08.08.2025, 01:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2025, 01:24 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
No, ileż można było czekać?
Długo, z pewnością długo, patrząc na te wszystkie powolne, naprawdę niespieszne ruchy Prue, nawet jeśli naprawdę starał się jej nie poganiać. Wbrew pozorom, pasowało mu towarzystwo dziewczyny. Chyba jeszcze nigdy wcześniej tak bardzo go nie cenił, jak właśnie tego wieczoru. Nawet wtedy, gdy współpracowali przy naprawdę istotnych sprawach, będąc swoimi wzajemnymi sojusznikami. Nie, dopiero ten wieczór rzucił zupełnie nowe światło na ich znajomość. O ironio, bowiem wraz z rychłym i niezaprzeczalnym nadejściem wieczoru, za oknami robiło się wprost proporcjonalnie ciemno i ponuro.
Być może nigdy nie powiedziałby tego na głos, ale takie były fakty: przez te kilka godzin, jakie niepostrzeżenie minęły im wspólnie w bibliotece na siedzeniu, jaraniu i wróżeniu z dymu, zdążył naprawdę mocno uaktualnić swoją wiedzę na temat Bletchleyówny. Było to...
...zaskakująco przyjemne doznanie. Najwidoczniej wspólny pobyt pod jednym dachem ostatecznie nie wychodził im aż tak bardzo na złe, jak mogłoby się wydawać po tym, co miało miejsce na samym początku turnusu w Exmoor. Tym razem naprawdę czuł w tym wszystkim możliwość złapania oddechu. Nawet, jeśli głównie po to, aby zaciągnąć się lekko odurzającym dymem.
- To nie tak działa - albo to tak nie działa?
No, szczegóły. Najważniejsze, ze zaprzeczył teorii, jakoby nadmierny pośpiech miał namieszać im w jakości wróżenia z fusów. Bo niby czemu miałby to robić? Prue, co najwyżej, mogła wypić część tego, co powinno znaleźć się na dnie filiżanki, ale nie miała szpary między zębami, więc mogła przecedzić przez nie fusy, co nie?
Mhm. Jasne.
On zdecydowanie się tak nie guzdrał, nawet jeśli w dalszym ciągu czekał z ostatnim łykiem herbaty na dziewczynę. Zamierzał zrobić to w dokładnie tym samym momencie, co ona. I nawet mogłoby mu się to udać, gdyby nie jej nagły przypływ energii. Chwycił filiżankę o sekundę za późno, w efekcie opróżniając ją już po tym, gdy usłyszał dumne słowa Bletchleyówny.
Co prawda, nie zamierzał klaskać w dłonie ani składać Prue gratulacji, jednak z jego gardła mimowolnie wydostało się coś w rodzaju nad wyraz aprobującego mhm na potwierdzenie tego, że w istocie widział jej wyczyn. Naprawdę sprawnie dopiła tę herbatę, ukazując wreszcie to, co było dla nich najbardziej ważne. Mimowolnie nachylił się w jej stronę, jeszcze zanim spojrzał na własne fusy.
- Stojak? - Zdecydowanie zbyt mocno zmrużył oczy, przekrzywiając przy tym głowę i niebezpiecznie mocno pochylając się w kierunku filiżanki po herbacie oraz spodka, o który delikatnie zabrzęczała porcelana, gdy Prudence odstawiła nań puste naczynie. - Sztaluga? Do obrazów? Tych takich... ...malowanych. Do akwa...reli. Akwareli - mruknął, namyślając się przez zaledwie ułamek sekundy nad tym, co to niby miało znaczyć.
No cóż. Wniosek nasuwał się praktycznie sam. Prudence była... ...no... ...Prudence była Prudence. Nawet jeśli w tej chwili zachowywała się zajebiście luźno, prezentując mu się od całkowicie nieznanej, naprawdę przyjaznej w obyciu strony, nie mógł zapominać o tym, że zarówno jego, jak i ją od dawien dawna interesowały mroczniejsze strony magii. Oboje zagłębiali się w meandry czarnomagicznych rytuałów, zgłębiając także tajniki nekromancji i różnorakich niespecjalnie estetycznych stron bycia czarodziejami.
Wniosek nasuwał się praktycznie sam. Technicznie rzecz biorąc, być może daleko im było do Voldemorta i jego idei, jednak co poniektórzy bardzo chętnie nazwaliby ich czarnoksiężnikami. I to nie początkującymi.
Co lepsze lub co gorsze, Ambroise raczej nie uważał tego za specjalną obelgę. Ot, po prostu za faktyczny stan rzeczy, którego się nie wstydził, nie obawiał ani, z którego nie był także w żaden sposób dumny. Nie obnosił się z tym. Prue także raczej tego nie robiła, ale w kontekście tej konkretnej przepowiedni?
- Mmmm... ...maluje? Maluje... ...tak... ... otóż tak, maluje się przed tobą jasna i klarowna przyszłość - kiwnął głową, jakby właśnie doszedł do czegoś, co nie tylko było odkrywcze, lecz także nader wszystko: całkowicie poprawne; inna interpretacja nie była już nikomu potrzebna. - Zostaniesz akwarelistą-dyktatorem - stwierdził z niemalże niczym niezmąconą pewnością tego, że to, co opuściło jego usta było całkowicie sensowne.
Znał jednego artystę parającego się malarstwem. Tak. I bez dwóch zdań był on także dyktatorem. Prudence też miała te predyspozycje, co nie? Doskonale poznał jej upór.
Długo, z pewnością długo, patrząc na te wszystkie powolne, naprawdę niespieszne ruchy Prue, nawet jeśli naprawdę starał się jej nie poganiać. Wbrew pozorom, pasowało mu towarzystwo dziewczyny. Chyba jeszcze nigdy wcześniej tak bardzo go nie cenił, jak właśnie tego wieczoru. Nawet wtedy, gdy współpracowali przy naprawdę istotnych sprawach, będąc swoimi wzajemnymi sojusznikami. Nie, dopiero ten wieczór rzucił zupełnie nowe światło na ich znajomość. O ironio, bowiem wraz z rychłym i niezaprzeczalnym nadejściem wieczoru, za oknami robiło się wprost proporcjonalnie ciemno i ponuro.
Być może nigdy nie powiedziałby tego na głos, ale takie były fakty: przez te kilka godzin, jakie niepostrzeżenie minęły im wspólnie w bibliotece na siedzeniu, jaraniu i wróżeniu z dymu, zdążył naprawdę mocno uaktualnić swoją wiedzę na temat Bletchleyówny. Było to...
...zaskakująco przyjemne doznanie. Najwidoczniej wspólny pobyt pod jednym dachem ostatecznie nie wychodził im aż tak bardzo na złe, jak mogłoby się wydawać po tym, co miało miejsce na samym początku turnusu w Exmoor. Tym razem naprawdę czuł w tym wszystkim możliwość złapania oddechu. Nawet, jeśli głównie po to, aby zaciągnąć się lekko odurzającym dymem.
- To nie tak działa - albo to tak nie działa?
No, szczegóły. Najważniejsze, ze zaprzeczył teorii, jakoby nadmierny pośpiech miał namieszać im w jakości wróżenia z fusów. Bo niby czemu miałby to robić? Prue, co najwyżej, mogła wypić część tego, co powinno znaleźć się na dnie filiżanki, ale nie miała szpary między zębami, więc mogła przecedzić przez nie fusy, co nie?
Mhm. Jasne.
On zdecydowanie się tak nie guzdrał, nawet jeśli w dalszym ciągu czekał z ostatnim łykiem herbaty na dziewczynę. Zamierzał zrobić to w dokładnie tym samym momencie, co ona. I nawet mogłoby mu się to udać, gdyby nie jej nagły przypływ energii. Chwycił filiżankę o sekundę za późno, w efekcie opróżniając ją już po tym, gdy usłyszał dumne słowa Bletchleyówny.
Co prawda, nie zamierzał klaskać w dłonie ani składać Prue gratulacji, jednak z jego gardła mimowolnie wydostało się coś w rodzaju nad wyraz aprobującego mhm na potwierdzenie tego, że w istocie widział jej wyczyn. Naprawdę sprawnie dopiła tę herbatę, ukazując wreszcie to, co było dla nich najbardziej ważne. Mimowolnie nachylił się w jej stronę, jeszcze zanim spojrzał na własne fusy.
- Stojak? - Zdecydowanie zbyt mocno zmrużył oczy, przekrzywiając przy tym głowę i niebezpiecznie mocno pochylając się w kierunku filiżanki po herbacie oraz spodka, o który delikatnie zabrzęczała porcelana, gdy Prudence odstawiła nań puste naczynie. - Sztaluga? Do obrazów? Tych takich... ...malowanych. Do akwa...reli. Akwareli - mruknął, namyślając się przez zaledwie ułamek sekundy nad tym, co to niby miało znaczyć.
No cóż. Wniosek nasuwał się praktycznie sam. Prudence była... ...no... ...Prudence była Prudence. Nawet jeśli w tej chwili zachowywała się zajebiście luźno, prezentując mu się od całkowicie nieznanej, naprawdę przyjaznej w obyciu strony, nie mógł zapominać o tym, że zarówno jego, jak i ją od dawien dawna interesowały mroczniejsze strony magii. Oboje zagłębiali się w meandry czarnomagicznych rytuałów, zgłębiając także tajniki nekromancji i różnorakich niespecjalnie estetycznych stron bycia czarodziejami.
Wniosek nasuwał się praktycznie sam. Technicznie rzecz biorąc, być może daleko im było do Voldemorta i jego idei, jednak co poniektórzy bardzo chętnie nazwaliby ich czarnoksiężnikami. I to nie początkującymi.
Co lepsze lub co gorsze, Ambroise raczej nie uważał tego za specjalną obelgę. Ot, po prostu za faktyczny stan rzeczy, którego się nie wstydził, nie obawiał ani, z którego nie był także w żaden sposób dumny. Nie obnosił się z tym. Prue także raczej tego nie robiła, ale w kontekście tej konkretnej przepowiedni?
- Mmmm... ...maluje? Maluje... ...tak... ... otóż tak, maluje się przed tobą jasna i klarowna przyszłość - kiwnął głową, jakby właśnie doszedł do czegoś, co nie tylko było odkrywcze, lecz także nader wszystko: całkowicie poprawne; inna interpretacja nie była już nikomu potrzebna. - Zostaniesz akwarelistą-dyktatorem - stwierdził z niemalże niczym niezmąconą pewnością tego, że to, co opuściło jego usta było całkowicie sensowne.
Znał jednego artystę parającego się malarstwem. Tak. I bez dwóch zdań był on także dyktatorem. Prudence też miała te predyspozycje, co nie? Doskonale poznał jej upór.
Rzut Symbol 1d258 - 74
Jodła (sukces artystyczny)
Jodła (sukces artystyczny)
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down