10.08.2025, 13:09 ✶
Zmęczenie wgryzło mu się w kości, ale Julian uniósł jedną brew, obserwując całą tę scenę z czymś na kształt rozbawienia i nutą ciekawości. Dziwnie było widzieć Anthony’ego bez tej zwyczajowej, nienaruszalnej pewności siebie. Przez moment zastanawiał się, czy to jego własna obecność potrafiła wprowadzić Shafiqa w takie zakłopotanie, czy może chodziło o coś, co auror jeszcze miał odkryć.
— Co ci spędza sen z powiek w takim razie? — zapytał tonem pozbawionym zarzutu, jednakże nie było w tym miejscu wygodnej drogi ucieczki. Mężczyzna uniósł kieliszek i pozwolił, aby wytrawny smak rozlał się po języku, a spojrzenie powędrowało ponad krawędzią szkła prosto na kolegę obok.
Nie dało się ukryć, że było ich sporo. Oprócz samego mężczyzny, czwórka dorosłych, Tessa, a do tego siostra z dwójką rozbrykanych berbeci. Każdy kąt wypełniony był głosami, krokami, przedmiotami przestawionymi o centymetry w bok, ale chyba było to wystarczające, aby gospodarz wiedział, że ktoś tam był. Tak jakby Julek grzebiący w quasi-kuchni nie był...
— To prawdopodobne. Trzy kobiety, trzy temperamenty i trzy różne wizje tego, jak powinno wyglądać twoje mieszkanie. Białe czy nie, przestało być twoje w chwili, kiedy wpuściłeś je do środka — przyznał z cieniem uśmiechu. — Choć wątpię żebyś w ogóle miał w tej sprawie cokolwiek do powiedzenia. Trochę ci się to przyda, za dużo bieli źle działa na człowieka — odkroił sobie kawałek mięsa, odruchowo przesuwając nóż tak, aby odbijał światło od ostrza. — Więc pozwól im robić swoje. W najgorszym wypadku skończysz w salonie w kolorze zachodu słońca, a w najlepszym… przynajmniej będziesz miał o co się kłócić na rodzinnych obiadach.
Co było jego domem? Czy były to zgliszcza w Dolinie, które stały się niemymi świadkami końca, czy raczej przestronne mieszkanie Anthony’ego, gdzie cała jego rodzina kuliła się w cieniu cudzych ścian i próbowała z poszarpanych skrawków codzienności uszyć coś na kształt nowego życia? Być może miejsce, gdzie przyszedł na świat — na samym dole Ameryki Południowej?
— Zieleń walijskiego… czy jakoś tak to mówiła ta ruda, co czasami wpada do Alice — mruknął, krzywiąc się lekko. Julian zatrzymał spojrzenie na materiale, łącznie z mentalną próbą dopasowania barwy do wspomnienia. — Morze u wybrzeży Chile ma prawie że identyczny odcień. Wyjechałem stamtąd wieki temu, ale ten kolor pamiętam do dziś — skinął głową w stronę szlafroka. — Czemu twoim zdaniem jest nieodpowiedni? Pasuje mi, bo noszę go ja. Cała tajemnica.
— Co ci spędza sen z powiek w takim razie? — zapytał tonem pozbawionym zarzutu, jednakże nie było w tym miejscu wygodnej drogi ucieczki. Mężczyzna uniósł kieliszek i pozwolił, aby wytrawny smak rozlał się po języku, a spojrzenie powędrowało ponad krawędzią szkła prosto na kolegę obok.
Nie dało się ukryć, że było ich sporo. Oprócz samego mężczyzny, czwórka dorosłych, Tessa, a do tego siostra z dwójką rozbrykanych berbeci. Każdy kąt wypełniony był głosami, krokami, przedmiotami przestawionymi o centymetry w bok, ale chyba było to wystarczające, aby gospodarz wiedział, że ktoś tam był. Tak jakby Julek grzebiący w quasi-kuchni nie był...
— To prawdopodobne. Trzy kobiety, trzy temperamenty i trzy różne wizje tego, jak powinno wyglądać twoje mieszkanie. Białe czy nie, przestało być twoje w chwili, kiedy wpuściłeś je do środka — przyznał z cieniem uśmiechu. — Choć wątpię żebyś w ogóle miał w tej sprawie cokolwiek do powiedzenia. Trochę ci się to przyda, za dużo bieli źle działa na człowieka — odkroił sobie kawałek mięsa, odruchowo przesuwając nóż tak, aby odbijał światło od ostrza. — Więc pozwól im robić swoje. W najgorszym wypadku skończysz w salonie w kolorze zachodu słońca, a w najlepszym… przynajmniej będziesz miał o co się kłócić na rodzinnych obiadach.
Co było jego domem? Czy były to zgliszcza w Dolinie, które stały się niemymi świadkami końca, czy raczej przestronne mieszkanie Anthony’ego, gdzie cała jego rodzina kuliła się w cieniu cudzych ścian i próbowała z poszarpanych skrawków codzienności uszyć coś na kształt nowego życia? Być może miejsce, gdzie przyszedł na świat — na samym dole Ameryki Południowej?
— Zieleń walijskiego… czy jakoś tak to mówiła ta ruda, co czasami wpada do Alice — mruknął, krzywiąc się lekko. Julian zatrzymał spojrzenie na materiale, łącznie z mentalną próbą dopasowania barwy do wspomnienia. — Morze u wybrzeży Chile ma prawie że identyczny odcień. Wyjechałem stamtąd wieki temu, ale ten kolor pamiętam do dziś — skinął głową w stronę szlafroka. — Czemu twoim zdaniem jest nieodpowiedni? Pasuje mi, bo noszę go ja. Cała tajemnica.