Miał całkiem solidne podstawy do tego, żeby spodziewać się zamieszek, do których doszło na ulicy Pokątnej. W pewnych kręgach już na kilka dni wcześniej mówiło się o marszu mającym na celu wywalczenie praw dla charłaków. Nie przez wszystkich zostało to dobrze przyjęte. Sam miał okazje uczestniczyć w spotkaniu mającym zachęcić ludzi do przeciwstawienia się temu wszystkiemu. Niby nikt nie powiedział wprost - sięgnijcie po różdżki, zaatakujcie. Tylko czy faktycznie istniała taka potrzeba? I bez tego nastroje były dość napięte. Niezadowolenie było w ostatnich dniach wręcz wyczuwalne w powietrzu.
Początkowo nie był tym wszystkim szczególnie zainteresowany. Nie zamierzał w niczym brać udziału. Z czasem jednak sytuacja zmieniła się. Pojawił się impuls, który był bodźcem więcej niż wystarczającym. Od dawna obracał się wśród ludzi o dość... konserwatywnych, w zasadzie radykalnych poglądach. Zanurzał się w to coraz głębiej i głębiej. Robił to czego od niego odczekiwano, zapominając z wolna o tym w co sam wierzył.
O własnych poglądach i wartościach.
I tak też znalazł się tutaj.
Siedział na chodniku, na Pokątnej, czekając w kolejce na pomoc medyczną. Cholernie długiej kolejce, tak swoją drogą, dzięki czemu miał całkiem sporo czasu na przemyślenie tego, co wydarzyło się jakiś czas wcześniej. Spodziewał się tego, że marsz nie będzie miał charaktery pokojowego, ale... to co się wydarzyło znacząco przerosło oczekiwania.
Zarazem musiało być jednak też bardzo bliskie tego, co chcieli zobaczyć ludzie pokroju Chestera Rookwooda.
- Naprawdę Flint? - odezwał się, przenosząc spojrzenie na dziewczynę. Pozwolił sobie odpowiedzieć w ten sam sposób. Przedrzeźniając ją. Ostatnim czego potrzebował w tym momencie były kazania. Zwłaszcza, że był zmęczony. A do tego jeszcze czuł się paskudnie. Prawie tak samo paskudnie jak podczas tego pojedynku, w którym wziął udział na spotkaniu srebrnych różdżek, jakieś pół roku temu. Nieźle wtedy oberwał, nie obeszło się bez pomocy medycznej. Naprawdę nie spodziewał się, że coś takiego spotka go akurat dzisiaj. - Prawa ręka. - dodał po chwili, przenosząc na moment spojrzenie na wspomnianą kończynę. Łatwo dało się zauważyć, że z tą nie było najlepiej. Zwisała w nienaturalny sposób. Całkowicie bezwładna. Nie było to co prawda otwarte złamanie, ale niewiele to zmieniało.
Zmieniało niewiele, bo wyraźnie było coś nie tak z kośćmi.
- Nie mogę ruszać, jest kompletnie bezwładna, kości jakby... - jakby ich wcale nie było. Nie dokończył tego. Powinna się jednak bez trudu domyślić w czym rzecz. I że tutaj nie skończy się na jednym, drobnym zaklęciu. Sprawa była ciut bardziej skomplikowana.