10.08.2025, 17:01 ✶
Gdyby Helloise miała nie chcieć widywać głupich ludzi, musiałaby do reszty rzucić się w objęcia pustelnictwa. Każdy był z jej perspektywy niedouczony, niewystarczająco otwarty, nie tak uduchowiony, jak powinien. Samej sobie również odmawiała prawa do mianowania się mądrą, była jedynie mniej głupią od pozostałych. Mądrość była zarezerwowana dla bogów i niektórych kapłanów; pozostali błąkali się po ziemi po omacku i nie miało większego znaczenia, co przy tym konkretnie robią.
— Lubię. Poznawanie rzeczy to jedna z największych przyjemności tego świata. Więcej można jej znaleźć jedynie w doświadczaniu go. — Uśmiechnęła się przebiegle.
Aby być cieszącym oko eksponatem, nie trzeba było wymyślnych fryzur ani falbaniastych strojów. Trzeba było sprawnego obserwatora umiejącego odnaleźć piękno w najprostszych formach. Ba, dla Helloise te wszystkie hafty, fałdki sukien i wstążeczki jedynie zaciemniały obraz. Fatałaszki szyły po ludzku niedoskonałe krawcowe — nieraz bardzo wprawne, umiejące skomplementować naturalną urodę, to prawda — lecz człowieka uszyła doskonała Bogini i najpełniej z Boską sztuką obcowało się nago.
Czarownica przyzwyczajona była do tego, że nie zawsze reakcje ludzi, którzy ją spotykali, były pozytywne. Nie wszyscy mieli na tyle wyczulony słuch i bystry umysł, aby pojąć doniosłą istotę spraw, o których mówiła. Zbyt kurczowo czepiali się ziemi i doczesności, aby byli zdolni ujrzeć, co jest naprawdę ważne. Przez to reagowali wrogością, podejrzliwością czy irytacją — tak jak i Lucy w tamtej chwili. Była uparta, lecz z tym większym zadowoleniem Helloise patrzyła, jak haczyk z na wskroś ziemską ofertą zostaje przez wampirzycę połknięty. Coś za coś — transakcja, za jakimi ludzie przepadali. Konieczna, gdy trafiało się na uparciucha niezainteresowanego metafizycznym bełkotem.
— Mogę opowiedzieć ci… przy kolacji. — Idąc tyłem, zrobiła kilka kroków w stronę chatki, kiwając na Rosewood palcem, aby podążyła za nią. — Więcej dowiesz się o tych gołąbeczkach dziś ze mną, niż wystając pod tamtymi oknami; a ugoszczę cię lepiej niż twój smutny barak. Słyszę i widzę wszystko, co dzieje się w Dolinie. Nie pożałujesz.
— Lubię. Poznawanie rzeczy to jedna z największych przyjemności tego świata. Więcej można jej znaleźć jedynie w doświadczaniu go. — Uśmiechnęła się przebiegle.
Aby być cieszącym oko eksponatem, nie trzeba było wymyślnych fryzur ani falbaniastych strojów. Trzeba było sprawnego obserwatora umiejącego odnaleźć piękno w najprostszych formach. Ba, dla Helloise te wszystkie hafty, fałdki sukien i wstążeczki jedynie zaciemniały obraz. Fatałaszki szyły po ludzku niedoskonałe krawcowe — nieraz bardzo wprawne, umiejące skomplementować naturalną urodę, to prawda — lecz człowieka uszyła doskonała Bogini i najpełniej z Boską sztuką obcowało się nago.
Czarownica przyzwyczajona była do tego, że nie zawsze reakcje ludzi, którzy ją spotykali, były pozytywne. Nie wszyscy mieli na tyle wyczulony słuch i bystry umysł, aby pojąć doniosłą istotę spraw, o których mówiła. Zbyt kurczowo czepiali się ziemi i doczesności, aby byli zdolni ujrzeć, co jest naprawdę ważne. Przez to reagowali wrogością, podejrzliwością czy irytacją — tak jak i Lucy w tamtej chwili. Była uparta, lecz z tym większym zadowoleniem Helloise patrzyła, jak haczyk z na wskroś ziemską ofertą zostaje przez wampirzycę połknięty. Coś za coś — transakcja, za jakimi ludzie przepadali. Konieczna, gdy trafiało się na uparciucha niezainteresowanego metafizycznym bełkotem.
— Mogę opowiedzieć ci… przy kolacji. — Idąc tyłem, zrobiła kilka kroków w stronę chatki, kiwając na Rosewood palcem, aby podążyła za nią. — Więcej dowiesz się o tych gołąbeczkach dziś ze mną, niż wystając pod tamtymi oknami; a ugoszczę cię lepiej niż twój smutny barak. Słyszę i widzę wszystko, co dzieje się w Dolinie. Nie pożałujesz.
dotknij trawy