11.08.2025, 19:04 ✶
Dægberht Flint nie wydawał się być człowiekiem głupim ani nieporadnym, a jednak coś w wyrazie jego twarzy rozmywało to nabudowane wcześniej wrażenie. Podróżnik, zdobywca – niby się nie spodziewasz po kimś takim fanatycznego odklejenia, skoro zwiedził tak wiele lądów, zaczerpnął wiedzy z tak wielu kultur, radził sobie na samym końcu świata... a jednak wydawał się teraz tak beztrosko nieporadny, jak dziecko zagubione w czymś, czego jego mały umysł nie mógł pojąć.
Piękny uśmiech mógł w takich warunkach wydawać się uśmiechem okrucieństwa. Flint musiał być jednym z ludzi, którzy zachowywali uniesione kąciki ust nawet wtedy, kiedy wyrywali robakowi kończynę za kończyną.
– Słucham? – Zapytał jakże beztrosko, słysząc swoje nazwisko, jeszcze nie wyczuwając narastającej powagi i napięcia. Skinął głową. No jak nie chciał tego wiadra, to go przecież nie będzie zmuszał. Co prawda zmywanie wymiocin z pokładu to nie było jego najulubieńsze z zajęć, ale skłamałby mówiąc, że nie miał w tym żadnego doświadczenia. Jego wątroba czasami błagała go o w tył zwrot jeszcze zanim przekroczył nogą próg portowej knajpy. A on przecież nie mógł kłamać. – Oh, masz chorobę morską? A podobno mają ją tylko... – baby, chciał dokończyć, ale zamiast tego uśmiechnął się szerzej. To był dokładnie ten moment, w którym Vivianne kopnęłaby go w kostkę i poczuł to, chociaż byłą żonę zostawił daleko, daleko za sobą, w pięknej posiadłości rodzinnej na rogu, tuż przy parku...
Chciał go jakoś pocieszyć.
Jesteśmy blisko.
Zaraz będziemy!
Już zawracam...
Cóż... nie mógł tego zrobić. Sama myśl o wyduszeniu czegokolwiek sprawiła, że wytatuowana na lewej łopatce pieśń pochwalna zapłonęła ogniem. Powstrzymał syknięcie, jego uśmiech poszerzył się jeszcze mocniej. Nie dało się być już bardziej upiornym w bierności i zasłanianiu każdej krzywej myśli wesołą miną.
– Cóóóż, możee... Weź to wiadro jednak, popatrz sobie na niebo – mówił, idąc dziwacznie w kierunku steru, żeby przed zrobieniem tej herbatki zmienić jednak kierunek, w którym płynęli. – Wyobraź sobie, że jedziesz na grzbiecie wielbłąda może? Nie wiem, czy ci już to opowiadałem, ale sporą część życia spędziłem w Kairze... – Jasnym stało się, że jeżeli nic mu teraz nie przerwie, to zaleje go kolejną kompletnie niepasującą do sytuacji opowieścią. Z drugiej strony – czy nie tego uzdrowiciel teraz potrzebował?
Piękny uśmiech mógł w takich warunkach wydawać się uśmiechem okrucieństwa. Flint musiał być jednym z ludzi, którzy zachowywali uniesione kąciki ust nawet wtedy, kiedy wyrywali robakowi kończynę za kończyną.
– Słucham? – Zapytał jakże beztrosko, słysząc swoje nazwisko, jeszcze nie wyczuwając narastającej powagi i napięcia. Skinął głową. No jak nie chciał tego wiadra, to go przecież nie będzie zmuszał. Co prawda zmywanie wymiocin z pokładu to nie było jego najulubieńsze z zajęć, ale skłamałby mówiąc, że nie miał w tym żadnego doświadczenia. Jego wątroba czasami błagała go o w tył zwrot jeszcze zanim przekroczył nogą próg portowej knajpy. A on przecież nie mógł kłamać. – Oh, masz chorobę morską? A podobno mają ją tylko... – baby, chciał dokończyć, ale zamiast tego uśmiechnął się szerzej. To był dokładnie ten moment, w którym Vivianne kopnęłaby go w kostkę i poczuł to, chociaż byłą żonę zostawił daleko, daleko za sobą, w pięknej posiadłości rodzinnej na rogu, tuż przy parku...
Chciał go jakoś pocieszyć.
Jesteśmy blisko.
Zaraz będziemy!
Już zawracam...
Cóż... nie mógł tego zrobić. Sama myśl o wyduszeniu czegokolwiek sprawiła, że wytatuowana na lewej łopatce pieśń pochwalna zapłonęła ogniem. Powstrzymał syknięcie, jego uśmiech poszerzył się jeszcze mocniej. Nie dało się być już bardziej upiornym w bierności i zasłanianiu każdej krzywej myśli wesołą miną.
– Cóóóż, możee... Weź to wiadro jednak, popatrz sobie na niebo – mówił, idąc dziwacznie w kierunku steru, żeby przed zrobieniem tej herbatki zmienić jednak kierunek, w którym płynęli. – Wyobraź sobie, że jedziesz na grzbiecie wielbłąda może? Nie wiem, czy ci już to opowiadałem, ale sporą część życia spędziłem w Kairze... – Jasnym stało się, że jeżeli nic mu teraz nie przerwie, to zaleje go kolejną kompletnie niepasującą do sytuacji opowieścią. Z drugiej strony – czy nie tego uzdrowiciel teraz potrzebował?
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr