Nie musiała tego robić, nie zaprosiła go też z grzeczności, bo można było o niej powiedzieć wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że była grzeczna i przejmowała się konwenansami. Czy tego chciała, czy nie, Benjy był świadkiem jej porannego upadku, nawet nie jednego, a dwóch, a że wpadła na niego teraz, znowu, zupełnym przypadkiem to skorzystała z okazji. Nie przyznałaby tego w głos, ale chyba nie chciała być sama. Samotność potęgowała u niej te wszystkie nieprzyjemne myśli, które nawiedzały ją od momentu, w którym przeczytała list, gdy dowiedziała się, że jej przyjaciółka została zamordowana.
Nie miała wielkiego wyboru, dom był dzisiaj wyjątkowo opustoszały, zresztą Benjy był dla niej całkiem neutralny, więc rzuciła to krótkie, idziesz nie będąc w stanie stwierdzić, czy faktycznie zdecyduje się za nią pójść. Nie byli przyjaciółmi, nie byli sobie bliscy, a jednak to on dzisiaj widział ją w tym bardzo chujowym momencie. Wsparł ją, jak potrafił, a ona nie zapominała tego, kto znajdował się przy niej, kiedy jej świat się rozsypywał. Mogła go lubić, mogła go nie lubić, ale w głębi duszy czuła, że jest przyzwoitym człowiekiem, co ostatnio wcale nie było takie oczywiste, warto było mieć takich ludzi wokół siebie. Nie powinna w to wątpić, bo Ambroise należał do osób, które skrupulatnie wybierały osoby, które znajdowały się blisko niego.
Nie sądziła, że musiała tłumaczyć dokąd idą, po co idą, tym bardziej, że Fenwick nie zadał tego pytania, tylko po prostu ruszył za nią. To sporo ułatwiało, bo gdyby zadał jej to pytanie, to pewnie sama nie znałaby odpowiedzi.
Świeże powietrze uderzyło w nią gdy znaleźli się na zewnątrz, potrzebowała tego, bo powoli zaczynała czuć się jak w klatce, a to nigdy nie przynosiło niczego dobrego. Odetchnęła głęboko, przymknęła na moment oczy, a później ruszyła dalej. Pewnym krokiem, szybkim tempem, jakby wiedziała dokąd ich prowadzi.
Nie odzywała się przy tym ani słowem, nie należeli do osób, które potrzebowały tych niezobowiązujących pogawędek, nie byli takimi ludźmi. W końcu weszli do lasu, póki co było to kilka drzew, jednak otoczenie zmieniało swój zapach, na ten który uspokajał ją najbardziej. Mech, żywica, ziemia. Jeszcze chwila i będzie w domu.
Wyciągnęła jeden ze swoich noży, trzymała go w lewej dłoni, obserwowała przy tym otoczenie, coś poruszyło się w krzakach, najprawdopodobniej zając postanowił uciec wystraszony odgłosem zbliżających się kroków. Nie były to zwierzęta, na które polowała, znajdowały się nieco poza zakresem jej zainteresowań.
Dostrzegła za to duże drzewo, stało idealnie na wprost, jakby czekało na to, aż zostanie częścią czyjejś historii, był to dąb, chyba dąb, Ambroise na pewno bardzo dokładnie by jej opisał ten okaz, ale nie było go tutaj, był za to Benjy. Przystanęła w miejscu, spojrzała na mężczyznę który szedł z nią, bez słowa wyciągnęła jeden ze swoich noży i mu wręczyła, spodziewała się, że na pewno miał przy sobie coś swojego, tacy jak on nie wychodzili z sypialni nieuzbrojeni, bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę, bo sama była taka.
Nie czekała, po prostu uniosła rękę, wyciągnęła ją nieco do tyłu, aby się zamachnąć i rzuciła w stronę tego dębu, czy chuj wie czego, drzewa, może tak prościej.
◉◉◉◉◉ AF
Sukces!