08.08.2025, 16:43 ✶
W pierwszym odruchu nie wiedziałem, co mam zrobić - to nie był moment na słowa ani na gesty, które mogłyby wyglądać na pocieszenie. Milczałem, słuchałem... Zobaczyłem to wcześniej, zanim wypowiedziała choćby jedno słowo - ten moment, w którym emocje przestają zalewać człowieka i zaczynają płynąć w jednym kierunku. Wcześniej była w rozsypce, drżała, dusiła się oddechem, próbowała zapanować nad ciałem, które odmawiało posłuszeństwa, jednak po chwili był w niej nie tylko żal, to już nie był tylko smutek - to był gniew, który wreszcie miał gdzie się podziać. Nie był jeszcze zorganizowany, ale był prawdziwy, i właśnie dlatego nie przerywałem jej ani jednym słowem, nie próbowałem łagodzić tonu, ani niczego tłumaczyć. Miała rację - mieliśmy wszyscy dość patrzenia, jak nasi bliscy giną, a my jesteśmy dla świata statystyką, tłem, spalonym budynkiem w panoramie równie zniszczonego miasta. To nie była wojna, która miała coś zmienić - to było wyżynanie ludzi dla demonstracji siły.
Przewrót, fanatyzm, Florence. Amanda. Śmierć.
Słyszałem te słowa - każde wypowiedziane przez zaciśnięte gardło, wszystkie dobitne, jakby już wcześniej ułożyła sobie to w głowie, ale dopiero teraz miała szansę powiedzieć je w taki sposób na głos. Znałem ten ton, słyszałem go wcześniej u ludzi, którzy nagle zrozumieli, że nie mają już nic do stracenia, bo wszystko mogą stracić, i że to coś znaczy. To była granica, ona ją właśnie przekroczyła. Nie miałem zamiaru jej uspokajać, mówić, że wszystko będzie dobrze, bo nie miało być. Kurwa, nie będzie. Nie kłamałem ludziom w takich chwilach. Pytanie nie brzmiało - „Czy coś zrobi?”, tylko - „Kiedy?” i „Jak?”.
- Dobla... Skolo wiesz, kto za to odpowiada i skolo zamieszasz coś s tym zrobiś... - Odezwałem się spokojnie, ale twardo - bez miękkich słów, bez udawanej delikatności, bo wiedziałem, że tego nie potrzebowała. Zawiesiłem głos - tylko na sekundę - na tyle, żeby nie brzmiało to jak gorączkowy odruch. To nie była litość, nie współczucie, nie rycerskość - nie było we mnie tej cholernej naiwności. - Chcę wiedzieś, jaki mam w tym mieś udział. - Nie musiałem mówić więcej. Nie interesowały mnie teraz żadne przemowy o moralności, o tym, czy to zemsta, czy sprawiedliwość, może jedno i drugie, a może coś pośrodku. Nie miałem w sobie tej dyplomatycznej zdolności do niuansowania. Zresztą - nie byłem święty. Nie po tym, co już zrobiłem, czego byłem świadkiem, czego nie zatrzymałem. Mogłem być tym, kto wyniesie kogoś z płonącego budynku. Albo tym, kto ten budynek podpali, jeśli trzeba. Czasem różnica między jednym a drugim była tak cienka, że prawie niewidoczna. A teraz patrzyłem na nią, widziałem w jej oczach tę samą determinację, którą znałem z innych twarzy, i wiedziałem, że w końcu przyjdzie taki dzień...
Choćby dla zasady - na pożegnanie przed opuszczeniem kraju - za te pierdolone pożary, za to, że człowiek nie mógł już normalnie umrzeć ze starości. Za to, że każdy dzień kończył się czyimś nazwiskiem skreślonym z listy żyjących, a wszystko to w imię jakiejś idei, która nigdy nie powinna wyjść poza głowy tych kilku pojebanych megalomanów, z największym zjebem na czele.
Zemsta to nie zawsze głupota... Czasem to jedyna rzecz, która zostaje, kiedy wszystko inne spłonie...
!Strach przed imieniem
Przewrót, fanatyzm, Florence. Amanda. Śmierć.
Słyszałem te słowa - każde wypowiedziane przez zaciśnięte gardło, wszystkie dobitne, jakby już wcześniej ułożyła sobie to w głowie, ale dopiero teraz miała szansę powiedzieć je w taki sposób na głos. Znałem ten ton, słyszałem go wcześniej u ludzi, którzy nagle zrozumieli, że nie mają już nic do stracenia, bo wszystko mogą stracić, i że to coś znaczy. To była granica, ona ją właśnie przekroczyła. Nie miałem zamiaru jej uspokajać, mówić, że wszystko będzie dobrze, bo nie miało być. Kurwa, nie będzie. Nie kłamałem ludziom w takich chwilach. Pytanie nie brzmiało - „Czy coś zrobi?”, tylko - „Kiedy?” i „Jak?”.
- Dobla... Skolo wiesz, kto za to odpowiada i skolo zamieszasz coś s tym zrobiś... - Odezwałem się spokojnie, ale twardo - bez miękkich słów, bez udawanej delikatności, bo wiedziałem, że tego nie potrzebowała. Zawiesiłem głos - tylko na sekundę - na tyle, żeby nie brzmiało to jak gorączkowy odruch. To nie była litość, nie współczucie, nie rycerskość - nie było we mnie tej cholernej naiwności. - Chcę wiedzieś, jaki mam w tym mieś udział. - Nie musiałem mówić więcej. Nie interesowały mnie teraz żadne przemowy o moralności, o tym, czy to zemsta, czy sprawiedliwość, może jedno i drugie, a może coś pośrodku. Nie miałem w sobie tej dyplomatycznej zdolności do niuansowania. Zresztą - nie byłem święty. Nie po tym, co już zrobiłem, czego byłem świadkiem, czego nie zatrzymałem. Mogłem być tym, kto wyniesie kogoś z płonącego budynku. Albo tym, kto ten budynek podpali, jeśli trzeba. Czasem różnica między jednym a drugim była tak cienka, że prawie niewidoczna. A teraz patrzyłem na nią, widziałem w jej oczach tę samą determinację, którą znałem z innych twarzy, i wiedziałem, że w końcu przyjdzie taki dzień...
Choćby dla zasady - na pożegnanie przed opuszczeniem kraju - za te pierdolone pożary, za to, że człowiek nie mógł już normalnie umrzeć ze starości. Za to, że każdy dzień kończył się czyimś nazwiskiem skreślonym z listy żyjących, a wszystko to w imię jakiejś idei, która nigdy nie powinna wyjść poza głowy tych kilku pojebanych megalomanów, z największym zjebem na czele.
Zemsta to nie zawsze głupota... Czasem to jedyna rzecz, która zostaje, kiedy wszystko inne spłonie...
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)