12.08.2025, 17:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.08.2025, 17:45 przez Gabriel Montbel.)
Każde słowo, każdy gest… teraz, gdy krzyk już przeminął, gdy żal wraz z falami przybył i odszedł, gdy wiatr ryczał i szarpał drobnymi ciałami na szczycie wyłączonej latarni. Jonathan wypowiedział jego imię (jedno z czterech, czy trzech zależnie jak liczyć Jean Baptiste) i choć nadal nie było to jego prawdziwe imię, tak nie mógł powstrzymać się od zduszonego westchnięcia, bo och, jakże pięknie układały mu się te zgłoski na języku, nawet jeśli nigdy już nie wypowie ich z uczuciami, które przeminęły.
Trwał wbity w podest, trwał wrośnięty w barierkę, trzymając wciąż różdżkę, którą ściągnął dla swojej wyśnionej miłości gwiazdy, aby widokiem łączącej ich nici przypieczętować rozejm. Zaryzykował, bo nie wiedział jakie barwy dostrzeże Selwyn, ale najwidoczniej rzeczywiście nastąpiła w nich jakaś zmiana, nie tylko w pozorze, ale i substancji obopólnej dynamiki i zrozumienia.
A potem Jonathan złożył swoją ofertę, która w pewien sposób wymagałaby doprecyzowania. Przyjaźń, ale taka, która pozwala dalej rozmawiać? Czasami? Czy nie można byłoby tego nazwać znajomymi? Kolegami? Stopniowanie ludzkiej zażyłości nie było jednak czymś, czym hrabia kiedykolwiek zawracał sobie głowę. Podobnie nie znał do bólu wyświechtanego zwrotu: Zostańmy przyjaciółmi, niebywale rzadko wypowiadanego szczerze, głównie po to, by sam wypowiadający te słowa poprawił sobie humor. Nie. Gabriel usłyszał tylko w okalającym ich poszumie propozycję, na którą mógł przystać. Chciał przystać. Rozpaczliwie pragnął przystać. Jakoś to wytłumaczy Lucy, choć… może nie dziś?
Uniósł głowę, jego oczy rozwarte były wciąż szeroko. Umysł w widoczny sposób procesował. Potem odwrócił ją trochę, zapatrzony w niebyt, zapatrzony we wnętrze własnej duszy. Zamrugał i w końcu obrócił się do Jonathana. Zdziwiony, ale przez to i bardzo poważny w swoich następnych słowach: bez kpiny, bez zjadliwości, ale też bez zawodzenia poranionego serca.
– Niech będzie zgodnie z Twoją wolą. Ale jeśli jeszcze raz wyślesz mi taki list, jak w ubiegłym tygodniu, nigdy więcej nie uwierzę w Twoją dobrą wolę. – wypowiedział te słowa i nim emocje wezbrałyby w nim zbyt mocno, nim wpadłby w spiralę myśli o tym jak powinni, a jak nie powinni się żegnać, nim chciał by poprosić, by wymówił jego nowe-stare imię jeszcze raz, nim zacząłby wspominać, jak pożegnali się ostatnim razem, może jeszcze jeden raz, kolejny ostatni raz? Nim to wszystko się stało, po prostu uniósł różdżkę i zniknął.
Pakt został zawiązany.
Trwał wbity w podest, trwał wrośnięty w barierkę, trzymając wciąż różdżkę, którą ściągnął dla swojej wyśnionej miłości gwiazdy, aby widokiem łączącej ich nici przypieczętować rozejm. Zaryzykował, bo nie wiedział jakie barwy dostrzeże Selwyn, ale najwidoczniej rzeczywiście nastąpiła w nich jakaś zmiana, nie tylko w pozorze, ale i substancji obopólnej dynamiki i zrozumienia.
A potem Jonathan złożył swoją ofertę, która w pewien sposób wymagałaby doprecyzowania. Przyjaźń, ale taka, która pozwala dalej rozmawiać? Czasami? Czy nie można byłoby tego nazwać znajomymi? Kolegami? Stopniowanie ludzkiej zażyłości nie było jednak czymś, czym hrabia kiedykolwiek zawracał sobie głowę. Podobnie nie znał do bólu wyświechtanego zwrotu: Zostańmy przyjaciółmi, niebywale rzadko wypowiadanego szczerze, głównie po to, by sam wypowiadający te słowa poprawił sobie humor. Nie. Gabriel usłyszał tylko w okalającym ich poszumie propozycję, na którą mógł przystać. Chciał przystać. Rozpaczliwie pragnął przystać. Jakoś to wytłumaczy Lucy, choć… może nie dziś?
Uniósł głowę, jego oczy rozwarte były wciąż szeroko. Umysł w widoczny sposób procesował. Potem odwrócił ją trochę, zapatrzony w niebyt, zapatrzony we wnętrze własnej duszy. Zamrugał i w końcu obrócił się do Jonathana. Zdziwiony, ale przez to i bardzo poważny w swoich następnych słowach: bez kpiny, bez zjadliwości, ale też bez zawodzenia poranionego serca.
– Niech będzie zgodnie z Twoją wolą. Ale jeśli jeszcze raz wyślesz mi taki list, jak w ubiegłym tygodniu, nigdy więcej nie uwierzę w Twoją dobrą wolę. – wypowiedział te słowa i nim emocje wezbrałyby w nim zbyt mocno, nim wpadłby w spiralę myśli o tym jak powinni, a jak nie powinni się żegnać, nim chciał by poprosić, by wymówił jego nowe-stare imię jeszcze raz, nim zacząłby wspominać, jak pożegnali się ostatnim razem, może jeszcze jeden raz, kolejny ostatni raz? Nim to wszystko się stało, po prostu uniósł różdżkę i zniknął.
Pakt został zawiązany.
Postać opuszcza sesję