Zdarzenia ostatnich dni co raz bardziej utwierdzały Burkę w przekonaniu, że rządzącym nimi władzom nigdy nie zależało na dobru czarodziejskiej społeczności. Skutki Spalonej Nocy dotknęły wielu, to prawda, ale czymże różniły się one od tych płynących z niedotyczących ich wojen. Ilu dobrych czarodziejów straciło życie w skutek spadających na kontynencie oraz w Anglii bomb, ile historycznych miejsc zniszczono w skutek działań pysznych i żądnych władzy mugoli.
Odsunięci w bok, wiecznie w ukryciu przegrywali w tak bardzo nierównej walce o przetrwanie; ich różdżki krępowały zasady wymyślone przez mądre głowy zajmujące wysokie stanowiska. Ci, pozostawili mugoli samym sobie, dawali im wolną rękę, pozwolili obleźć cały świat niczym rój os. Za obronę własnych wartości i przekonań, tak starannie pielęgnowanych przez nich tradycji groził Azkaban, ale nikogo nie interesowało zduszenie w zalążku płomienia mugolskiej buty.
Tutaj nie chodziło już nawet o czystość krwi; Caius, był wychowany w przekonaniu o swej wyższości, brzydził się szlam i mieszańców, to prawda, ale w swojej głowie potrafił znaleźć miejsce i dla nich – w postaci oddanych zwierzchników, chociażby. Z dala od posad w Ministerstwie, św. Mungu czy Hogwarcie. Z dala od władzy pieniędzy i chłonnych głów kolejnych pokoleń, których rozwijające się umysły łykały szkodliwą liberalną papkę płynącej z samej góry.
– Najbardziej boli mnie moja własna naiwność i pycha. To, że ciągle musimy ukrywać się przed mugolami, gdy oni żyją sobie na powierzchni, bez strachu, w stu procentach wolni. To, że gdyby dzisiaj u progu mych drzwi pojawił się wróg nie mógłby użyć wszystkich swych umiejętności by się bronić. – odparł, gorzkie słowa paliły bardziej niż pożoga Spalonej Nocy. Tak trudno było przyznać się do błędu, szczególnie przed kimś, kto nieostrożność mógł wykorzystać na własną korzyść - byli przyjaciółmi, ale żyli w świecie intryg i wyzysku, nieustannie goniąc za lepszą pozycją. – Jeden z nich mnie zaatakował, wiesz? – mruknął cicho, wręcz wstydliwie, twarz Caiusa pozostawała obojętna, jedynie w spojrzeniu czarodzieja można było wyczytać nienawiść i odrazę, tą jednak nie kierował do reszty świata, a do samego siebie. Oszczędził Lestrangowi szczegółów; nie opowiadał o strachu, jaki poczuł, gdy jeden z tych brudnej krwi wymierzył w jego stronę różdżkę i resztkami sił próbował zadać mu ból, nie rozwodził się na temat niemocy, jaka sparaliżowała jego umysł, pozwalając jedynie oczekiwać na wymierzone w jego stronę zaklęcie, nie przyznał, że odwrócił się na pięcie i szybko opuścił miejsce, zbyt szokowany całym wydarzeniem i od tego czasu czuł się, jak największy tchórz. "Dobra strona" nieustannie wmawiała im, że są zepsuci do szpiku kości, spotykał na swojej drodze ludzi, którzy bez wyrzutów sumienia byli w stanie zrobić mu krzywdę i nie były to osoby związane z Śmiertelnym Nokturnem, a ci, którzy stąpali po drodze jasności. Nie widział sensu więc w dalszym ukrywaniu swej prawdziwej natury albowiem to i tak niczego nie zmieniało.
W końcu prychnął i poczuł niezwykłą wdzięczność, właśnie za to najbardziej lubił Louvaine, za tą umiejętność rozładowania zbyt poważnych emocji, a Caius niezwykle tego potrzebował.
– Myśl, że używałbym sobie po kimś podobnym do Ciebie budzi we mnie niemałą odrazę. – powiedział i zmarszczył nos w geście fałszywego obrzydzenia, od burdeli stronił, ale dużo gorszym od seksu po koledze był fakt nieczystości krwi pracujących w takich miejscach kobiet oraz ryzyko spłodzenia bękarta. – Ale skoro tak bardzo zależy Ci na moim dobrym samopoczuciu oraz zdrowiu fizycznym to możesz zabrać mnie do jednego z swoich ulubionych miejsc, pozwolę Ci nawet zapłacić. – wypowiedział z szczerym uśmiechem, w końcu odwrócił się w stronę swego przyjaciela, jednym ruchem ręki strzepnął z materiału ciepłego płaszcza nieistniejące na nim drobinki brudu i wyprostował dumnie, przez chwilę milczał, uważnie wpatrując w bladą twarz kolegi, kalkulował wszystkie za i przeciw.
– Nie wiem, jak to zrobić, ale chciałbym im pomóc. – zakończył ostatecznie, rzucając słowa gdzieś w eter, bardziej do samego siebie niż do Lestrange; stąpał po kruchym lodzie jednak desperacja i głęboka potrzeba powstrzymania wszystkiego co w jego mniemaniu było złe, pchały go na ten niepewny teren.
That motherfucker.
What a tool.