08.08.2025, 17:23 ✶
- Zadziwiające - mruknął, całkowicie zadowalając się tym komentarzem.
Nie musiał mówić o tym, że od dawien dawna miał ją za samozwańczą królową hipotetycznych scenariuszy, czyż nie? Tego wieczoru jednak chyba całkowicie postanowiła opuścić tron, zniżając się do zajmowania miejsca na dywanie, który czynił ją jakby bardziej ludzką. Osobliwe. Naprawdę.
- Och, z pewnością każdy może spróbować to zrobić - przyznał nie bez jednoznacznego tonu głosu mówiącego o tym, że w swojej karierze zdecydowanie naoglądał się efektów takiego przypływu artyzmu pośród niektórych pacjentów.
Nikomu nie życzył tego, aby po śmierci był w taki sposób uwieczniony na ścianie, przechodząc między innymi, słusznie namalowanymi obrazami. Osobiście już chyba wolałby nie mieć żadnego.
No cóż. Jak dotąd udawało mu się tego unikać, ale kiedyś w końcu miał nadejść na to konieczny moment. Co prawda jeszcze z nikim o tym nie rozmawiał, jednak spodziewał się, że raczej już wkrótce. W końcu ślubne portrety należały do normy.
- Nie, nie mylę - odparł bez zająknięcia, nawet nie mrugając, gdy te słowa opuściły jego usta.
Zachowywał przy tym możliwie jak najbardziej poważny wyraz twarzy, nawet jeśli odrobinę skrzyły mu się oczy. Tak, był ujarany i rozbawiony. Bo miał powody, aby taki być. A jeśli Prudence naprawdę tego nie widziała, tym bardziej go to bawiło.
Nie zamierzał jej jednak niczego ułatwiać ani podawać na srebrnej tacy, ani tym bardziej podsuwać dziewczynie jakichkolwiek dodatkowych myśli. Wystarczyło, że on sam miał głębokie wewnętrzne przeświadczenie, że wystarczyło kilka słów i parę spojrzeń spod rzęs, aby Benjy masował jej przemęczone stopy i wyskakiwał do sklepu po zakupy. Znał go. Rozpoznawał to spojrzenie.
- Mhm - odkaszlnął, walcząc z bardzo, ale to bardzo wymownym uśmieszkiem, jaki cisnął mu się na usta.
Prudence Bletchley zawsze miła. Tak. Zdecydowanie tego nie kupował, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że za ich wspólnego panowania w Mungu, zdecydowanie chwalono ją za podejście do najmłodszych pacjentów. Ba, dało się ją nawet lubić, ale od korzystania z tego konkretnego słowa, mimo wszystko raczej by się powstrzymał. Zawsze tu nie pasowało. Oj, nie. Nie było mowy.
Słysząc kolejne słowa, jakie opuściły usta Prue, dosyć teatralnie zaciągnął się zadymionym powietrzem, mrugając przy tym dwa razy, jakby zadawał sobie pytanie, czy w żaden sposób się właśnie nie przesłyszał. Tak, teoretycznie rozumiał sens słów dziewczyny. Posadził już wiele drzew, drzewo było drugie w kolejności, Bletchleyówna nie wiedziała o tym, że teoretycznie już kiedyś kupił nieruchomość i wybudował tam szopę, remontując także sam główny budynek. Wniosek nasuwał się jeden.
Ale nie, nie zamierzał darować sobie możliwości spojrzenia na nią z oburzeniem.
- Jest wiele rzeczy, jakie możesz próbować mi insynuować, Prue - tak, zdecydowanie musiał podkreślić to jedno słowo. - Rozwiązłość jest jedną z nich - no cóż, znał opinię publiczną, nie brał jej w żaden sposób do siebie, więc nie zamierzał owijać tego zasłoną milczenia. - Ale posiadania bękartów mi nie zarzucisz - nie, akurat tu miał całkowitą pewność, że może być zupełnie spokojny.
Panował nad własnym fiutem.
Nie musiał mówić o tym, że od dawien dawna miał ją za samozwańczą królową hipotetycznych scenariuszy, czyż nie? Tego wieczoru jednak chyba całkowicie postanowiła opuścić tron, zniżając się do zajmowania miejsca na dywanie, który czynił ją jakby bardziej ludzką. Osobliwe. Naprawdę.
- Och, z pewnością każdy może spróbować to zrobić - przyznał nie bez jednoznacznego tonu głosu mówiącego o tym, że w swojej karierze zdecydowanie naoglądał się efektów takiego przypływu artyzmu pośród niektórych pacjentów.
Nikomu nie życzył tego, aby po śmierci był w taki sposób uwieczniony na ścianie, przechodząc między innymi, słusznie namalowanymi obrazami. Osobiście już chyba wolałby nie mieć żadnego.
No cóż. Jak dotąd udawało mu się tego unikać, ale kiedyś w końcu miał nadejść na to konieczny moment. Co prawda jeszcze z nikim o tym nie rozmawiał, jednak spodziewał się, że raczej już wkrótce. W końcu ślubne portrety należały do normy.
- Nie, nie mylę - odparł bez zająknięcia, nawet nie mrugając, gdy te słowa opuściły jego usta.
Zachowywał przy tym możliwie jak najbardziej poważny wyraz twarzy, nawet jeśli odrobinę skrzyły mu się oczy. Tak, był ujarany i rozbawiony. Bo miał powody, aby taki być. A jeśli Prudence naprawdę tego nie widziała, tym bardziej go to bawiło.
Nie zamierzał jej jednak niczego ułatwiać ani podawać na srebrnej tacy, ani tym bardziej podsuwać dziewczynie jakichkolwiek dodatkowych myśli. Wystarczyło, że on sam miał głębokie wewnętrzne przeświadczenie, że wystarczyło kilka słów i parę spojrzeń spod rzęs, aby Benjy masował jej przemęczone stopy i wyskakiwał do sklepu po zakupy. Znał go. Rozpoznawał to spojrzenie.
- Mhm - odkaszlnął, walcząc z bardzo, ale to bardzo wymownym uśmieszkiem, jaki cisnął mu się na usta.
Prudence Bletchley zawsze miła. Tak. Zdecydowanie tego nie kupował, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że za ich wspólnego panowania w Mungu, zdecydowanie chwalono ją za podejście do najmłodszych pacjentów. Ba, dało się ją nawet lubić, ale od korzystania z tego konkretnego słowa, mimo wszystko raczej by się powstrzymał. Zawsze tu nie pasowało. Oj, nie. Nie było mowy.
Słysząc kolejne słowa, jakie opuściły usta Prue, dosyć teatralnie zaciągnął się zadymionym powietrzem, mrugając przy tym dwa razy, jakby zadawał sobie pytanie, czy w żaden sposób się właśnie nie przesłyszał. Tak, teoretycznie rozumiał sens słów dziewczyny. Posadził już wiele drzew, drzewo było drugie w kolejności, Bletchleyówna nie wiedziała o tym, że teoretycznie już kiedyś kupił nieruchomość i wybudował tam szopę, remontując także sam główny budynek. Wniosek nasuwał się jeden.
Ale nie, nie zamierzał darować sobie możliwości spojrzenia na nią z oburzeniem.
- Jest wiele rzeczy, jakie możesz próbować mi insynuować, Prue - tak, zdecydowanie musiał podkreślić to jedno słowo. - Rozwiązłość jest jedną z nich - no cóż, znał opinię publiczną, nie brał jej w żaden sposób do siebie, więc nie zamierzał owijać tego zasłoną milczenia. - Ale posiadania bękartów mi nie zarzucisz - nie, akurat tu miał całkowitą pewność, że może być zupełnie spokojny.
Panował nad własnym fiutem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down