11.08.2025, 19:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2025, 20:14 przez Oleander Crouch.)
Playlista do przesłuchania.
Pierwsze dźwięki zamknęły sale w nastrojowym półmroku nieznanego; muzyka nakreślała historię, bo nie grano jej tego wieczora tylko na instrumentach, ale też odpowiednich strunach i klawiszach emocji widowni. Odsłonięta orkiestra prezentowała się oczom widza, który mógł śledzić losy muzyki nie tylko uszami, ale też oczyma. Stawiało to muzykę w istotnym punkcie przedstawienia, była ona nieoderwalną częścią ambientu, ale też motywem przewodnim co ważniejszych postaci, by naprowadzić emocje widza na odpowiednie podtony własnej ekstazy.
Zanim do pierwszych paru nut zagranych z klucza basowego dołączyła złożoność kolejnych, niskie drgania opanowały rozpiętość sali utworem, wtargnęły w nawet najskrytsze zakamarki; dla odmiany od rzeczywistości, nie dyskryminowały, pozwalały zanurzyć się w atmosferze wspomnień i melancholii nawet tym, którym przyszło zasiąść w najbardziej zasłoniętych miejscach.
Sam Oleander grał utwór inspirowanym koncertem fortepianowym Rachmaninowa, otoczony orkiestrą, bezwstydnie, bo już prawie na samym początku, wkomponował w spektakl swój występ solowy, przechodzący w ‘konwersację’ reszty instrumentów, z klawiszami. Do wiodącego fortepianu, wraz z rozwojem historii i opanowania sceny przez przedśmiertne wizje Merlina, dołączały kolejne instrumenty. Orkiestra prowadziła historię równie czujnie, co aktorzy odgrywający swoje role, sam Oleander nie stroniłby od stwierdzenia, że to muzyka nakreślała kolejne akty, że dzięki niej sztuka zachowywała swą płynność. Gdy dłonie na klawiszach przyspieszały, zaraz podążała za nimi reszta instrumentów, w odpowiedzi, jakoby walce, tej samej, którą na scenie odbywał główny bohater – rozerwany pomiędzy obowiązkiem, a własną satysfakcją i pragnieniami. Do barwy dźwięków wkrada się pomarańcz Ekstazy, zdawała się drążyć swą własną drogę przemykając po klawiszach fortepianu, tak samo zwinnie, jak dłonie muzyka; barwa kojarzona z zazdrością, tak też została przez Oleandra poprowadzona. Wykorzystał uczucie, które sam doskonale znał, by oddać idącą wraz z nią całą gamę emocji. Przedzierająca się przez mocny front powinności, nie poddająca w swej tanecznej batalii pomarańczowa Ekstaza, nie mogła stronić od zazdrości, inaczej w ogóle nie byłoby jej na scenie. Muzyka opowiadała historię sięgania wewnątrz siebie, ale też odnajdywania w tym satysfakcji, przez ból i wybieranie trudniejszych, wiodących po stromych zboczach ścieżek, prowadzących na dwory królewskie; wydawać by się mogło, zwieńczenie wysiłków.
Pod osłoną półmroku, Oleander przemknął między muzykami, oddalając się od fortepianu, podążył sobie tylko znaną droga krętych korytarzy The Globe, pozwalając baletowym krokom i orkiestrze z nutami bliskimi Manfredowi Czajkowskiego, by pojawić się w dwuosobowej loży, w której miał doglądać kolejnych zmagań orkiestry.
Dwór Króla Arthura tonął w podniosłości trąb, ale nie oszczędzono mu filuterności fletu. Złożoność uwertury wygrywała rytmiczną historię, przedstawiając widzom kolejną, istotną część spektaklu; niema ambicja napierała na uszy instrumentami dętymi, pociągała za zmysły płynną czernią smyczków, krążyła wokół przesmykującej się w powinności, pomarańczu esktazy, a jednocześnie próbowała przykryć ją płachtą nocy, jak to ciemne barwy mają w zwyczaju.
Uwertura, tak jak obowiązek głównego bohatera, przeplatała się intensywnie bujając głowę w rytmiczności tańca kolejnych scen baletowych, by nasilić się w swojej kulminacji, gdy bicz uderza o zrozpaczone plecy. I w końcu dokonuje się: Merlin i jego Ekstaza są jednością, tak jak tematy muzyczne, splatają się ciasno. Gdy tancerze w końcu zamierają, sala tonie w spokojnych dźwiękach smyczków, głowy widowni przechylają się w zrozumieniu bądź emocjonalnej uldze.
Spokój jest chwilowy, zaraz na tapete wchodzi znów walka dwóch żywiołów, Morgana i Merlin w pełni sił, w swej tańczącej ekstazie; choć podprogowo wydaje się podbijać napięcie, znajdując w walce przyjemność, przerywa cierpienie i wyzwala niepojętą dotychczas siłę; razem są niepokonani, mogą przezwyciężyć przeciwności losu, które rysowały się pędzlem niezdobytego szczytu. W mocnym doznaniu, przebijające się przez szybkie skrzypce wiolonczele, określają przychodzące zrozumienie - bez siebie nie osiągną satysfakcji, będą się błąkać wśród meandrów spokojnie przygrywanej muzyki; czerń i pomarańcz ścierają się ze sobą, ten drugi w pełni sił, w rozkwicie, już nie jako wiodąca zazdrością, skrywana w odmętach umysłu sprośna tajemnica. Dopełnia się najistotniejsze, satysfakcja bierze górę, Ekstaza triumfuje, tańczy z Merlinem i pozwala mu w końcu w pełni poczuć, jak to jest być całością.
I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie drobna, przekręcona nuta, na którą siedzący już w loży Oleander skrzywił się, widocznie, wręcz wzdrygnął, co zapewne odczuwalne było przez siedzącego obok Desmonda. Przewrócił oczyma, acz zaraz oparł głowę na dłoni, przyglądając się reszcie spektaklu.
– Nie obeszłoby się bez choć jednej nuty fałszu – mruknął tylko, odpowiednio cicho, bo choć mieli wystarczająco prywatności, nie lekceważył siły wibracji, które mógł do pomieszczenia wnieść głos.
Zwieńczenie historii utonęło w fanfarach złączonych ze sobą instrumentów, w mnogości ich dźwięków napierających na uszy, aby ustąpić prostocie fletu i skrzypiec, które wraz z uśmiechem na twarzy Merlina, zapowiedziały opadającą kurtynę i nadchodzące po niej, w rozjaśnionej już blaskiem końca sali, oklaski.
Pierwsze dźwięki zamknęły sale w nastrojowym półmroku nieznanego; muzyka nakreślała historię, bo nie grano jej tego wieczora tylko na instrumentach, ale też odpowiednich strunach i klawiszach emocji widowni. Odsłonięta orkiestra prezentowała się oczom widza, który mógł śledzić losy muzyki nie tylko uszami, ale też oczyma. Stawiało to muzykę w istotnym punkcie przedstawienia, była ona nieoderwalną częścią ambientu, ale też motywem przewodnim co ważniejszych postaci, by naprowadzić emocje widza na odpowiednie podtony własnej ekstazy.
Zanim do pierwszych paru nut zagranych z klucza basowego dołączyła złożoność kolejnych, niskie drgania opanowały rozpiętość sali utworem, wtargnęły w nawet najskrytsze zakamarki; dla odmiany od rzeczywistości, nie dyskryminowały, pozwalały zanurzyć się w atmosferze wspomnień i melancholii nawet tym, którym przyszło zasiąść w najbardziej zasłoniętych miejscach.
Sam Oleander grał utwór inspirowanym koncertem fortepianowym Rachmaninowa, otoczony orkiestrą, bezwstydnie, bo już prawie na samym początku, wkomponował w spektakl swój występ solowy, przechodzący w ‘konwersację’ reszty instrumentów, z klawiszami. Do wiodącego fortepianu, wraz z rozwojem historii i opanowania sceny przez przedśmiertne wizje Merlina, dołączały kolejne instrumenty. Orkiestra prowadziła historię równie czujnie, co aktorzy odgrywający swoje role, sam Oleander nie stroniłby od stwierdzenia, że to muzyka nakreślała kolejne akty, że dzięki niej sztuka zachowywała swą płynność. Gdy dłonie na klawiszach przyspieszały, zaraz podążała za nimi reszta instrumentów, w odpowiedzi, jakoby walce, tej samej, którą na scenie odbywał główny bohater – rozerwany pomiędzy obowiązkiem, a własną satysfakcją i pragnieniami. Do barwy dźwięków wkrada się pomarańcz Ekstazy, zdawała się drążyć swą własną drogę przemykając po klawiszach fortepianu, tak samo zwinnie, jak dłonie muzyka; barwa kojarzona z zazdrością, tak też została przez Oleandra poprowadzona. Wykorzystał uczucie, które sam doskonale znał, by oddać idącą wraz z nią całą gamę emocji. Przedzierająca się przez mocny front powinności, nie poddająca w swej tanecznej batalii pomarańczowa Ekstaza, nie mogła stronić od zazdrości, inaczej w ogóle nie byłoby jej na scenie. Muzyka opowiadała historię sięgania wewnątrz siebie, ale też odnajdywania w tym satysfakcji, przez ból i wybieranie trudniejszych, wiodących po stromych zboczach ścieżek, prowadzących na dwory królewskie; wydawać by się mogło, zwieńczenie wysiłków.
Pod osłoną półmroku, Oleander przemknął między muzykami, oddalając się od fortepianu, podążył sobie tylko znaną droga krętych korytarzy The Globe, pozwalając baletowym krokom i orkiestrze z nutami bliskimi Manfredowi Czajkowskiego, by pojawić się w dwuosobowej loży, w której miał doglądać kolejnych zmagań orkiestry.
Dwór Króla Arthura tonął w podniosłości trąb, ale nie oszczędzono mu filuterności fletu. Złożoność uwertury wygrywała rytmiczną historię, przedstawiając widzom kolejną, istotną część spektaklu; niema ambicja napierała na uszy instrumentami dętymi, pociągała za zmysły płynną czernią smyczków, krążyła wokół przesmykującej się w powinności, pomarańczu esktazy, a jednocześnie próbowała przykryć ją płachtą nocy, jak to ciemne barwy mają w zwyczaju.
Uwertura, tak jak obowiązek głównego bohatera, przeplatała się intensywnie bujając głowę w rytmiczności tańca kolejnych scen baletowych, by nasilić się w swojej kulminacji, gdy bicz uderza o zrozpaczone plecy. I w końcu dokonuje się: Merlin i jego Ekstaza są jednością, tak jak tematy muzyczne, splatają się ciasno. Gdy tancerze w końcu zamierają, sala tonie w spokojnych dźwiękach smyczków, głowy widowni przechylają się w zrozumieniu bądź emocjonalnej uldze.
Spokój jest chwilowy, zaraz na tapete wchodzi znów walka dwóch żywiołów, Morgana i Merlin w pełni sił, w swej tańczącej ekstazie; choć podprogowo wydaje się podbijać napięcie, znajdując w walce przyjemność, przerywa cierpienie i wyzwala niepojętą dotychczas siłę; razem są niepokonani, mogą przezwyciężyć przeciwności losu, które rysowały się pędzlem niezdobytego szczytu. W mocnym doznaniu, przebijające się przez szybkie skrzypce wiolonczele, określają przychodzące zrozumienie - bez siebie nie osiągną satysfakcji, będą się błąkać wśród meandrów spokojnie przygrywanej muzyki; czerń i pomarańcz ścierają się ze sobą, ten drugi w pełni sił, w rozkwicie, już nie jako wiodąca zazdrością, skrywana w odmętach umysłu sprośna tajemnica. Dopełnia się najistotniejsze, satysfakcja bierze górę, Ekstaza triumfuje, tańczy z Merlinem i pozwala mu w końcu w pełni poczuć, jak to jest być całością.
I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie drobna, przekręcona nuta, na którą siedzący już w loży Oleander skrzywił się, widocznie, wręcz wzdrygnął, co zapewne odczuwalne było przez siedzącego obok Desmonda. Przewrócił oczyma, acz zaraz oparł głowę na dłoni, przyglądając się reszcie spektaklu.
– Nie obeszłoby się bez choć jednej nuty fałszu – mruknął tylko, odpowiednio cicho, bo choć mieli wystarczająco prywatności, nie lekceważył siły wibracji, które mógł do pomieszczenia wnieść głos.
Zwieńczenie historii utonęło w fanfarach złączonych ze sobą instrumentów, w mnogości ich dźwięków napierających na uszy, aby ustąpić prostocie fletu i skrzypiec, które wraz z uśmiechem na twarzy Merlina, zapowiedziały opadającą kurtynę i nadchodzące po niej, w rozjaśnionej już blaskiem końca sali, oklaski.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦