12.08.2025, 23:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.08.2025, 23:19 przez Elliott Malfoy.)
Żył w przekonaniu, że w momencie przygotowań do własnego wesela będzie czuł jedynie rozgoryczenie i nawracające nudności, ból brzucha; wizja dołączającej do niego na ślubnym kobiercu kobiety równała się z ojcowskim triumfem, całkowitą dominacją jego własnych pragnień - ile czasu jeszcze mu zostało na bycie sobą, jeżeli każdą decyzję podejmuje za niego ktoś inny? Ku własnemu zdziwieniu, czuł się dobrze z myślą o Simone Slughorn przybierającej jego nazwisko, wsuwającej mu obrączkę na palec, a on, w tym konserwatywnym rytuale, również jej; gubił się w bliskości, pocałunkach i dotyku, nie przychodziły mu one naturalnie, nie odczuwał potrzeby złączenia jej ciała ze swoim. Mimo to, kobieta stała się jego dobrą znajomą, potem przyjaciółką - jeżeli w ogóle kogokolwiek mógł tak nazywać w swoim życiu przepełnionym niepewnością i oblepiającym lękiem. Słowo kochanka brzmiało pusto wypowiadane jego ustami; nieistniejąca namiętność nakładała się przymusem definicji i niczym więcej, gdy z rozgorączkowanym zaangażowaniem wypowiadał imiona innych mężczyzn, otaczając ich najskrytszymi pragnieniami, których Simone miała nigdy nie doświadczyć. Postanowił być ze sobą cierpliwym, rozwijać tę relację tak, jak się powinno - powoli, z szacunkiem i zaangażowaniem; poddał się rodowej powinności w przypływie goryczy płynącej z zakończenia wieloletniego romansu. Pchnięty w szpony wiekowych tradycji, nie uniósł dumnie głowy, a uklęknął oddając swe życie w lenno.
Mediolan był prostym wyborem mimo swej złożoności. Jeszcze zanim poznał przyszłą zonę, obiecał sobie, że garnitur, w którym stanie na ślubnym kobiercu, zdobędzie właśnie w tym mieście. W młodości postrzegał to jako jedyny pozytyw niechybnie nadchodzącego mariażu, ubolewając nad swym losem. Przygotowywał się na żałobę, w której miał odbywać ten wyjazd, a zamiast tego, czuł się naprawdę dobrze z Robertem u boku, którego towarzystwo, zazwyczaj dodawało mu otuchy.
Miał do czynienia z krawcami w różnych stolicach europejskich, oraz tych na innych kontynentach, więc mógłby zamówić garnitur bez ruszania się z Londynu, ot, paroma listami i przymiarkami we własnym domu. Mimo to, postanowił odłożyć złożoność planów i kontroli nad każdym calem swojego istnienia i zaprosił Roberta na ten wyjazd, nie planując skąd weźmie ubranie. Był otwarty na wchodzenie do podrzędnych zakładów, takich, których imiona nie lśnią na wybiegach i diabelnie przystojnych modelach. Chciał postawić na prostotę, a jednocześnie użyć najlepszych, dostępnych materiałów, aby dostać ubrania, których mogliby mu pozazdrościć wszyscy zebrani na uroczystości, łącznie z Panną Młodą.
Z obserwacji pobliskich, niewielkich restauracji poukrywanych w uliczkach miasta oraz zawartości talerzy poniektórych gości, wyrwał go głos kuzyna. Poprawił materiał lnianej koszuli, której kołnierzyk przekrzywił nieco ciepły powiew powietrza i zaczesał blond kosmyki wsuwając nań okulary przeciwsłoneczne, które chwilę temu miał na nosie.
- Hm? - mruknął, wyrwany ze swoich przemyśleń i dołączył do Croucha, obserwujacego wystawiony w gablocie sprzęt, z entuzjazmem kilkuletniego chłopca, którego rodzica zabrali na Pokątną do sklepu z zabawkami.
Spojrzał na Roberta nie kryjąc rozbawienia, choć nie można było doszukiwać się w tym wyrazie twarzy ani krzty złośliwości, ot cieszył się widząc radość innych płynącą z ich pasji, jeżeli byli oni bliscy jego sercu. Lubił obdarowywać innych przemyślanymi prezentami, podtrzymywać więź prostym komunikatem 'myślę o tobie, a przy tym dobrze cię znam.
Boys and their toys, pomyślał w przyjemnym tonie, czując komfort włoskiego słońca na plecach.
Jakby sam fakt, że Elliott zdecydował się na tak wyraźną ekspresje nie był wystarczająco zaskakujący, to jego kolejne akcje na pewno będą należeć do tej kategorii.
- Jedynie widokiem? Wstrzemięźliwość to pełna podziwu cecha, ale nie mniej niż umiejętność uszczęśliwiania się - to mówiąc, postawił krok w kierunku wejścia do sklepu - bądź w tym wypadku innych - dodał jeszcze i mrugnął do drugiego mężczyzny, ściągając z głowy okulary przeciwsłoneczne i zaczepiając je o dekolt lekko rozpiętej koszuli. Wszedł do sklepu, licząc, że kuzyn podąży za nim wiedziony nie tylko chęcią posiadania miotły, ale też wypowiedzianymi doń słowami.
- Buonasera - przywitał się ze skrytym za ladą mężczyzną w podeszłym wieku, który prawdopodobnie był właścicielem tegoż sklepu. Elliott nie mówił po włosku, toteż wypowiedziane przez niego słowo poskutkowało skrzywieniem się ekspedienta, zapewne niezmiernie dumnego ze swego języka, teraz kaleczonego anglosaskimi naleciałościami.
Włoch otworzył ruchomą część drewnianej lady, mówiąc do siebie coś po włosku i zaraz zwracając się do nowych klientów.
- Buonasera Signori. Anglicy, si? Nie potrzeba włoskiego, to ładny język, niepotrzebnie psuć - zaśmiał się, choć widać było, że jest poważny w swoich słowach.
- Pan wybaczy, Panie... ? - Elliott uniósł brwi, tym samym pytając jak ma się doń zwracać.
- De Angelis, Signore, to mój sklep, czego potrzeba? Turyści? Czy do sklepu przyjechali? - zagadnął mężczyzna.
- Jesteśmy tu w trochę innej sprawie, po garnitur na ślub, ale mój kuzyn nie mógł oprzeć się pokusie i spoglądał na pańską miotłę chwilę za długo, tę na wystawię. Chciałbym ją kupić - odparł spokojnie, niezrażony wcześniejszym komentarzem Włocha na temat wymowy przywitania w jego własnym języku. Malfoy podróżował wystarczająco dużo, aby wiedzieć, że w różnych kulturach, różne rzeczy są uważane za 'normalne'. Włosi nie byli tak grzecznościowi jak Anglicy, nie leżało to w ich naturze, byli szczerzy, wyrażali więcej emocji, nie mógł być zły za to, że ten człowiek zachowywał się tak, jak wykształciło go jego otoczenie.
- Signore, macie naprawdę dobry gust, to najlepszy model w sklepie, zaraz pokaże. Czy coś jeszcze interesuje? - jego angielski był trochę łamany, ale komunikował się bardzo dobrze. Tym razem zwrócił się wprost do Croucha.
Elliott sojrzał na Roberta.
- Chciałbyś coś jeszcze? - dopytał ciszej, jakby zakładając, że kuzyn może ulec naciskowi sprzedawcy. Pieniądze nie były dlań zmartwieniem, ale nie był wielkim fanem kupowania rzeczy pod naciskiem ekspedientów.
Mediolan był prostym wyborem mimo swej złożoności. Jeszcze zanim poznał przyszłą zonę, obiecał sobie, że garnitur, w którym stanie na ślubnym kobiercu, zdobędzie właśnie w tym mieście. W młodości postrzegał to jako jedyny pozytyw niechybnie nadchodzącego mariażu, ubolewając nad swym losem. Przygotowywał się na żałobę, w której miał odbywać ten wyjazd, a zamiast tego, czuł się naprawdę dobrze z Robertem u boku, którego towarzystwo, zazwyczaj dodawało mu otuchy.
Miał do czynienia z krawcami w różnych stolicach europejskich, oraz tych na innych kontynentach, więc mógłby zamówić garnitur bez ruszania się z Londynu, ot, paroma listami i przymiarkami we własnym domu. Mimo to, postanowił odłożyć złożoność planów i kontroli nad każdym calem swojego istnienia i zaprosił Roberta na ten wyjazd, nie planując skąd weźmie ubranie. Był otwarty na wchodzenie do podrzędnych zakładów, takich, których imiona nie lśnią na wybiegach i diabelnie przystojnych modelach. Chciał postawić na prostotę, a jednocześnie użyć najlepszych, dostępnych materiałów, aby dostać ubrania, których mogliby mu pozazdrościć wszyscy zebrani na uroczystości, łącznie z Panną Młodą.
Z obserwacji pobliskich, niewielkich restauracji poukrywanych w uliczkach miasta oraz zawartości talerzy poniektórych gości, wyrwał go głos kuzyna. Poprawił materiał lnianej koszuli, której kołnierzyk przekrzywił nieco ciepły powiew powietrza i zaczesał blond kosmyki wsuwając nań okulary przeciwsłoneczne, które chwilę temu miał na nosie.
- Hm? - mruknął, wyrwany ze swoich przemyśleń i dołączył do Croucha, obserwujacego wystawiony w gablocie sprzęt, z entuzjazmem kilkuletniego chłopca, którego rodzica zabrali na Pokątną do sklepu z zabawkami.
Spojrzał na Roberta nie kryjąc rozbawienia, choć nie można było doszukiwać się w tym wyrazie twarzy ani krzty złośliwości, ot cieszył się widząc radość innych płynącą z ich pasji, jeżeli byli oni bliscy jego sercu. Lubił obdarowywać innych przemyślanymi prezentami, podtrzymywać więź prostym komunikatem 'myślę o tobie, a przy tym dobrze cię znam.
Boys and their toys, pomyślał w przyjemnym tonie, czując komfort włoskiego słońca na plecach.
Jakby sam fakt, że Elliott zdecydował się na tak wyraźną ekspresje nie był wystarczająco zaskakujący, to jego kolejne akcje na pewno będą należeć do tej kategorii.
- Jedynie widokiem? Wstrzemięźliwość to pełna podziwu cecha, ale nie mniej niż umiejętność uszczęśliwiania się - to mówiąc, postawił krok w kierunku wejścia do sklepu - bądź w tym wypadku innych - dodał jeszcze i mrugnął do drugiego mężczyzny, ściągając z głowy okulary przeciwsłoneczne i zaczepiając je o dekolt lekko rozpiętej koszuli. Wszedł do sklepu, licząc, że kuzyn podąży za nim wiedziony nie tylko chęcią posiadania miotły, ale też wypowiedzianymi doń słowami.
- Buonasera - przywitał się ze skrytym za ladą mężczyzną w podeszłym wieku, który prawdopodobnie był właścicielem tegoż sklepu. Elliott nie mówił po włosku, toteż wypowiedziane przez niego słowo poskutkowało skrzywieniem się ekspedienta, zapewne niezmiernie dumnego ze swego języka, teraz kaleczonego anglosaskimi naleciałościami.
Włoch otworzył ruchomą część drewnianej lady, mówiąc do siebie coś po włosku i zaraz zwracając się do nowych klientów.
- Buonasera Signori. Anglicy, si? Nie potrzeba włoskiego, to ładny język, niepotrzebnie psuć - zaśmiał się, choć widać było, że jest poważny w swoich słowach.
- Pan wybaczy, Panie... ? - Elliott uniósł brwi, tym samym pytając jak ma się doń zwracać.
- De Angelis, Signore, to mój sklep, czego potrzeba? Turyści? Czy do sklepu przyjechali? - zagadnął mężczyzna.
- Jesteśmy tu w trochę innej sprawie, po garnitur na ślub, ale mój kuzyn nie mógł oprzeć się pokusie i spoglądał na pańską miotłę chwilę za długo, tę na wystawię. Chciałbym ją kupić - odparł spokojnie, niezrażony wcześniejszym komentarzem Włocha na temat wymowy przywitania w jego własnym języku. Malfoy podróżował wystarczająco dużo, aby wiedzieć, że w różnych kulturach, różne rzeczy są uważane za 'normalne'. Włosi nie byli tak grzecznościowi jak Anglicy, nie leżało to w ich naturze, byli szczerzy, wyrażali więcej emocji, nie mógł być zły za to, że ten człowiek zachowywał się tak, jak wykształciło go jego otoczenie.
- Signore, macie naprawdę dobry gust, to najlepszy model w sklepie, zaraz pokaże. Czy coś jeszcze interesuje? - jego angielski był trochę łamany, ale komunikował się bardzo dobrze. Tym razem zwrócił się wprost do Croucha.
Elliott sojrzał na Roberta.
- Chciałbyś coś jeszcze? - dopytał ciszej, jakby zakładając, że kuzyn może ulec naciskowi sprzedawcy. Pieniądze nie były dlań zmartwieniem, ale nie był wielkim fanem kupowania rzeczy pod naciskiem ekspedientów.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦