija w dupie i spróbować go stamtąd wydostać. - Potem korzeń pieprzycy peruwiańskiej, jakiś żeń-szeń, palma sabałowa - parsknął z rozbawieniem, wzruszając ramionami. - Może rzeczywiście po to była mu ta wizyta? Ale biedaczek wstydził się poprosić przy damie? - Co prawda nie wydawało mu się, aby ktoś tak zadufany w sobie był nieśmiały, ale cholera wiedziała.
Czasami ludzie potrafili zaskoczyć, nawet po wielu latach. Prue, dla przykładu, chyba jeszcze nigdy nie widział jej od tej strony. Była...
...kreatywna. Nawet bardzo. W tym momencie go bawiła.
- Jeden kleszcz w rowie, w tym roku będziesz po słowie. Dwa kleszcze na dupie, pożar w chałupie. Dwa komary, trzy kleszcze, czasy nadejdą złowieszcze - pokiwał głową z uznaniem dla kunsztu wieszczego Prudence, bowiem z jej słów również można było wyciągnąć naprawdę wiele na temat czekającej ich przyszłości. - Marzę o tym, by przewidywać ludziom, czy dostaną wilka po nocy świętojańskiej w paprociach. Myślisz, że jeszcze możemy się przemianować? - Spytał z uśmieszkiem, przekrzywiając głowę.
No cóż, Ministerstwo nie miało go nigdzie w swoich rejestrach. Przynajmniej wedle jego wiedzy. A z ich skutecznością, miał niemal całkowitą pewność. To nie była powszechna wiedza, jaką szastał na prawo i lewo. A więc?
Nie lubił, gdy ktoś na siłę próbował przebijać się przez jego mury ochronne. Nienawidził, kiedy ktokolwiek, komu nie ufał usiłował wzbudzać w nim fałszywe zaufanie. Nie interesowały go gadki szmatki z przedstawicielami władz, którzy zamiast zajmować się realnymi działaniami i problemami, zajmowali głowy już i tak zajętych ludzi.
A gdy jeszcze byli samozwańczymi natchnionymi profetami?
Tak, Prudence tego dnia miała wyjątkowo dużo racji. Nie dało się temu zaprzeczyć, zresztą nawet nie próbował. Być może to ta trawa otwierała u niej czakrę odpowiadającą za bycie zdecydowanie zajebistym rozmówcą? Prawie zapomniał, że zazwyczaj miała kija w dupie.
- Spotkałaś wysokiego, przystojnego, ciemnowłosego, nieznajomego czarodzieja na swojej drodze? Tak czy nie? - Spytał retorycznie, wcale nie oczekując żadnej konkretnej reakcji ze strony dziewczyny, bo wbrew pozorom, nie chodziło mu o to, żeby ponownie nawiązywać do jej burzliwych romansów z jego przyjacielem.
W tym wypadku nawiązywał raczej do typowej gadki słyszanej od większości zarówno czarodziejskich, jak i (o zgrozo) mugolskich proroków rozstawiających swoje stoiska na sabatach czy tam festynach ku uciesze gawiedzi. O jeszcze większa ironio, praktycznie wszystkie przepowiednie dotychczas usłyszane od Ambroisa wyglądały w bardzo zbliżony sposób. Niemalże żadna z nich nie zawierała jakichkolwiek konkretów ani chociażby informacji, które byłyby choć trochę zero-jedynkowe i łatwe do późniejszego zweryfikowania.
Jasne, pojmował, że wiedza pochodząca zza Zasłony nie zostawała podawana nikomu na srebrnej tacy. Jednakże znając już poniekąd tajniki własnych zdolności, bez wątpienia patrzył na to w bardzo określony pryzmat. I nie, nie pasowało mu to, jak wysoko jasnowidze zadzierali swoje nosy, uważając się za lepszych i bardziej wartościowych. Robili z siebie uprzywilejowaną, wyjątkową grupę, tymczasem to oni, widmowidzowie dostarczali ludziom bardziej konkretne informacje. Różnica tkwiła jedynie w tym, że te od nich dotyczyły przeszłości.
Ale z drugiej strony? W końcu wszystko stawało się historią, prawda? Jeśli ich koledzy po fachu nie byli w stanie właściwie zidentyfikować swoich wizji (czy tam przywidzeń, mała różnica), to oni poprawiali po nich robotę, dociekając sensu w tym, co miało miejsce. Im już nikt przy tym nie przyklaskiwał. Żenada.
Nie było żadnych powszechnie uwielbianych widmowidzów, za to świat bezustannie gloryfikował starych, siwych dziadów, którzy tak właściwie nic nie robili. Zamykali się w swoich gabinetach, prywatnych czy ministerialnych, zbierając przepowiednie w komnatach Departamentu Tajemnic. Od czasu do czasu wychodzili do ludzi, aby trochę poględzić o wielkich niebezpieczeństwach i ostrzeżeniach z Zaświatów, ale gdy przychodziło co do czego, rząd i tak reagował nieporadnie.
- Liść senesu, kora kruszyny, korzeń rzewienia i może trochę mięty pieprzowej dla urozmaicenia pikantności doznań - zawyrokował, wydymając wargi i kiwając głową, całkiem niewinnie, zgodnie z sugestią ze strony dziewczyny; tak, to w zupełności miało wystarczyć, aby stary mógł poruszyć swojego kija w dupie i spróbować go stamtąd wydostać. - Potem korzeń pieprzycy peruwiańskiej, jakiś żeń-szeń, palma sabałowa - parsknął z rozbawieniem, wzruszając ramionami. - Może rzeczywiście po to była mu ta wizyta? Ale biedaczek wstydził się poprosić przy damie? - Co prawda nie wydawało mu się, aby ktoś tak zadufany w sobie był nieśmiały, ale cholera wiedziała.
Czasami ludzie potrafili zaskoczyć, nawet po wielu latach. Prue, dla przykładu, chyba jeszcze nigdy nie widział jej od tej strony. Była...
...kreatywna. Nawet bardzo. W tym momencie go bawiła.
- Jeden kleszcz w rowie, w tym roku będziesz po słowie. Dwa kleszcze na dupie, pożar w chałupie. Dwa komary, trzy kleszcze, czasy nadejdą złowieszcze - pokiwał głową z uznaniem dla kunsztu wieszczego Prudence, bowiem z jej słów również można było wyciągnąć naprawdę wiele na temat czekającej ich przyszłości. - Marzę o tym, by przewidywać ludziom, czy dostaną wilka po nocy świętojańskiej w paprociach. Myślisz, że jeszcze możemy się przemianować? - Spytał z uśmieszkiem, przekrzywiając głowę.
No cóż, Ministerstwo nie miało go nigdzie w swoich rejestrach. Przynajmniej wedle jego wiedzy. A z ich skutecznością, miał niemal całkowitą pewność. To nie była powszechna wiedza, jaką szastał na prawo i lewo. A więc?
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down