12.08.2025, 20:34 ✶
Było w Naturze prócz wrogości, ofiar oraz drapieżników, miejsce również na troskę i przyjaźń. Bez tego świat nie byłby pełnią, gdyby współczucia nie budził widok cierpiącej istoty i gdyby ręka wyciągnięta po pomoc spotykała zewsząd odtrącenie.
Widząc szarżującego przez podwórze niedźwiedzia, Helloise wybudziła się z sennej melancholii. Zapaliła świecę w niewielkim lampionie i z tym migotliwym światełkiem w ręce wyszła za próg, gdzie huczała burza. Z daleka mogła poznać, że zwierzę jest ranne, lecz nawet gdyby było w pełni sił i przychodziło do domu czarownicy, szczerząc kły, powitałaby je. W miarę tego jak zwierz zbliżał się do wejścia chaty, Helloise — choć stała nieruchomo, śledząc go wyłącznie wzrokiem — stawała się coraz czujniejsza na wypadek, gdyby nie zatrzymał się i musiała uskoczyć.
Lecz nie staranował jej. Czuła widmo jego gorącego oddechu na twarzy, a zapach mokrego futra i metalicznej krwi uderzył już nozdrza, lecz w ostatniej chwili niedźwiedź padł u jej stóp. W następnej chwili był już mężczyzną — młodym poranionym chłopakiem.
Hela przykucnęła, odstawiając lampion na deski tarasu.
— Nie tutaj, niedźwiadku — pochyliła się nad swoim gościem nisko, aby jej głos przebił się przez nawałnicę. Pogłaskała mokre włosy, zatrzymała rękę na rozgorączkowanym czole i powiodła wzrokiem po porwanym ciele. Rany były głębokie i Matka jedna raczyła wiedzieć, czy Helloise będzie w stanie coś na nie poradzić uzbrojona w swoją chałupniczą wiedzę o lecznictwie. Należało jednak trwać w wierze, wznosić modlitwy, zaakceptować wyroki, jakiekolwiek by nie były. — Nie tutaj. Jeszcze kilka kroków, chodź ze mną.
Spróbowała pomóc zamroczonemu mężczyźnie podźwignąć się, wesprzeć go na sobie i poprowadzić do ciepłego, zielonego wnętrza chaty, aby ułożyć go przy ogniu.
Widząc szarżującego przez podwórze niedźwiedzia, Helloise wybudziła się z sennej melancholii. Zapaliła świecę w niewielkim lampionie i z tym migotliwym światełkiem w ręce wyszła za próg, gdzie huczała burza. Z daleka mogła poznać, że zwierzę jest ranne, lecz nawet gdyby było w pełni sił i przychodziło do domu czarownicy, szczerząc kły, powitałaby je. W miarę tego jak zwierz zbliżał się do wejścia chaty, Helloise — choć stała nieruchomo, śledząc go wyłącznie wzrokiem — stawała się coraz czujniejsza na wypadek, gdyby nie zatrzymał się i musiała uskoczyć.
Lecz nie staranował jej. Czuła widmo jego gorącego oddechu na twarzy, a zapach mokrego futra i metalicznej krwi uderzył już nozdrza, lecz w ostatniej chwili niedźwiedź padł u jej stóp. W następnej chwili był już mężczyzną — młodym poranionym chłopakiem.
Hela przykucnęła, odstawiając lampion na deski tarasu.
— Nie tutaj, niedźwiadku — pochyliła się nad swoim gościem nisko, aby jej głos przebił się przez nawałnicę. Pogłaskała mokre włosy, zatrzymała rękę na rozgorączkowanym czole i powiodła wzrokiem po porwanym ciele. Rany były głębokie i Matka jedna raczyła wiedzieć, czy Helloise będzie w stanie coś na nie poradzić uzbrojona w swoją chałupniczą wiedzę o lecznictwie. Należało jednak trwać w wierze, wznosić modlitwy, zaakceptować wyroki, jakiekolwiek by nie były. — Nie tutaj. Jeszcze kilka kroków, chodź ze mną.
Spróbowała pomóc zamroczonemu mężczyźnie podźwignąć się, wesprzeć go na sobie i poprowadzić do ciepłego, zielonego wnętrza chaty, aby ułożyć go przy ogniu.
dotknij trawy