Im dalej było od ziemi i roślin, tym bardziej czuł zmęczenie. Tegoroczny dziki rozrost dał mu się mocno we znaki i dobrze, że na jego własnej gospodarce synowie dzielnie pomagali żonie, a córka ogarniała domostwo. Inaczej nigdyby nie dali rady, bo tak jak rośliny mile widziane rosły szybko i sprawnie, tak i te... niemile widziane, albo i nigdy nie widziane, których magia zdawała się tak chaotyczna jak szkodliwa. Ile razy spluwał przez lewe ramię, w domie rył runy obronne, opalał włosy domowników po kątach w gromnicy poświęconej Matce? Od Lammas nieco się uspokoiło, ale i tak urobiony był po czubek pomarszczonego czoła.
Dlatego chwila dechnięcia z panem Bootem bardzo mu była w smak i to piwo... tak cudownie chłodne. Złotowłosy chłopak wzbudzał w nim najcieplejsze myśli, choć oczywista nie raz i nie dwa wyklinał nań w domu za ilość pracy i szalonych pomysłów. Te pomysły jednak przyniosły mu sławę i bogactwo, a dobremu staremu Joshowi to cudownie wspaniałe ekstatyczne...
– Mm... mmmMHmmm... – na razie nic nie mówił, na razie degustował, próbując swoje krzaczaste brwi ściągnąć w kontemplacji trunku, który już był niebem zamieszkałym w jego ustach. Skwar i zmęczenie potęgowały tylko to poczucie niebiańskości i ulgi, która rozlewała się przyjemnym dreszczem po całym ciele. O ileż wolał skroploną chłodną wodę na szkle aniżeli skroplony pot na własnym czole? O ileż bardziej i wspanialej było tak delektować się słodkim, ale nie za słodkim pociągniętym kwaskową goryczką, ale tak nie za bardzo tak idealnie... Próbował być bardzo profesjonalny i rzetelny, zgodnie z życzeniem swojego pracodawcy, ale po minucie utrzymywania fasady rozpłynął się w błogości. – Najlepsze jakie dotąd piłem... – wyszeptał z nabożną czcią, ocierając spierzchnięte od słońca wargi.
Dlatego chwila dechnięcia z panem Bootem bardzo mu była w smak i to piwo... tak cudownie chłodne. Złotowłosy chłopak wzbudzał w nim najcieplejsze myśli, choć oczywista nie raz i nie dwa wyklinał nań w domu za ilość pracy i szalonych pomysłów. Te pomysły jednak przyniosły mu sławę i bogactwo, a dobremu staremu Joshowi to cudownie wspaniałe ekstatyczne...
– Mm... mmmMHmmm... – na razie nic nie mówił, na razie degustował, próbując swoje krzaczaste brwi ściągnąć w kontemplacji trunku, który już był niebem zamieszkałym w jego ustach. Skwar i zmęczenie potęgowały tylko to poczucie niebiańskości i ulgi, która rozlewała się przyjemnym dreszczem po całym ciele. O ileż wolał skroploną chłodną wodę na szkle aniżeli skroplony pot na własnym czole? O ileż bardziej i wspanialej było tak delektować się słodkim, ale nie za słodkim pociągniętym kwaskową goryczką, ale tak nie za bardzo tak idealnie... Próbował być bardzo profesjonalny i rzetelny, zgodnie z życzeniem swojego pracodawcy, ale po minucie utrzymywania fasady rozpłynął się w błogości. – Najlepsze jakie dotąd piłem... – wyszeptał z nabożną czcią, ocierając spierzchnięte od słońca wargi.