10.08.2025, 21:27 ✶
Mam nadzieję, że nie jesteś jadowita, co? - Błękitne spojrzenie, pełne zaczepności i uroku pochwyciło jego wzrok, pozwalając im przez krótką chwilą trwać w niemym zawieszeniu.
-Kto wie - szepnęła miękko, a na ustach Quirrell pojawił się szelmowski uśmiech, który jednak szybko zniknął wraz z chwilą, gdy dziewczyna odwróciła wzrok. Gdy zwróciła spojrzenie w kierunku Mony, która - według Mathildy - plotła bezsensu, a to niekiedy jej się zdarzało.
Pokręciła głową, przyglądając się Mo tak jakby powiedziała coś zarówno zabawnego co i niezbyt mądrego
-Ty nigdy nie przeszkadzasz, Mo - oświadczyła, mierzwiąc ogniście rude włosy dziewczyny. Obserwowała jak ta przejmuje jej węża, odnosząc się do niego z taką czułością z jaką jedynie Quirrell do niego mówiła.
Ludzie nie przepadali za wężami, uważali je za niebezpieczne - a przynajmniej za niepokojące. Budziły w nich strach, nieufność, czasem obrzydzenie. A jednak nie dla Mo. Ona widziała więcej, sięgała dalej - to jej przyszło kochać szkarady o brudnej duszy, rozumieć kreatury takie jakimi był Artemis, jakimi była Mathilda. Była jak ten promyk porannego słońca, jej śmiech dźwięczny jak dzwoneczki, a wzrok niczym nocne niebo spowite czernią lśnił blaskiem tysiąca gwiazd. Była wyjątkowa, była tą dzięki której wracała wiara w ludzi.
Była jedną z najbliższych osób jakie gościły w życiu Mathildy. Przyjaciółką dla której Quirrell wskoczyłaby w ogień, mimo że ich pierwsze spotkanie było czystym przypadkiem.
-Z Ekstazą... - pociągnęła z głupim uśmiechem. Oh nad tym mogliby się rozwodzić godzinami, a i te były niewystarczające - Wiesz jak to jest... Zresztą - machnęła ręką. Nie było co strzępić języka na temat Ekstazy. Wystarczyło, że musiała w domu słuchać mruczenia Quirrell na temat Loretty. Mathilda starała się trenować sama i robiła to, gdy tylko mogła - a jednak nie zawsze mogła.
-Do lasu? - powtórzyła zaraz za rudowłosą, aby chwilę później zachichotać na przytyk w kierunku Hannibala. Słynne biczowanie z pewnością będzie do niego wracało jeszcze bardzo, ale to bardzo długi czas
-Przynajmniej liczba adoratorek się zwiększy - stwierdziła z rozbawieniem, aby zaraz powrócić do tematu ich wyjścia
-Las brzmi spoko - stwierdziła z miejsca, stwierdzając, że to lepsze aniżeli jedzenie na mieście. Nie za bardzo lubiła jeść publicznie. Chociaż i tak było to lepsze aniżeli częstowanie. Westchnęła do własnych myśli, ruszając w kierunku wyjścia z teatru, zanim zdążyliby się rozmyślić
-Cóż, nie ma na co czekać, chodźcie -oświadczyła.
Droga do lasu przebiegła im stosunkowo szybko i przyjemnie. Pogoda im zdecydowanie dopisywała. Im bliżej lasu tym ciszej, tym spokojniej.
-Idziemy ścieżką czy... - rozejrzała się powoli za wejściem - myślicie, że pojawiły się już grzyby? - zapytała, przechodząc nad zwalonym drzewem - a wiecie, że nie tak daleko stąd jest las wisielców? - dodała z głupim uśmiechem, krocząc udeptaną ścieżką, racząc oczy szmaragdowym krajobrazem.
-Powinniśmy kiedyś się tam wybrać - dodała w wyjątkowo dobrym humorze. Lubiła naturę, lubiła zasłuchiwać się w dźwiękach ptasich treli, lubiła szelest liści i... wolność, która rozpościerała się dookoła.
Chociaż las wisielców bardziej przerażał, aniżeli wabił pięknem to był interesującym miejscem. Interesującym i niebezpiecznym.
-Kto wie - szepnęła miękko, a na ustach Quirrell pojawił się szelmowski uśmiech, który jednak szybko zniknął wraz z chwilą, gdy dziewczyna odwróciła wzrok. Gdy zwróciła spojrzenie w kierunku Mony, która - według Mathildy - plotła bezsensu, a to niekiedy jej się zdarzało.
Pokręciła głową, przyglądając się Mo tak jakby powiedziała coś zarówno zabawnego co i niezbyt mądrego
-Ty nigdy nie przeszkadzasz, Mo - oświadczyła, mierzwiąc ogniście rude włosy dziewczyny. Obserwowała jak ta przejmuje jej węża, odnosząc się do niego z taką czułością z jaką jedynie Quirrell do niego mówiła.
Ludzie nie przepadali za wężami, uważali je za niebezpieczne - a przynajmniej za niepokojące. Budziły w nich strach, nieufność, czasem obrzydzenie. A jednak nie dla Mo. Ona widziała więcej, sięgała dalej - to jej przyszło kochać szkarady o brudnej duszy, rozumieć kreatury takie jakimi był Artemis, jakimi była Mathilda. Była jak ten promyk porannego słońca, jej śmiech dźwięczny jak dzwoneczki, a wzrok niczym nocne niebo spowite czernią lśnił blaskiem tysiąca gwiazd. Była wyjątkowa, była tą dzięki której wracała wiara w ludzi.
Była jedną z najbliższych osób jakie gościły w życiu Mathildy. Przyjaciółką dla której Quirrell wskoczyłaby w ogień, mimo że ich pierwsze spotkanie było czystym przypadkiem.
-Z Ekstazą... - pociągnęła z głupim uśmiechem. Oh nad tym mogliby się rozwodzić godzinami, a i te były niewystarczające - Wiesz jak to jest... Zresztą - machnęła ręką. Nie było co strzępić języka na temat Ekstazy. Wystarczyło, że musiała w domu słuchać mruczenia Quirrell na temat Loretty. Mathilda starała się trenować sama i robiła to, gdy tylko mogła - a jednak nie zawsze mogła.
-Do lasu? - powtórzyła zaraz za rudowłosą, aby chwilę później zachichotać na przytyk w kierunku Hannibala. Słynne biczowanie z pewnością będzie do niego wracało jeszcze bardzo, ale to bardzo długi czas
-Przynajmniej liczba adoratorek się zwiększy - stwierdziła z rozbawieniem, aby zaraz powrócić do tematu ich wyjścia
-Las brzmi spoko - stwierdziła z miejsca, stwierdzając, że to lepsze aniżeli jedzenie na mieście. Nie za bardzo lubiła jeść publicznie. Chociaż i tak było to lepsze aniżeli częstowanie. Westchnęła do własnych myśli, ruszając w kierunku wyjścia z teatru, zanim zdążyliby się rozmyślić
-Cóż, nie ma na co czekać, chodźcie -oświadczyła.
Droga do lasu przebiegła im stosunkowo szybko i przyjemnie. Pogoda im zdecydowanie dopisywała. Im bliżej lasu tym ciszej, tym spokojniej.
-Idziemy ścieżką czy... - rozejrzała się powoli za wejściem - myślicie, że pojawiły się już grzyby? - zapytała, przechodząc nad zwalonym drzewem - a wiecie, że nie tak daleko stąd jest las wisielców? - dodała z głupim uśmiechem, krocząc udeptaną ścieżką, racząc oczy szmaragdowym krajobrazem.
-Powinniśmy kiedyś się tam wybrać - dodała w wyjątkowo dobrym humorze. Lubiła naturę, lubiła zasłuchiwać się w dźwiękach ptasich treli, lubiła szelest liści i... wolność, która rozpościerała się dookoła.
Chociaż las wisielców bardziej przerażał, aniżeli wabił pięknem to był interesującym miejscem. Interesującym i niebezpiecznym.